1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Szkoła w domu. "Tydzień prywatnych lekcji kosztuje 880 zł"

Edukacja domowa ma dzisiaj wiele twarzy. Albo jeden z rodziców rezygnuje z pracy i zajmuje się nauką dzieci, albo skrzykuje się kilka rodzin. Dzielą się przedmiotami i robią szkołę w domach. Można też zatrudnić nauczycieli, którzy ucząc, podążają za rytmem dziecka. Ile to kosztuje? Czy to dobry kierunek na czas pandemii? Jakie są wady, a jakie zalety domowego nauczania?

Pandemia koronawirusa wywróciła polski system edukacji do góry nogami. Uczniowie na kilka miesięcy zostali w domach, a nauczyciele z dnia na dzień musieli nauczyć się, jak pracować w nowej, "zdalnej" rzeczywistości.

1 września szkoły znów będą pełne. W nowej odsłonie cyklu "Jak będzie" weźmiemy pod lupę to, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach i co czeka teraz uczniów, nauczycieli i rodziców.

Teksty znajdziecie codziennie od 24 do 28 sierpnia na Gazeta.pl oraz pod tym linkiem.

Z kolei w poniedziałek 31 września już od godz.7.15 rano czekamy na Was w Poranku "Szkoła w czasie pandemii" na Gazeta.pl. Wraz z dziennikarzami radia TOK FM i redakcji Wyborcza.pl będziemy rozmawiać m.in. z ekspertami i dyrektorami szkół o tym, czy Polska jest odpowiednio przygotowana na powrót uczniów do placówek od 1 września.

***

Tradycyjnie, hybrydowo, zdalnie, a może nauczanie w domu? Na grupach dyskusyjnych skupiających rodziców zainteresowanych edukacją domową jako formą kształcenia dzieci poza szkołą w ostatnich tygodniach panuje spore ożywienie. Ludzie zamieszczają coraz więcej postów o tym, że przechodzą z dziećmi na edukację domową (określana skrótowo ED):

"Szukam rodziców na ED z Podkarpacia, też chcemy zacząć".

Lub:

"Wymiany barterowe. Szukam korepetytora z matematyki i angielskiego w kl. 8. W zamian oferuję polski. Jestem nauczycielką".

"Będę pisała wniosek do szkoły o umożliwienie spełniania obowiązku szkolnego poza szkołą. Proszę o podpowiedzi, jak to ma dokładnie wyglądać. Przechodzimy w tym roku na ED".

Edukacja domowa jeszcze kilka lat temu była uważana za dziwactwo. Dzisiaj już nikogo raczej nie dziwi. Szkolnictwo przeszło w ostatnich miesiącach tak dużą zmianę, że wszelkie nowe formy nauki są często drogą wyjścia z trudnej sytuacji.

- Edukacja domowa wymaga od rodziców wysokich kompetencji dydaktycznych i wychowawczych, ciągłego doskonalenia się, samorozwoju, nakładów finansowych, w ogóle zmiany całego życia rodzinnego - mówi dr Marta Majorczyk, pedagog i doradca rodzinny z poradni przy USWPS, wykładowczyni akademicka.

- Kiedy szkoła córek ruszyła z nauczaniem zdalnym, szybko okazało się, że młodsza, sześcioletnia córka, nie jest w stanie skupić się przed komputerem na dłużej niż 20 minut. Siedziała na lekcji online i rozglądała się po pokoju, dłubała w nosie. Nauczycieli często wyrzucało z sieci, czasami nie było ich słychać. Ciężko w takich warunkach uczyć się angielskiego czy francuskiego. Jeśli w takich warunkach nauczyciele dodatkowo nie oferują nic ciekawszego niż tylko podążanie za podręcznikiem, to nie pozostaje nic innego jak samodzielnie zatroszczyć się o naukę dzieci. Nie zdecydowałam się na to, aby wypisać dzieci ze szkoły, ale zapewniłam im edukacje w domu z nauczycielami. Super to wyszło, nauczycielki dokładnie wiedziały, jak uczyć, żeby zainteresować córki swoi przedmiotem - opowiada Agata, mam dwóch córek w wieku 8 i 6 lat i trzylatka, która na co dzień prowadzi własną działalność. Ile kosztowały ją dodatkowe lekcje z nauczycielami, którzy przychodzili do dzieci do domu?

- Córki miały lekcje z nauczycielką francuskiego, angielskiego, z edukacji wczesnoszkolnej oraz zajęcia gimnastyczne. Francuski miały dwa razy w tygodniu: 280 zł, angielski, dwa razy w tygodniu: 300 zł, trzy razy w tygodniu przychodziła pani do edukacji wczesnoszkolnej: 160 zł, gimnastykę miały dwa razy w tygodniu, kosztowała 160 zł. Tygodniowo na nauczycieli dzieci wydawaliśmy 880 zł. Ale warto było. Córki polubiły lekcje w domu. Pewnie dlatego, że nauczycielki wiedziały, jak sprawić, aby nauka była dla nich przyjemnością, ale i wyzwaniem - chwali lekcje w domu Agata, która dostrzega w edukacji domowej sporo zalet, ale tez i wady:

- Na początku każdego tygodnia siadałam z kalendarzem i ustalałam z nauczycielkami plan zajęć. Edukacja domowa ma mnóstwo zalet. Nauczyciele podążają za dzieckiem, dostosowują się do umiejętności i zainteresować uczniów, dzieci są edukacyjnie bardzo zaopiekowane. Minus jest taki, że to kosztowana sprawa i to, że dzieci nie uczą się od siebie nawzajem i nie pracują w grupie z rówieśnikami. Ale z tym różnie w ostatnich czasach bywa. Teraz też nie mamy pewności, czy będą uczyć się razem w klasach. Więc i to się też zmienia w naszej mentalności - mówi mama z Warszawy.

Edukacja domowa to nie to samo co nauczanie indywidualne, które przysługuje uczniom, których stan zdrowia uniemożliwia lub utrudnia uczęszczanie do szkoły. Edukację domową może podjąć każde dziecko bez względu na stan zdrowia i nie wymaga posiadania orzeczenia wydawanego przez zespoły orzekające w publicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych.

'Rodzicom, którzy już zdecydowali się na nauczanie domowe, zależy na tym, aby szkoła była wsparciem dla nich i dla ich dzieci''Rodzicom, którzy już zdecydowali się na nauczanie domowe, zależy na tym, aby szkoła była wsparciem dla nich i dla ich dzieci' fot: archiwum prywatne

Pedagog, dr Majorczyk uważa, że podejmując decyzję o edukacji domowej, trzeba pamiętać o tym, że ta forma kształcenia, oprócz wielu zalet, ma też swoje słabsze punkty.

- Rodzic często musi zrezygnować z pracy zarobkowej na rzecz roli edukatora, jest też odpowiedzialny za realizację podstawy programowej. Może w tej roli czuć się osamotniony w swoich zmaganiach, a w Polsce grupy wsparcia dla rodziców uczących swoje dzieci dopiero się rozwijają - zauważa dr Majorczyk i przypomina, że dla dzieci w wieku szkolnym środowisko społeczne oferowane przez szkołę jest jedyną odpowiednią przestrzenią socjalizacyjną, dlatego w edukacji domowej ważne jest, by zapewnić dziecku odpowiednią ilość kontaktów z rówieśnikami.

Rodzice dzieci edukowanych w domu mają stały kontakt ze szkołą "macierzystą", do której dziecko formalnie musi być zapisane. Cała edukacja domowa toczy się za pieniądze opiekunów, którzy się na nią zdecydowali. Z budżetu państwa rodzice nie dostają na edukację nic, subwencję przewidzianą na dziecko dostaje szkoła, która bierze na siebie obowiązek egzaminowania uczniów. W praktyce wygląda to tak, że uczniowie przyjeżdżają kilka razy w roku do szkoły, która sprawuje nad nimi opiekę. Zdają wówczas egzaminy sprawdzające, czy opanowały obowiązkową podstawę programową. Dzieci z edukacji domowej mogą korzystać w szkole z sali gimnastycznej, jeździć z rówieśnikami na wycieczki szkolne.

"Oddanie dzieci do szkoły jest wygodne"

- Mam troje dzieci. Najstarsza córka ma 17 lat, środkowa 13, syn 9. Dzieci - oprócz najstarszej córki, która jest już w liceum - chodzą do państwowej podstawówki. Uważam ją za niezłą szkołę, ale widzę postępującą degradację w czasie. Nie twierdzę, że to jest wina ludzi, jest wielu fajnych nauczycieli, to raczej wynika z konstrukcji systemu szkolnego, przeładowanej podstawy programowej, braku podmiotowego traktowania ucznia - mówi nam Luiza, mama z Warszawy, która do decyzji o przeniesieniu najstarszej córki do edukacji domowej dojrzewała kilka lat.

- U mojego dziecka zaczęły się problemy zdrowotne, gdy przeszła z podstawówki do gimnazjum. W pierwszej klasie miała epizody utraty świadomości. Stresorem była szkoła. Przeszliśmy na zindywidualizowany tryb nauki. Dyrekcja poszła nam na rękę. Córka miała znacznie mniej godzin lekcyjnych. Liceum wybieraliśmy z dużą uważnością. Tylko że dni otwarte to marketing. Na stronie szkoły nie było przejrzystej informacji o liczbie godzin. De facto okazało się w praktyce, że plan jest ułożony tak, że jest 38 godzin lekcyjnych tygodniowo, były dni, kiedy dzieci miały 10 lekcji dziennie, dodatkowo projekty, prace domowe. Kilkoro dzieci opuściło klasę po pierwszym semestrze z tego powodu. W czasie pandemii szkoła zasypała córkę poleceniami, realizacją nowego materiału, ogromem prac domowych. Bardzo trudno mi było patrzeć na to, że dziecko jest instytucjonalnie zmuszone do takiego trybu życia. Szkoła, po której spodziewałam się innowacyjnego podejścia, realizuje model pruski za nowoczesną fasadą. Wiem, że takie podejście wielu rodzicom odpowiada, ale ja jestem outsiderką. Wierzę, że rzeczy kreatywne, dobre i wartościowe biorą się z relaksu, pasji, a nie z przymusu - uważa mama trojga dzieci, która zdecydowała, że najstarsza córka skończy liceum w systemie domowym. Czego oczekuje od nauczania w domu?

- Zależy mi, aby moje dzieci czuły odpowiedzialność za własną edukację, zależy mi na tym, że mogą pracować efektywnie i nie muszą w tym celu zrobić 200 przykładów. Pewnie, że oddanie dzieci do szkoły jest w pewnym sensie wygodne, bo ceduje odpowiedzialność na szkołę. A outschooling oznacza z mojej strony wzięcie odpowiedzialności za zorganizowanie przestrzeni nauczania dla mojego dziecka, wspieranie jej w nauce. Narzekanie na system nie przybliża mnie do rozwiązania, czuję jednak, że chcę nowych rozwiązań, zmiany - mówi.

Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta

"Nauczycielka potrafi zapytać, czy masz w domu książki dla dzieci"

"O co chodzi z tą szkołą przyjazną ED, dlaczego wszyscy o takie pytają? Zadzwoniłam do podstawówki, do której dotychczas chodził syn, powiedziałam, że od września chcemy ED i usłyszałam, że nie ma problemu. Syn będzie pierwszym dzieckiem w historii szkoły, które przeszło na nauczanie domowe. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego każdy szuka szkoły przyjaznej ED i co to właściwie znaczy?" – pyta jedna z mam na serwisie społecznościowym w dyskusji na temat domowej edukacji.

Rodzice, którzy już zdecydowali się na edukację domową, często narzekają, że ich dzieci są dyskryminowane. Jedna z mam w dyskusji o szkołach przyjaznych ED pisała o egzaminach, podczas których nauczyciele wyżywają się na dzieciach:

"Egzamin wykracza poza podstawę programową, a jak zwrócisz na to uwagę, to ci powiedzą, że to musi być "bo się z podstawą wiąże". Nauczycielka potrafi zapytać, czy masz w domu książki dla dzieci. Egzamin ustny potrafi być złośliwy tak, że dziecko wychodzi z niego z płaczem".

Dzieci uczące się w domu muszą przystąpić w każdym roku szkolnym do obowiązkowych egzaminów klasyfikacyjnych.

- Takie egzaminy mają na celu ustalenie, czy obowiązek szkolny w ramach edukacji domowej jest przez rodziców prawidłowo realizowany. Egzaminy mogą mieć formę ustną i/lub pisemną i obejmują wszystkie przedmioty obowiązkowe, oprócz: techniki, plastyki, muzyki, zajęć artystycznych i wychowania fizycznego. Przeprowadza się również egzaminy z dodatkowych zajęć edukacyjnych – tłumaczy dr Majorczyk.

Rodzice często skarżą się też na to, że nie mogą „doprosić się dostępu do informacji na temat wymagań na egzamin”, bo nauczyciele w szkołach rejonowych są zajęci, nie mają, ani ochoty, ani czasu na dodatkowe obowiązki.

Rodzinom, które już zdecydowali się na nauczanie domowe, zależy na tym, aby szkoła była wsparciem. „Szkoła przyjazna ED udostępnia platformy wspierające i wspomagające w edukacji, zapewnia możliwość zajęć i wycieczek, podczas których dzieci spędzają czas z rówieśnikami, a egzamin jest sprawdzeniem wiedzy, a nie sprawdzeniem opanowania całej podstawy programowej jak na egzaminie komisyjnym” - pisała w dyskusji jedna z mam.

Według dr Majorczyk różne są motywy rodziców, aby przejść na edukację domową. Często wybierają tę formę kształcenia ze względu na stan zdrowia dziecka lub kiedy szkoła nie jest w stanie sprostać indywidualnym potrzebom ucznia.

- Szkoły dostosowują metody i tryb pracy do możliwości tzw. średniego ucznia. Potrzeby zarówno ucznia o niższych możliwościach, jak i ucznia zdolnego są niezaspokajane przez nauczyciela. Brak możliwości sprostania wymaganiom stawianych przez nauczyciela powoduje, że uczeń z nieharmonijnie rozwiniętymi funkcjami poznawczymi czy przejawiający trudności w koncentracji uwagi, staje się zmęczony, przygaszony i niechętny do pokonywania trudności. Zaś uczeń zdolny ma ograniczone możliwości zaspokajania ciekawości poznawczej w zakresie szerszym niż przewiduje to szkolny program. W efekcie generuje się w nim negatywna postawa wobec szkoły, która zaczyna być utożsamiana z miejscem, gdzie jest nudno i gdzie przebywa się za karę -  mówi dr Majorczyk.

Dla wielu z nas przejście na nauczanie domowe może wydawać się sensownym rozwiązaniem. Rodzice, którzy wychowują dzieci z przewlekłymi chorobami (astma, cukrzyca) w czasie epidemii, woleliby zostawić dzieci w domu. Rodziny, w których są dorośli z przewlekłymi chorobami, czy w trakcie leczenie onkologicznego też mogą mieć spore obawy przed wysłaniem dzieci do szkoły we wrześniu. Pisaliśmy o obawach rodziców w tekście: Powrót dzieci do szkół. "Szybko wszyscy pójdziemy na kwarantannę"

Wielu rodziców było tak niezadowolonych ze zdalnej edukacji, że nie wyobrażają sobie, że sytuacja z minionego roku szkolnego powtórzy się we wrześniu. Opowiadali nam o tym w tekście: Rodzic o wrześniu: Po co otwierać na chwilę szkoły, aby zaraz je zamykać?

Dr Majorczyk zaleca jednak ostrożność w podejmowaniu nieprzemyślanych decyzji. Uważa, że edukacja domowa nie powinna być wyjściem z sytuacji na czasy pandemii.

- Jako rodzice możemy mieć wrażenie, że nauka szkolna od marca do czerwca 2020 roku miała charakter edukacji domowej, ale nie była to edukacja domowa. Za realizację podstawy programowej odpowiedzialny był jednak nauczyciel. To on wypełniał funkcję dydaktyczną. Rodzice zaś realizowali funkcję opiekuńczo-wychowawczą. Dodatkowo wchodzili w rolę „asystenta nauczyciela”, którego zadaniem była pomoc dziecku w sytuacji trudnej - tłumaczy dr Majorczyk.

Aby rodzice mogli rozpocząć nauczanie domowe w tym roku szkolnym, powinni złożyć pisemny wniosek do dyrektora placówki, wraz z następującymi dokumentami:

- opinią poradni psychologiczno-pedagogicznej,

- oświadczeniem rodziców o zapewnieniu dziecku warunków umożliwiających realizację podstawy programowej, obowiązującej na danym etapie kształcenia,

- zobowiązaniem rodziców o przystępowaniu przez dziecko w każdym roku szkolnym do egzaminów klasyfikacyjnych.

Czekamy na maile i komentarze nauczycieli i rodziców dotyczące powrotu do szkół. Jak funkcjonują Wasze placówki? Czy kadra i uczniowie stosują się wytycznych? Piszcie na adres: listydoredakcji@gazeta.pl.