1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Drugie ja

Moja córka jest wilkołakiem, syn różowym pieskiem. Oboje uznali, że i my mamy nieznane nam do tej pory drugie ja.
Zaczęło się niewinnie pewnego sobotniego popołudnia.

- Bawimy się, że ty jesteś chory, a ja

jestem lekarzem - zarządziła Kudłata.

Lubiłem się bawić w doktora, bo odkąd wytłumaczyłem Kudłatej, że chorzy muszą leżeć i czytać, pozwalała mi zająć się lekturą, tylko od czasu do czasu kłując mnie strzykawką.

Teraz jednak było inaczej.

- Ty jesteś po wypadku, masz urwaną nogę i muszę ci ją przyszyć - poinformowała mnie Kudłata.

Zaprotestowałem stanowczo, wiedząc, że zamierza dosłownie potraktować swój plan.

- No dobrze, to leżysz i boli cię brzuch - powiedziała.

- OK - zgodziłem się i sięgnąłem po książkę.

- Nie książkę - wyrwała mi stanowczo kryminał. - Bardzo cię boli i krzyczysz.

Żeby się upewnić, wskoczyła mi na brzuch, który rzeczywiście zaczął boleć.

- Rany boskie, boli! - wrzasnąłem.

- No właśnie, wrzeszcz - poradziła mi życzliwie Kudłata i dźgnęła mnie strzykawką.

- A teraz już nie boli - oznajmiła z dumą.

Nasze zabawy z dziećmi, do tej pory niespecjalnie skomplikowane, teraz stawały się bardzo złożone, a nasza tożsamość zaczęła być coraz bardziej niewyjaśniona.

- Nie jesteś już Indianinem - zwrócił mi uwagę Pitu. - Nie wrzeszcz tak już. Teraz

ja jestem pieskiem i ty też jesteś. Będziemy dwa pieski i pójdziemy do Kudłatej.

- Ona też jest pieskiem? - domyśliłem się w lot.

- Nie, ona przecież jest wielkim ptakiem. My będziemy dwoma pieskami i będziemy ją łapać, a ona ucieknie do domku i tam się zamknie.

- Jasne - notowałem w pamięci. - I zjemy ją?

- Nie, nie - skrzywił się Pitu. - Pieski nie jedzą ptaków. Wtedy ona się zamieni w krokodyla oczywiście.

Pogoniliśmy ptaka, przy czym okazało się, że mój syn jest pieskiem rasy różowej, a ja zielonej.

- Ty jesteś ptakiem czy krokodylem? - zapytałem Kudłatej, kiedy już uciekła do domku.

- Ja jestem wilkołakiem - ryknęła groźnie moja córka. - Teraz was zjem.

- Chwila, wilkołaki nie zjadają piesków - zaoponowałem.

- Zjadają - potwierdziła Kudłata i ugryzła mnie w nogę.

Pitu w tym czasie zdołał przekonać moją żonę, że jest wielkim wężem, który ściga świętego Mikołaja. Wszystko po to, żeby święty Mikołaj, czyli Pitu, nie zdołał dostarczyć prezentu.

Prezentem okazały się nasze pity z ubiegłego roku. Ponieważ rozegrała się o nie zażarta walka z ptakiem, z trudem tylko odczytałem na strzępkach, że urzędy grożą straszliwymi konsekwencjami, jeśli podatnik nie zachowa ich przez pięć lat.

- No cóż, przez najbliższe cztery lata będziemy się ukrywać - powiedziała filozoficznie moja żona.

Tymczasem Kudłata była już wielką myszą, która żywiła się wyłącznie cukierkami. Cukierkiem miałem być ja - z tym że cukierki nie chodzą na dwóch nogach. Kiedy więc pełzłem przez przedpokój, uciekając przed wielką myszą, spotkałem swoją żonę, która spocona kicała w przeciwną stronę.

Sądziłem po prostu, że jest zającem, ale okazało się, że jest różowym dinozaurem.