Matki w czasach pandemii. Samotne, zapracowane i totalnie za wszystko odpowiedzialne

Joanna Biszewska
Po dwóch lockdownach czujemy się osamotnieni, zmęczeni i w stałej gotowości, aby być wsparciem i pomocą dla swoich rodziców i dzieci. My, rodzice dorastających dzieci, wiemy, że wszyscy mogą mieć moment załamania i zwątpienia, ale nie my.

4 marca mija rok od stwierdzenia w Polsce pierwszego przypadku zakażenia koronawirusem. Nikt nie przeczuwał jeszcze wtedy, jak najbliższe miesiące zmienią naszą rzeczywistość pod wieloma względami. Tysiące Polaków straciło bliskich, zmagało się z problemami zdrowotnymi, walczyło o przetrwanie w biznesie i na rynku pracy. Po 12 trudnych miesiącach pokazujemy w Gazeta.pl pandemiczną codzienność z różnych perspektyw. Spoglądamy także w przyszłość - z ostrożnością, ale i nadzieją. Wszystkie teksty na ten temat znajdziesz tutaj.

****

Doskonale pamiętam marzec 2020. Z dnia na dzień okazało się, że do domu przeniosły się szkoły dzieci i moja praca. W tym czasie bardzo bliska mi osoba poważnie zachorowała, były to też pierwsze miesiące mojego samodzielnego macierzyństwa. Nigdy wcześniej, w całym swoim rodzicielskim życiu, nie czułam się tak samotna, zapracowana i totalnie za wszystko odpowiedzialna.

"Wszyscy mogą się załamać, ale nie ja"

Kiedy czytałam o tym, że lockdown to wyśmienity czas na planszówki, na wspólne gotowanie, gruntowne domowe porządki, na niekończące się seriale, zaległe lektury, czułam, że te poradniki nie są dla mnie i nie są o mnie. Pracowałam zawodowo, w tym samym czasie wywiązywałam się z domowych obowiązków, pilnowałam lekcji dzieci, ich stale zrywających się połączeń, ich prac domowych, ich pięciu posiłków dziennie, każde dziecko jadło o innej porze, bo mieli w innym czasie przerwy. Po lekcjach zabierałam dzieci na spacer, bo wiedziałam, że tylko świeże powietrze i ruch sprawią, że będą się jakoś psychicznie trzymały. Wieczorami nadrabiałam zaległości w pracy, sprawdzałam dzienniki online dzieci, drukowałam im materiały do nauki.

Pamiętam dzień, kiedy pojechałam z chorą, ukochaną osobą z mojej rodziny do szpitala i nie mogłam z nią wejść od olbrzymiego gmachu, żeby jej towarzyszyć i pomóc przy formalnościach. To był dzień, kiedy zdałam sobie sprawę, że wszyscy mogą się załamać, ale nie ja. Było wówczas dla mnie oczywiste, że codziennie muszę być na warcie, zapewniać najbliższym bezpieczeństwo, dbać o nich i być dla nich wsparciem. Nawet nie bałam się tego, że zachoruję, po prostu nie dopuszczałam do siebie takiej myśli. Miałam momenty totalnego zmęczenia, ale wstawałam, otrzepywałam się i dowoziłam, co trzeba.

Według raportu Instytutu Badań Ekonomicznych z Wielkiej Brytanii (ang. Institute for Fiscal Studies) to na matkach - pewnie na niektórych ojcach też - spoczęła największa odpowiedzialność za rodzinę i dom w czasie pandemii. Według wyliczeń Brytyjczyków podczas pierwszego lockdownu pracujące matki ponad 10 godzin dziennie przeznaczały na opiekę nad dziećmi i prace domowe. Średnio o 2,5 godziny więcej niż ojcowie.

Matki, starając się pogodzić pracę, opiekę nad dziećmi i prowadzenie domu, miały mniej czasu na niczym niezakłócaną pracę zarobkową niż ojcowie. Jak wynika z raportu, podczas pierwszego lockdownu udawało im się pracować ok. sześć godzin dziennie, podczas gdy ojcowie przeznaczali na pracę zawodową przynajmniej osiem godzin. Spadła też wydajność pracujących matek, bo wykonując pracę zarobkową z domu, w tym samy czasie, były odpowiedzialne za opiekę nad dziećmi. Według autorów raportu przedłużająca się praca i nauka zdalna możne odbić się trwałym uszczerbkiem na karierach zawodowych kobiet.

'Być blisko dziecka, przyglądać się mu, zaciekawić się tym, co lubi, co robi, pytać jak się czuje i czego chce, poszukać najbliższych strategii, które zapewnią w domu bezpieczeństwo. Wytykanie rodzicom błędów i straszenie ich chorobami psychicznymi ich dzieci to moim zdaniem ślepa uliczka''Być blisko dziecka, przyglądać się mu, zaciekawić się tym, co lubi, co robi, pytać jak się czuje i czego chce, poszukać najbliższych strategii, które zapewnią w domu bezpieczeństwo. Wytykanie rodzicom błędów i straszenie ich chorobami psychicznymi ich dzieci to moim zdaniem ślepa uliczka' fot: archiwum prywatne jb

"Widziałam rozpacz moich dalszych krewnych i koleżanek, którym umarł ktoś bliski"

Wiem, że jestem na uprzywilejowanej pozycji. Moje dzieci, kiedy uczą się zdalnie, mają internet, każde ma swój kąt i komputer do nauki. Ja nie straciłam pracy, mamy za co żyć, ludzie z mojego najbliższego otoczenia przechorowali COVID–19, ale przeżyli. Oby tak dalej.

Widziałam rozpacz moich dalszych krewnych i koleżanek, którym umarł rodzic, bo karetka nie zdążyła dojechać na czas. Widzę moich rówieśników, którzy podczas pandemii nie mogą prowadzić swoich firm i kończą im się oszczędności. Czytam posty rodziców chorych dzieci, którzy błagają, aby dać nam pracować i zarabiać, bo nie mają na leki. Widzę jak rodzice nastolatków, dla których nie ma widoków, że wrócą wkrótce do szkół, tracą rezon, jak zaczyna im i ich dzieciom być już wszystko jedno. I słyszę też głos starszego pokolenia, które pamięta powojenne lata w Polsce. To ludzie, których nic już nie zdziwi i nic nie zaskoczy. Raz usłyszałam od 80-latka, że tak go zahartowało dzieciństwo, że koronawirusowi to może jeszcze gardło przegryźć.

"Mamy dzisiaj pod górę, ale jeszcze nie najgorzej"

Być może "Wielka Trwoga" Marcina Zaremby powinna być naszą obowiązkową lekturą dzisiaj. Historyk wnikliwie przyjrzał się jak Polacy, przez kilka lat marzący o końcu wojny, weszli w katastrofalny okres powojenny. To były lata strachu, wielkiej narodowej trwogi. Strachu przed żołnierzami radzieckimi, gwałtami, przed napadami, w których zacierało się kto i w imię czego napada. Strachu przed zaminowaniem obiektów i terenów, strachu przed durem brzusznym, gruźlicą, polio, błonicą. Strachu przed dokwaterowaniem obcych ludzi do mieszkań, przed szabrem, przed beznadziejnie przeprowadzoną wymianą pieniędzy, itd. Po lekturze "Wielkiej Trwogi" wiem, że chociaż mamy dzisiaj pod górę, to jeszcze nie najgorzej.

Czołowy brytyjski wirusolog, prof. John Bell z Uniwersytetu Oksfordzkiego na łamach brytyjskiego „The Sunday Times” opowiadał o swoim traumatycznym, powojennym doświadczeniu. Bell, jako roczne dziecko, spędził rok w szpitalu, walcząc z polio. W tym samy czasie i w tym samym szpitalu leżał jego ojciec, który po przechorowaniu polio spędził resztę życia sparaliżowany na wózku inwalidzkim. Profesor Bell wspominał, że w czasach jego podstawówki, w każdej klasie były dzieci, które po przechorowaniu polio miały niesprawne nogi, niedowład.

