Bus z ukraińskimi rodzinami dachował koło Warszawy. Wśród rannych dzieci

Na trasie S17 niedaleko Warszawy doszło do wypadku samochodu osobowego oraz busa, którym jechali uchodźmy z Ukrainy. 13 osób, w tym dzieci, trafiło do szpitali na Mazowszu.

Jak przekazała mł. asp. Małgorzata Pychner z Komendy Powiatowej Policji w Garwolinie, do zdarzenia doszło  około 3 nad ranem, na trasie Lublin-Warszawa, na wysokości miasta Józefów. Oba pojazdy jechały w kierunku stolicy. Według wstępnych ustaleń policji samochód osobowy wjechał w tył busa. Większość uczestników zdarzenia to obywatele Ukrainy, głównie rodzice z dziećmi. Obaj kierowcy byli trzeźwi.

Bus z ukraińskimi rodzinami dachował koło Warszawy

Więcej artykułów dotyczących aktualnej sytuacji na Ukrainie znajdziesz na stronie Gazeta.pl.

Rodzice na spacerze12 tys. na dziecko. Rodzice są niezadowoleni: Nie tędy droga

Zobacz wideo Kiedy dziecko się zakrztusi. Przede wszystkim nie panikować. Działać!

W rozmowie z TVN Warszawa Tomasz Biernacki ze straży pożarnej w Garwolinie poinformował, że pojazdy po zderzeniu dachowały.

Łącznie w obu autach podróżowało 13 osób, wszystkie zostały przetransportowane do szpitali

- przekazał.

Wśród osób podróżujących busem byli rodzice z dziećmi w wieku 6 i 14 lat, zaś w samochodzie osobowym jechali 4-latek i 14-latek. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad informowała w oficjalnym komunikacie o sześciu osobach rannych. Nie wszyscy, których przewieziono do szpitala mają jednak ciężkie obrażenia, bo wśród nich są rodzice, którzy pojechali do placówek jako opiekunowie swoich dzieci. Nie wiadomo, czy któreś z nich zostało poważnie ranne.

W związku z zaistniałą sytuacją trasa S17 w kierunku Warszawy jest zablokowana. Przed godziną 9 Tomasz Zieliński z tvnwarszawa.pl przekazał, że ruch jest nadal zamknięty, a policja kieruje podróżnych na objazdy. Na jezdni było widać mnóstwo paczek, ubrań i walizek, które wypadły z pojazdów.

Poniedziałek jest już piątym dniem inwazji wojsk rosyjskich na Ukrainę. Z każdą kolejną godziną rośnie liczba osób, próbujących przekroczyć wschodnią granicę. Kolejki sięgają kilkudziesięciu kilometrów, a przy każdym przejściu gromadzi się kilkadziesiąt tysięcy osób. To w przeważającej części kobiety i dzieci. Tylko w niedzielę na przejściu w Hrebennem odprawiono 10 tys. osób (w sumie na czterech przejściach w woj. lubelskim było to 45 tys. ludzi). Wiceszef MSWiA Paweł Szefernaker zapewnia, że funkcjonariusze Straży Granicznej pracują nieustannie, często nie korzystając nawet z przerw. Nasz fotoreporter Jakub Orzechowski spędził w Hrebennem ostatnią dobę. Jak relacjonuje, sytuacja jest tam bardzo poważna, a ruch cały czas narasta. W oczy rzuca się zwłaszcza widok małych dzieci, trzymających w rękach maskotki. Wiele osób próbuje przedostać się do Polski, gdzie czeka już na nich ktoś z rodziny. Spotkaniom towarzyszy często płacz i ogromne wzruszenie. Ludzie zostawili w Ukrainie cały swój dobytek - mają tylko to, co zdołali zmieścić do walizki. Teren wojny opuszczają nie tylko Ukraińcy. Na przejściu widać też ludzi z innych rejonów świata, których wojna zastała podczas wizyty u naszego wschodniego sąsiada. Ale ruch na granicy odbywa się w obie strony. Wiele osób chce wrócić do Ukrainy, by walczyć o wolność swojej ojczyzny. Policja pomaga im na granicy w zorganizowaniu transportu. Sytuacja w Hrebennem niewiele zmienia się w nocy. Jest tylko dużo chłodniej. Uchodźcy próbują ogrzewać się przy przywiezionych przez służby tzw. grzejnikach tarasowych. Niektórzy rozpalają też ogniska.Mężczyzna oddał dzieci obcej kobiecie na granicy. "Po prostu mi zaufał"

Więcej o: