1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Manifest

Decyzja o byciu rodzicem zawsze miała posmak szaleństwa, ale dziś to uczucie rośnie.
Od zawożenia do przedszkola, przywożenia, wizyt u lekarza, kurowania, zabawiania, usypiania, a przede wszystkim pracy, bo przecież jak się ma dzieci, to trzeba pracować, że hej. Choćby po to, by starczyło: na buty, bo stopa rośnie, zresztą wszystko rośnie, więc na kurtki, spodnie, koszulki też. Do tego na pieluszki, płyny do kąpieli, pasty do zębów, wózki, łóżeczka. Jedzenie też by się jakieś zdało, do tego lekarstwa, książki, że już nie wspomnę o czymś takim, jak wyjazd wakacyjny. A na pewno nie będę się rozwodził, że ten wyjazd nie tylko jest dzieciom potrzebny, ale i mnie czy jakiemuś innemu tacie lub mamie, bo jak nic, tylko praca i dzieci, to żyć się odechciewa. Nie wspomnę też o mieszkaniu, na które trzeba wziąć kredyt, a potem go spłacać przez lata. Nie wspomnę i o tym, że by móc na to zarobić, to trzeba z kimś dzieci zostawić. Czyli zapłacić za nianię, żłobek, przedszkole.

A teraz wyobraźmy sobie, że ktoś ma więcej niż jedno dziecko. O rety!

Mój ojciec, porządny obywatel, katolik, zawsze powtarzał, że obowiązkiem moralnym jest mieć jak najwięcej dzieci. Sam ma troje, ale gdy dwa lata temu z okładem zaszliśmy w kolejna ciążę, powiedział: - Niezwykle trudno jest mieć więcej niż jedno dziecko w państwie, które w ogóle w tym nie pomaga.

Powiem wiecej: dzisiaj trudniej się zdecydować nie tylko na dwójkę dzieci, ale na dziecko w ogóle. Decyzja o byciu rodzicem zawsze miała w sobie jakiś posmak szaleństwa, ale dziś ten posmak rośnie. I to wprost proporcjonalnie do rozwoju antykoncepcji.

Miarą mojego szaleństwa jest dwójka dzieci. Myślę jednak, że dwójka dzieci to wciąż za mało, by mieć to coś, co się nazywa przyrostem naturalnym. A przecież cokolwiek włączę, jakąkolwiek gazetę wezmę, to ciągle słyszę, czytam, jaki ten przyrost ważny. W ogóle jakie to ważne, by dzieci było jak najwięcej, bo na nich to przecież, na tych maluchach, spoczywają nasze emerytury, nasz dobrobyt, nasze szczęście. Dzieci przyszłością narodu!

Tyle się na ten temat trajkocze, od prawa do lewa i co? I pstro.

Polityka prorodzinna, czyli taka, która wyróżnia i premiuje tych, co mają dzieci, nie istnieje. No, bo niby co? Becikowe? Wolne żarty: znieczulenie zewnątrz- oponowe kosztuje pięćset złotych. Ulga podatkowa - tysiąc złotych z hakiem? Dajcie spokój, przecież miesiąc przedszkola, i to państwowego, kosztuje prawie pięćset. A i tak chcą tę ulgę znieść.

Dlaczego? Ano dlatego, że wszyscy mówią, jakie te dzieci ważne, ale prawda jest taka, że jak te dzieci już są, to one są ważne tylko dla rodziców. To znaczy każde dziecko jest ważne tylko dla swoich rodziców, więc ci się uwijają, jak mogą, by na wszystko starczyło pieniędzy i czasu. W tym na zabawę i przytulanki, co z punktu widzenia systemu jest czymś zupełnie bez sensu.

Pewien profesor mówił mi ostatnio: "Jeżeli ja chcę, Panie Tomaszu, nad Panem zapanować, to muszę zrobić dwie rzeczy - rozwiązać sobie ręce, a Panu związać. Nic więcej". Otóż my, rodzice, mamy ręce związane dokładnie i w związku z tym nie trzeba się nami przejmować. Nie trzeba nam nic dawać, a nawet jak coś się zabierze, np. podatkową ulgę, to może i pogderamy, ale i tak się nie zbuntujemy, bo dzieci już są, czasu cofnąć się nie da, i jakoś utrzymać je trzeba. Zresztą nawet gdybyśmy mogli ten czas cofnąć, to i tak byśmy tego nie zrobili, bo to są nasze dzieci, ukochane, prawda?

Wkurza mnie to, że państwo liczy na moje dzieci, ba, ono o rok wcześniej je puszcza do szkoły, o rok wcześniej zamierza je wykorzystać, w swoje tryby włączyć, ale ich utrzymanie to już jest tylko moja, przepraszam za wyrażenie, broszka. Dlatego, drogie czytelniczki i czytelnicy, mamy i tatowie, wzywam, byście w najbliższych wyborach przyjrzeli się temu, co kandydaci mają do zaproponowania nam: rodzicom. A jak nie będą mieli to... hm... uczmy nasze dzieci, by zakładały spółki w rajach podatkowych.