W rozmowie z dziennikarką brytyjskiego dziennika mówił, że trudne doświadczenia z dzieciństwa wzmocniły go, uodporniły na nieprzewidywalność życia, sprawiły, że w dorosłość wszedł mocniejszy. Bell podejrzewa, że kiedy pandemia się skończy, dzieci i młodzież ruszą w dorosłe życie silniejsi, ze zdolnościami regenerowania się, umiejętnością podnoszenia się po trudnych przeżyciach czy porażkach. "Poradzą sobie w życiu, to będzie pokolenie ludzi wybitnych - mówił na łamach "The Sunday Times" jakby w myśl łacińskiej sentencji per aspera ad astra, przez trudy do gwiazd.

Przed pandemią czytałam o tym, że dzieci, które wychowujemy to Pokolenie Płatków Śniegu. Delikatne Śnieżynki, z którymi obchodzimy się jak z jajkiem, usuwając z ich drogi wszelkie trudności, przekonując o ich wyjątkowości, nieprzeciętności. Być może doświadczenia minionego roku sprawią, że Śnieżynki okrzepną? Że zamiast Pokoleniem Płatków Śniegu będą Pokoleniem Żwiru (ang. Generation Grit), czyli ludzi, którym pomimo tego, że idzie jak po gruzie, to znajdują w sobie siłę. Stawią czoła trudnościom losu, znajdą swoją drogę, swój głos i swoją pokoleniową siłę. Żeby tak było, najpierw potrzebują obok siebie nas, stabilnych i odpornych dorosłych.

"Wytykanie rodzicom błędów i straszenie ich chorobami psychicznymi ich dzieci to ślepa uliczka"

Kilka tygodni temu rozmawiałam z mediatorką i terapeutką rodzinną Zofią Schacht-Petersen. Opowiadała mi o tym, jak zadbać o odporność psychiczną swoją i dzieci w czasach pandemii.

- Być blisko dziecka, przyglądać się mu, zaciekawić się tym, co lubi, co robi, pytać jak się czuje i czego chce, poszukać najbliższych strategii, które zapewnią w domu bezpieczeństwo. Wytykanie rodzicom błędów i straszenie ich chorobami psychicznymi ich dzieci to moim zdaniem ślepa uliczka - mówiła w naszej rozmowie "Co robić, kiedy nastolatek pokazuje nam trzeci palec i mówi: Jesteś najgorszym rodzicem".

Terapeutka mówiła też o tym, aby z nieco większą empatią i zrozumieniem oceniać rodziców, którzy gorzej lub lepiej radzą sobie w ostatnich miesiącach. - Wzmacniajmy kompetencje rodziców, bo oni się czują niepewnie, cały czas drżą czy robią dobrze, czy źle. Nie straszmy i nie obwiniajmy siebie nawzajem. Bo strachu i poczucia winy jest i tak wystarczająco dużo.

Szybko się uczymy i przystosowujemy

Miniony rok zmienił nasze życie. Rozpadają nam się rodziny, chorują i umierają nasi bliscy, czujemy się niepewnie i nie wiemy, co przyniesie jutro. Żyjemy z dnia na dzień, martwimy się o przyszłość naszych dzieci. Ale nie poddajemy się, dbamy i trwamy. Szybko się uczymy i przystosowujemy do życiowych warunków. Czujemy podskórnie, że na naszych barkach, rodziców dorastających dzieci, spoczęła największa, społeczna odpowiedzialności.

Od roku mówi się o tym, że seniorzy, dzieci i młodzież najbardziej ucierpią podczas pandemii. Skutki izolacji społecznej odbiją się na ich zdrowiu psychicznym. W momencie stresu i niepewności bezpieczne środowisko rodzinne to najważniejszy czynnik ochronny. I o to rodzinne bezpieczeństwo musimy dzisiaj mocno zadbać. Kto ma to zrobić, jak nie my? Oby wystarczyło nam sił jak najdłużej. Tego sobie i wszystkim moim rówieśnikom, rodzicom życzę. Każda pandemia trwa średnio trzy lata. Jesteśmy prawie w połowie. I damy radę, bo wiemy, że nie mamy innego wyjścia. 

Więcej o: