"Rosjanie weszli do domu Inny. Siedzą w bani, każą sobie usługiwać"

- Matki, które przyjechały do Polski, zdążyły dla swoich dzieci przygotować walizeczki. Mają tam wszystko, co jest dzieciom potrzebne. Czyściutkie i wyprasowane ubranka, kolorowe piżamki, ręczniki dziecięce, ulubione przytulanki. Dla siebie rzeczy już nie zdążyły zapakować - o tym, jak wielką siłę mają w sobie ludzie, którzy uciekają z Ukrainy, opowiada Olga Burowa, która od kilkunastu dni pomaga kobietom i dzieciom.

Joanna Biszewska: Inna to jedna z pierwszych mama z dziećmi, której pomogłaś w Polsce. Nie znałyście się wcześniej. Kto was skontaktował?

Olga Burowa mieszka w Polsce od 12 lat, organizuje pomoc matkom i dzieciom z Ukrainy: Zadzwonił do mnie kolega z Ukrainy, który kiedyś w Kijowie chodził na moje zajęcia z tańca i zapytał, czy mogę uratować jego kumę. Powiedział, że jest sama z dwójką dzieci w polu po ukraińskiej stronie.

Odnaleźliście ich i przyjechali do twojego domu.

W pewnym momencie mąż jej powiedział: "Kochana, to jest ten czas, kiedy musimy ratować dzieci". Wiedziała, że mąż nie żartuje, bo - jak mi opowiadała - mąż jest mało wylewny, ale kiedy już coś mówi, to na poważnie. Zawiózł ją z dziećmi pod przejście graniczne Zosin-Ustiług. Granicę przekroczyła pieszo. Kontaktowaliśmy się z nią i namierzaliśmy, w jakim jest miejscu, żeby po nią i dzieci pojechać.

W jakim wieku są jej dzieci?

Jedno ma niecałe dwa lata, drugie cztery. Inna, kiedy przekraczała granicę, młodsze dziecko niosła na rękach. Najbardziej bała się o to, że jak się zmęczy, to będzie musiała posadzić córkę na ziemi. Bardzo tego nie chciała robić, wiedziała, że dziecko może się wychłodzić.

Poznałyście się bliżej?

To młoda, zorganizowana dziewczyna, aktywna zawodowo. Jest psychologiem, dużo pracowała, przed wojną miała przyjemne i poukładane życie. Wraz z rodziną tworzyli swoje miejsce w obwodzie kijowskim, mieli swój ośrodek wypoczynkowy, po ogrodzie chodziły pawie i bażanty. Mówiła mi, że to ich "paradise".

Raju z pawiami już nie ma.

Ludzie wciąż nie wierzą, że to się dzieje, że poszło na taką skalę, że Kijów jest bombardowany, czołgi jeżdżą po mieście, rozjeżdżają ludzie. Słyszałam, jak Inna rozmawiała ze swoimi rodzicami o tym, że Rosjanie weszli do ich ośrodka wypoczynkowego, siedzą w bani, każą sobie usługiwać.

Co powinniśmy wiedzieć o ludziach, którzy teraz do nas przyjeżdżają?

Chyba to, że oni nawet nie wyobrażają sobie takiej sytuacji, że nie wrócą do domów.

Oni nie przyjeżdżają do nas i nie myślą: "Uff, to teraz jestem w Europie". Oni przyjeżdżają, żeby przeżyć, zarobić i odbudować swój świat w Ukrainie. Pomóżmy im w tym

Bardzo się staramy pomagać.

My nie potrafimy prosić i przyjmować pomocy, bardzo nas to krępuje. Kiedy Inna przyjechała do nas do domu z dziećmi, przygotowałam dla niej najpotrzebniejsze rzeczy: nową bieliznę, podpaski, kosmetyki. Ona to wzięła i cisza, nic.

A potem się rozpłakała i powiedziała do mnie: "Olga, muszę nauczyć się przyjmować". Żyła w dostatku, ciężko z rodziną na swój dorobek pracowała. Wiem, że dla niej, najlepszą pomocą będzie teraz możliwość zarabiania. Żeby jak najszybciej była samowystarczalna.

Na przejściach granicznych marnuje się jedzenie, stosy ubrań i pieluch mokną na deszczu i śniegu, bo nikt ich nie potrzebował. Mam wrażenie, że jedzenia, ubrań, kosmetyków w Polsce nie zabraknie. Inny rodzaj pomocy jest teraz potrzebny.

Reakcja Polaków była tak niesamowicie intensywna, że magazyny przygraniczne bardzo szybko zapełniły się rzeczami. Wiem, bo jeżdżę na przejście graniczne i widzę, co tam się dzieje.

Teraz największa pomoc powinna być kierowana za granicę Polski. Do ludzi, którzy zostali w Ukrainie i próbują przekroczyć granicę.

Otrzymują ją?

Jestem pełna podziwu dla Polaków, którzy pakują busy i jadą z pomocą do Ukrainy. Rozdają niezbędne do życia rzeczy i wracają. Pakują busy na nowo i znowu jadą.

Tam dramatycznie brakuje środków higieny osobistej, kobiety nie mają podpasek, zakładają między nogi ubrania, żeby przetrwać i dotrzeć do Polski. Kiedy docierają do granicy, Polacy bardzo pomagają, ta pomoc jest nieoceniona.

Słyszałam o takich przypadkach, kiedy matki z niepełnosprawnymi dziećmi zapraszają pod swój dach inne matki niepełnosprawnych dzieci, bo mają domy przystosowane do dzieci, które poruszają się na wózkach. Ludzi zabierają ze sobą koty, psy, konie. Zwierzęta też dostają u nas pomoc i schronienie.

Musimy się wspierać. To po prosty ludzki odruch.

Kiedy dziękuję moim koleżankom Polkom i ich rodzinom za pomoc, to one mi odpowiadają: "No coś Ty, nie dziękuj".  Ale ja muszę.

Widzę, co się dzieje na granicach. Polacy zabierają Ukraińców, wiozą do swoich domów, w których mają wyszykowane pokoje, na łóżkach ułożone nowe koce, ubrania dla dzieci. I to nie w przypadkowych rozmiarach, tylko dokładne w takich, jakie noszą dzieci, które wzięli do siebie do domu. Ludzie, którzy angażują się w pomoc, bardzo się do tego przygotowują, myślą o wszystkim.

Pomału dochodzi też do nas, że pomaganie to nie sprint, to maraton.

Potrzebna jest pomoc w zorganizowaniu ludziom życia tutaj, ale takiego, w którym będą samowystarczalni. Oni nie przyjeżdżają do Polski, żeby siedzieć w czyimś mieszkaniu za darmo. Chcą pracować, płacić rachunki, normalności dla siebie i swoich dzieci. Chcą zarobić na odbudowę kraju.

Teraz najbardziej potrzebują wyspać się, złapać oddech, usłyszeć że jesteśmy z nich dumni, że mają prawo być zagubieni. I jednocześnie potrzebują pomocy w poszukiwaniu pracy, tego, aby dzieci poszły do szkoły. Dzieciom będą potrzebna szkolne wyprawki.

To jest bardzo ważne, abyśmy sprawili, żeby ci ludzie czuli się potrzebni. Dla nas, Ukraińców, to jest bardzo trudna sytuacja, kiedy nam ludzie coś dają. My jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że to my dajemy

Inna z córeczką, bezpieczne u Olgi w domu w WarszawieInna z córeczką, bezpieczne u Olgi w domu w Warszawie fot: archiwum prywatne

Moja znajoma z Ukrainy zawsze pamięta o urodzinach moich dzieci. Od lat. Cały rok możemy ze sobą nie rozmawiać, a ona w dniu urodzin dzieci przyjeżdża i daje dzieciom urodzinowe prezenty i ukraińskie cukierki. Piękne, ludzkie, takie ciepłe zachowanie.

W moim domu zatrzymało się tranzytem już kilka kobiet z małymi dziećmi. Każda z nich miała w walizce prezenciki dla moich dzieci.

Raz przyjechała do nas matka z dzieckiem o 5 rano, rozłożyłam im sofę, aby się przespali. Na granicy dostali takie pudełeczka z jedzeniem. Woda, soki, batoniki. Rano, kiedy moje dzieci wstały do szkoły, ta mama podarowała moim dziewczynkom te pudełeczka z jedzeniem. Tak bardzo chcieli nam coś dać, jakoś się odwdzięczyć, czuć się potrzebnymi ludźmi.

Pomimo wszystko.

Tak, pomimo wszystko. Dlatego najlepszą pomocą, jaką możemy teraz dać Ukraińcom, to zorganizowanie im pracy, aby mogli zapłacić za mieszkania, w których się zatrzymali. Większość z nich nie zna polskiego, ale potrafią szyć, lepić pierogi. Dzieci w Polsce bardzo lubią pierogi, na słodko, z serem i cebulą, z miętą.

Przyjeżdżają do nas kobiety po psychologii, nauczycielki, może przydadzą się w szkołach? Boję się tego, że jak nie pomożemy teraz tym ludziom jak najszybciej uniezależniać się, to Polacy zaraz znienawidzą Ukraińców i uznają, że mają już nas u siebie za dużo.

Olga (z lewej) z przyjaciółką w tradycyjnych strojach noszonych przez Hucułów, górali pochodzenia rusińskiego, wołoskiego, rumuńskiego zamieszkujących tereny znajdujące się współcześnie na Ukrainie, na obszarze Karpat Wschodnich w widłach Prutu, Czeremoszu i Cisy, u stóp Gorganów i CzarnohoryOlga (z lewej) z przyjaciółką w tradycyjnych strojach noszonych przez Hucułów, górali pochodzenia rusińskiego, wołoskiego, rumuńskiego zamieszkujących tereny znajdujące się współcześnie na Ukrainie, na obszarze Karpat Wschodnich w widłach Prutu, Czeremoszu i Cisy, u stóp Gorganów i Czarnohory fot: archiwum prywatne

Przyjeżdżają do nas przede wszystkim matki z dziećmi. Ich mężowie, ojcowie musieli zostać.

My jesteśmy bardzo rodzinnym narodem, dla nas siła jest w rodzinie, lubimy trzymać się razem. Jak mamy dzieci, męża, rodziców pod ręką, to jesteśmy spokojne. Jak są daleko, to czujemy niepokój. Można pomyśleć, że kobiety z dziećmi, które teraz do nas przyjeżdżają bez całej swojej rodziny, są rozwalone psychicznie

A nie są?

One są teraz na adrenalinie. Jak po silnym uderzeniu, kiedy się jeszcze nie odczuwa, czy ma się coś złamane, czy nie. One teraz też nie odczuwają swojego ciała i bólu. Wiedzą tyle, że będzie jutro, a pojutrze będzie popojutrze, nie patrzą do tyłu.

Pomimo wielkiej tragedii, zagryzają zęby, prą do przodu, chcą pracować i posyłać pieniądze do Ukrainy dla swoich rodzin, które tam zostały. Ale tak, nie mają spokoju w sercu. Za chwilę będą potrzebowały pomocy psychologów.

Bo jeśli nikt im nie pomoże, mogą nie poradzić sobie z wojenną traumą i nie pójdą do przodu.

Za jakiś czas skończy im się siła, ale pewnie tego nawet nie zauważą. One wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić na to, aby się rozsypać. One się zajadą, kosztem swojego zdrowia, ale podołają. Centra medyczne zgłaszają swoją pomoc. To teraz bardzo ważne.

Bezpieczne dzieci, to zdrowa matka.

Wiesz, że większość kobiet, które przyjechały do Polski, zdążyły dla swoich dzieci przygotować walizki. Mają tam wszystko, co jest dzieciom potrzebne. Czyściutkie i wyprasowane ubranka, kolorowe piżamki, ręczniki dziecięce, przytulanki. Dla siebie rzeczy już nie zdążyły zapakować. Ale my tak już mamy, dzieci i rodzina są u nas zawsze na pierwszym miejscu.

