1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Nauczyciel nie ma czasu, by przygotować się do lekcji. "Zamiast tego pójdę do drugiej szkoły, żeby zarobić w miarę godziwe pieniądze" [LIST]

Czas na przeanalizowanie tego, co jutro będzie działo się w każdej klasie i przygotowanie odpowiednich materiałów? Nasza czytelniczka - nauczycielka z kilkudziesięcioletnim stażem - pisze, że w obecnych realiach to tylko mrzonka.
Zobacz wideo

Tydzień polonisty - 18 vs. 18+

Jestem nauczycielką dyplomowaną języka polskiego w liceum ogólnokształcącym. Z kilkudziesięcioletnim stażem, ale jeszcze nie wypaloną. Nie zamierzam użalać się nad losem polskiego nauczyciela. Chcę pokazać Wam, drodzy czytelnicy, w najbardziej obrazowy sposób, jaki jest związek pomiędzy jakością edukacji a pensją nauczyciela.

Tak wyglądać mógłby mój tydzień pracy przy 18-godzinnym pensum. Dla polonisty to oznacza, że uczy cztery klasy po cztery godziny tygodniowo języka polskiego i ma jeszcze np. dwie godziny wiedzy o kulturze. Załóżmy, że w każdej z nauczanych klas mam 25 uczniów. W sumie 150. Załóżmy, że jest to tydzień, kiedy nie ma żadnej rady pedagogicznej, zebrania z rodzicami ani tym podobnych zajęć dodatkowych. Załóżmy 8-godzinny dzień pracy.

Poniedziałek. Mam cztery lekcje. Po powrocie do domu przez dwie godziny sprawdzam wypracowania klasy trzeciej - rozprawki maturalne. Sprawdziłam sześć, na jedną pracę przypada jakieś 20-30 minut (im słabsza, tym trudniej i dłużej się sprawdza). Wydaje się dużo, ale nie jest.

Sprawdzić sensownie pracę, to znaczy odtworzyć i zrozumieć czyjś tok myślenia, najczęściej dość zagmatwany i odmienny od mojego, poprawić błędy językowe - u moich uczniów zazwyczaj liczne, napisać krótką recenzję - wskazać, co było dobrze, co źle, co należałoby poprawić i w jaki sposób.

Następną godzinę przeznaczam na przygotowanie testu dla klasy pierwszej. Oczywiście mam jakieś materiały z ubiegłych lat, ale przecież zawsze trzeba coś zmienić, dostosować do konkretnej klasy i tego, co akurat z nią udało się zrobić. Nie mówiąc już o tym, że ubiegłoroczna wersja z pewnością krąży gdzieś na uczniowskich forach, bo nie sposób dopilnować, żeby nikt nie zrobił zdjęcia podczas oglądania poprawionego sprawdzianu. Poza tym w klasie są dwie osoby z orzeczeniami o potrzebie dostosowania wymagań, więc muszę sięgnąć ponownie do zaleceń poradni dla każdej z nich i przygotować osobną wersję zgodną z tymi zaleceniami.

Drukuję, oczywiście na swojej drukarce, swoim papierze i za pomocą swojego tuszu, bo w szkole do dyspozycji ponad 50 nauczycieli jest jedna drukarka, w dodatku na wydruk czeka się od 15 minut do nawet godziny, w zależności od objętości pliku. Godzina pracy. Pozostałą do wykorzystania godzinę spędzam na ustaleniu, co jutro będę robiła na każdej lekcji i przygotowaniu potrzebnych rzeczy. Schodzi się dłużej, bo mam jutro zajęcia z wiedzy o kulturze, przedmiotu, którego nie uczyłam w zeszłym roku, więc muszę sobie przypomnieć, co obejmuje dany temat, co jest w podręczniku, jakimi materiałami dysponuję, a jakie muszę ewentualnie przygotować.

Wtorek. Znowu mam cztery lekcje. Tym razem po zajęciach na dalsze sprawdzanie rozprawek poświęcam aż trzy godziny - sprawdziłam dziewięć prac. Pozostałą godzinę przeznaczam - jak zawsze - na przeanalizowanie, co jutro robię w której klasie i czego w związku z tym potrzebuję. Ponieważ poszło szybko, mogę dla wzbogacenia jednej z jutrzejszych lekcji przygotować krótką prezentację multimedialną.

Środa. Znowu cztery lekcje. Ciąg dalszy sprawdzania rozprawek - ponad trzy godziny - 10 prac, bo tyle zostało prac trzecioklasistów. Od jutra będę mogła zająć się pracami innej klasy. Mam jeszcze ok. półtorej godziny do wykorzystania. 15 minut - przegląd jutrzejszego planu zajęć i naszykowanie potrzebnych rzeczy. Pozostałą godzinę z kwadransem przeznaczam na opracowanie nowego pomysłu na realizację jednego z jutrzejszych tematów i przygotowanie odpowiednich pomocy.

Oczywiście dysponuję podręcznikiem, ale nie spotkałam takiego, który w pełni zaspokajałby potrzeby moich uczniów. Wszystkie opierają się na utopijnym założeniu, że uczeń przeczytał lekturę i może się swobodnie odnosić się do jej treści, w dodatku dysponuje pełną wiedzą z poprzednich etapów kształcenia, co mocno rozmija się z prawdą.

Przynajmniej w mojej szkole. To ja muszę znaleźć sposób, jak zapoznać go z treścią książki, której raczej nie przeczytał (jeśli przeczytał, to sobie uporządkuje i utrwali), w sposób na tyle twórczy i interesujący, żeby coś z tego zostało w jego pamięci. A może nawet, żeby sięgnął po tekst i choć trochę poczytał.

Czwartek. Dziś mam trzy lekcje. Po lekcjach spotykam się z rodzicem mojego wychowanka - 15 minut rozmowy i tyle samo na sporządzenie notatki służbowej z odbytego spotkania. Kolejne półtorej godziny zajmuje mi sprawdzenie kart pracy, które wypełniali na lekcji uczniowie drugiej klasy. Pozwoli mi się to zorientować, jak sobie radzą z interpretacją fragmentu tekstu literackiego - umiejętność sprawdzana na egzaminie maturalnym. Codzienny przegląd planu na dzień następny. Mam jeszcze dwie godziny i 45 minut, więc mogę zabrać się do rozprawek kolejnej klasy - siedem, może osiem prac.

Piątek. Także trzy lekcje, jednak zostaję jeszcze godzinę, żeby uzupełnić dziennik elektroniczny. Rozprawki - sześć prac. Mniej więcej połowa. Pozostałe dwie godziny przeznaczę na opracowanie modelu odpowiedzi i kartoteki do testu, który ułożyłam w poniedziałek, a przeprowadzę w przyszłym tygodniu. Model odpowiedzi ma zawierać przewidywane odpowiedzi ucznia (!), chociaż i tak wiadomo, że nie będę w stanie wszystkich możliwości przewidzieć. Kartoteka testu z grubsza rzecz biorąc określa, jakie punkty podstawy programowej są sprawdzane w którym pytaniu. Muszę wyszukać i wpisać odpowiednie numerki. Cała ta praca jest potrzebna tylko po to, żeby dokument leżał sobie w szufladzie, bo może ktoś zechce go kiedyś zobaczyć (jeszcze się nie zdarzyło), np. rodzic na zebraniu (cyferki z podstawy i tak mu nic nie powiedzą) albo dyrektor, kiedy przyjdzie na obserwację. Mnie ani uczniowi w żaden sposób się nie przydaje. Wolałabym poświęcić te dwie godziny na odświeżenie sobie treści lektury, którą zaczynam omawiać w następnym tygodniu albo przejrzenie różnych pomysłów na lekcje z tą lekturą, które ostatnio pojawiły się w sieci.

Tydzień pracy polonisty. Osiem godzin dziennie, czyli tak jak zakładali twórcy obecnie obowiązującego w edukacji systemu pracy nauczyciela. Sporo zrobiłam, a wiem, że mogłabym zrobić jeszcze różne inne rzeczy, żeby uczyć lepiej.

W rzeczywistości nie zrobię nawet połowy, przynajmniej nie w ramach 40-godzinnego tygodnia pracy. Zamiast tego pójdę do drugiej szkoły, bo żeby zarobić w miarę godziwe pieniądze, muszę wychodzić sobie i wypracować jak najwięcej nadgodzin.

Załóżmy, że udało mi się zdobyć dodatkowe pół etatu. Pozwoli mi to zbliżyć się poziomem zarobków do średniej krajowej. Pół etatu to dziewięć dodatkowych godzin przy tablicy. Żeby utrzymać założony systemowo poziom, powinnam dodatkowo poświęcić 11 godzin tygodniowo na przygotowanie się do tych dziewięciu. Razem 20. 20+40 = 60. Podzielić na pięć dni - 12 godzin pracy dziennie za średnią krajową w najlepszym razie.

Więc zamiast sprawdzić rozprawki wszystkim trzecioklasistom, którzy wkrótce będą pisać rozprawkę na maturze, przejdę po klasie, żeby zobaczyć, czy wszyscy mają prace (w tym wariancie nie zweryfikuję, która jest samodzielna, a która przepisana z internetu) i wezmę do sprawdzenia pięć losowo wybranych. Nie przygotuję prezentacji multimedialnej ani nie będę wymyślała nowych sposobów zrealizowania tematu, tylko polecę starym schematem, który już mnie samą tak znudził, że trudno mi wykrzesać z siebie jakąś energię i entuzjazm przy jego realizacji. Przygotowując test, rozważę, czy mogę sobie pozwolić na odpuszczenie biurokratycznej otoczki - jeśli zdecyduję, że tak, może jeszcze zdobędę się na przygotowanie czegoś na jutro dla uczniów, jeśli nie... no cóż, w ostateczności zawsze można kazać przeczytać coś w podręczniku i odpowiedzieć na pytania pod tekstem. Nienawidzę tego robić, ale czasem po prostu nie stać mnie na nic innego, bo nie miałam czasu albo siły się przygotować.

Za to, czego nie zrobiłam z Waszymi dziećmi, chociaż mogłabym i chciałabym zrobić, zapłacicie korepetytorowi. Pozdrawiam.

Od redakcji:

Jeśli chcecie podzielić się z nami swoimi refleksjami na temat kondycji polskiej szkoły, czekamy na Wasze listy. Piszcie na adres edziecko@agora.pl.