A mężczyźni. Ty mieszkasz w Polsce od 12 lat, ale twój tata żyje w Ukrainie. Gdzie jest teraz?

On nie chciał przyjeżdżać do Polski, jest w połowie Rosjaninem, w połowie Ukraińcem. Zadeklarował, że chce zostać, żeby walczyć i bronić Ukrainy. Moje córki przez to nie dawały sobie rady psychicznie, bardzo bały się o dziadka, błagały, aby przyjechał i nie zostawał na wojnie.

Zmusiłaś go do przyjazdu.

Tak. Wiem, że zachowałam się niepoprawnie, ale powiedziałam mu wprost, albo tu przyjedzie, albo jego wnuczki się psychicznie wykończą. On nie musi walczyć, ma 70 lat, jest schorowany.

Moi znajomi, którzy jechali do Polski, zabrali tatę ze sobą, przyjechał do Zosina i teraz jest z nami. Bardzo mu jest tu ciężko, nie chciał opuszczać domu i Ukrainy. Pomaga w domu, chce czuć się przydatny, ale i tak nie może znaleźć sobie u nas miejsca.

Wspomniałaś, że twój tata jest w połowie Rosjaninem. Masz rodzinę w Rosji?

Tak, kuzynów, kuzynki. Po studiach w Kijowie miałam studio taneczna z filią w Sankt Petersburgu i w Moskwie. Jeden z moich kuzynów pracuje w IT, ma dzięki temu dostęp do prawdziwych informacji. Wziął udział w manifestacji przeciwko Putinowi. Kiedyś za to dostawało się 25 dni, dzisiaj 15 lat. Ludzie boją się wychodzić na ulice.

A reszta rodziny z Rosji, jesteś z nimi w kontakcie?

Moja kuzynka zadzwoniła do mnie z Rosji i powiedziała mi: "Olga, słyszałam, że u was jakieś rozróby w Kijowie, ale Putin wszystko już ogarnął". Mnie zatkało, na początku chciało się mi krzyczeć, a potem płakać.

Ja wiem, że ludzie w Rosji nie szukają alternatywnych informacji. Musimy to zmienić. Jak mamy znajomych w Rosji, wysyłajmy im relacje z tego, co się teraz u nas dzieje, zdjęcia są blokowane. Może dzięki temu więcej ludzi w Rosji wyjdzie na ulice.

Rozmawiamy o rodzinach, które przyjeżdżają do nas z Ukrainy, o twojej rodzinie, ale nie o tobie. To teraz zapytam, jak ty się trzymasz po kilkunastu dniach niespania i pomagania przyjezdnym?

Chcę mi się płakać, tupać nogami. Wiem, że czas na analizy przyjdzie z pokojem na Ukrainie. Teraz działam na tyle, na ile mnie stać.

Jestem zmęczona, ale mam niesamowitych ludzi po obu stronach. Moim rodakom dziękuję za bohaterstwo, każdego dnia. Polacy dają mi wsparcie. Jestem bardzo wdzięczna za człowieczeństwo, które poznałam  już 12 lat temu podczas jednego z finałów WOŚP.

Olga z córką InnyOlga z córką Inny fot: archiwum prywatnie

Olga Burowa mieszka z mężem w Warszawie od 12 lat. Tutaj urodziły się jej córki: 10-letnia Kalina i 7-letnia Milena. Pochodzi z Kijowa, tam skończyła Akademię Muzyczną. W Polsce prowadzi umuzykalniające zajęcia dla dzieci, pracuje w Polskiej Fundacji Pomocy Dzieciom Niedosłyszącym ECHO. Jest tłumaczką języka migowego. Pomaga osobom niesłyszącym. Od początku wojny w Ukrainie jest mocno zaangażowana w pomaganie matkom i dzieciom, które u nas szukają schronienia. 

Więcej o: