1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

10 lat zmagała się z niepłodnością: "Codziennie doszukujesz się objawów ciąży, potrafi nawet zemdlić" [ROZMOWA]

Nadzieje, rozczarowania, załamanie, zwątpienie i euforia, kiedy na teście ciążowym pojawiają się dwie kreski - o tym pisze autorka amatorskiej książki "Moje in vitro". Laura Lis w naszej rozmowie opowiada o tym jaką drogę przeszła wraz z partnerem, aby zajść w upragnioną ciążę.
Joanna Biszewska: Masz za sobą wiele lat starań o dziecko. Swoje przeżycia opisałaś w książce "Moje in vitro". Dla kogo pisałaś?

Laura Lis: - Napisana przeze mnie książka to wydanie amatorskie. Nie jestem zawodową pisarką. Chcę się po prostu podzielić swoimi doświadczeniami z parami, które tak samo jak ja i mój mąż Tomek, pragną zobaczyć dwie kreski na teście ciążowym. Opisuję, że nie zawsze było łatwo, wręcz przeciwnie, było beznadziejnie. Ale nie poddaliśmy się. Myślę, że "Moje in vitro" napisałam przede wszystkim po to, aby dać dowód i tym samym nadzieję, że może się udać.

Ile miesięcy ma twój syn?

- Ignaś ma 8 miesięcy.

Jakim jest chłopcem?

- Kochany słodziak. Śliczny, pogodny, a najważniejsze jest zdrowy.

Po ilu latach starań urodziłaś?

- Po 10 latach długiej i ciężkiej walki.

Z perspektywy czasu, jak wspominasz te lata?

- To była droga przez mękę, usłana cierniami na duszy i psychice.

Co najbardziej cię załamało? Kiedy był ten moment kompletnego zwątpienia?

- Takich momentów było kilka, ale najbardziej drastyczne było pierwsze nieudane in vitro. Wówczas pomyślałam, że chyba już nigdy nie doczekam się dziecka.

Przeszliście przez wszystkie etapy wspomaganego rozrodu. Poczynając od stymulacji jajeczkowania, a kończąc na in vitro. Kiedy uświadomiliście sobie, że macie problem związany z niepłodnością?

- Z każdym kolejnym miesiącem, kiedy nie zachodziłam w ciążę rodził się niepokój. Po dwóch latach starań rozpoczęliśmy leczenie. Miałam wtedy 26 lat. Pierwsze miesiące to było takie kochanie się o określonej porze, w określonym dniu.

Czyli seks sprowadzony do roli prokreacji. Zero romantyzmu.

- Na początku jest normalnie, ale po kilku miesiącach, kiedy nie ma efektów, seks zamienia się w rutynę. Szczerze mówiąc właściwie przestaje sprawiać satysfakcję, bo jest z góry zaplanowany, kiedy ma być, a kiedy nie. Zaczęliśmy się kłócić. Wciąż miałam pretensje do Tomka, że nie chce się ze mną kochać, że nie chce już dziecka. Złościłam się na niego, kiedy był akurat ten dzień, a on wracał po pracy zmęczony i po prostu mu się nie chciało. Takie sytuacje zaczęły pojawiać się coraz częściej, zaczęliśmy się też kłócić.

Ale mimo to udało wam się przetrwać ten pierwszy kryzys. Co was trzymało, co nie pozwoliło rozstać się?

- Myślę, że gdyby nie miłość, nasz związek rozleciałby się. Nawzajem byliśmy dla siebie oparciem w trudnych chwilach. Dużo zawdzięczamy rodzicom i rodzeństwu. Bez nich nie dalibyśmy rady. Byli dla nas oparciem, razem z nami przeżywaliśmy niepowodzenia.

Po latach bezowocnych starań zgłosiliście się po pomoc medyczną.

- Lekarze zalecili stymulację jajeczkowania czyli nadal kochanie się w określonym dniu. Dostałam leki i zastrzyki wspomagające pękanie pęcherzyków. Po miesiącach biegania do lekarza, po kilka razy w każdym cyklu, współżycia w wyznaczonych dniach, zaczęło mnie to męczyć. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek naszej długiej drogi do celu.

Podczas leczenie niepłodności pary przechodzą różne etapy leczenia. Jednym z nich jest inseminacja. Duże nadzieje wiązałaś z tą metodą?

- Zdawałam sobie sprawę z tego, że w przypadku inseminacji procent szans na powodzenie jest na poziomie od pięciu do dwudziestu pięciu. Mimo to bardzo wierzyłam w to, że jednak uda nam się znaleźć w gronie szczęśliwców.

Udało się?

- Nie. Pięć inseminacji i każda bez sukcesu.

Jak właściwie wygląda taki zabieg, jest stresujący, boli?

- Sam zabieg nie boli, trwa kilka, może kilkanaście minut i przypomina zwykłe badanie cytologiczne. Więcej jest stresu, niepotrzebnego zresztą. Najgorsze w tym wszystkim jest oczekiwanie na wynik testu.

A co czułaś po każdym z tych zabiegów. Nadzieje czy już obojętność?

- Codziennie doszukujesz się w swoim ciele objawów ciąży. A to coś zaboli, a to kłuje. Czasem nawet potrafi zemdlić po jakimś posiłku. Ale tak naprawdę, to nie żadne objawy ciąży, tylko urojenia, które siedzą w głowie. Dobrze, że w tym czasie chodziłam do pracy, miałam odskocznie, inny świat. Dzięki pracy nie myślałam nieustannie o tym czy jestem w ciąży czy nie. Trzeba zająć umysł czymś innym.

Domyślam się, że trudno jest przestać myśleć, bo zawsze jest jakaś reklama z bobasami, mamy z wózkami w parku, koleżanki z dziećmi.

- Kiedy my zaliczaliśmy kolejne nieudane inseminacje moje dwie najbliższe przyjaciółki zaszły w pierwszą ciążę. Niby się cieszyłam, ale to była radość udawana, taka tylko z zewnątrz, wewnątrz byłam wściekła i zazdrosna.

Według psychologów to normalne uczucia.

- Pewnie tak, ale mnie jeszcze męczyła inna sprawa. Nie mówiliśmy znajomym, że mamy problemy z zajściem w ciążę, że się leczymy. Przy kolejnych testach ciążowych z jedną kreską obydwoje płakaliśmy. Czasem wypłakanie się pomaga, ale tylko na krótko.

Psychologowie doradzają aby jednak mówić znajomym o swoich problemach z zajściem w ciążę. To najskuteczniejsza metoda, aby ukrócić pytania w stylu: "U was kiedy rodzina się powiększy?", "Nie chcecie mieć dzieci?"

- Nie wiem, dlaczego nie chciałam mówić prawdy, chyba po prostu się tego wstydziłam. Czułam się gorsza od innych kobiet. Wszystkie koleżanki zachodziły w ciążę, a ja nie. Bałam się również, że Tomek w końcu znajdzie sobie inną żonę, która będzie mogła dać mu dziecko. Teraz wiem, że moje obawy były bezpodstawne. Gdybym mogła cofnąć czas, myślę, że powiedziałabym prawdę. Nie warto oszukiwać, nie ma się czego wstydzić. Niepłodność to choroba, jak każda inna, nikt jej sam nie wybiera.

Dlaczego nie możecie mieć dzieci naturalnie? Co jest przyczyną?

- Po wszystkich badaniach, które wychodziły prawidłowo, postawiono diagnozę, że cierpimy na niepłodność idiopatyczną. To niepłodność niewyjaśnionego pochodzenia. Dzisiaj, tak myślę, że nasza diagnoza to być może wina naszej psychiki? Może trzeba było udać się nie do lekarza ginekologa lecz do psychologa?

Ale jednak tego nie zrobiliście. Zamiast leczyć psychikę zdecydowaliście się na in vitro.

- Tak, i tego nie żałujemy. Być może, gdyby nie program refundacji in vitro, to wówczas zdecydowalibyśmy się na terapię u psychologa. Nie byłoby nas po prostu stać na opłacenie pełnej procedury zabiegu prywatnie. Psycholog, a potem ewentualnie adopcja, to byłyby nasze ostatnie szanse.

Kiedy prawie dwa lata temu rząd podjął decyzję o refundacji in vitro, Polacy podzielili się na obozy. Trudno w takiej atmosferze działać?

- Wiedziałam, że kościół i niektóre partie tępią zapłodnienie pozaustrojowe, że będą chcieli program refundacji zbojkotować. Na szczęście nie udało im się. Jestem osobą wierzącą, ale nie zgadzam się z tym, że in vitro zabija dzieci. Każdy powinien mieć prawo do leczenia. Niepłodność to choroba dwudziestego pierwszego wieku. Przecież często jest tak, że kobieta, nawet nie wie, że była w ciąży i poroniła. Dostaje okres i tyle. Z in vitro jest podobnie. Nie miałam i nie mam żadnych wyrzutów sumienia i nigdy nawet nie przyszło mi na myśl, żeby się z programu wycofać. Dla nas in vitro okazało się jedyną szansą na dziecko.

Według kościoła in vitro to grzech.

- Nie uważam, że podchodząc do in vitro popełniłam grzech. Nie zamierzam się z tego spowiadać. A nawet gdybym to zrobiła, pewnie i tak nie dostałabym rozgrzeszenia.

Pamiętasz dzień w którym zostaliście zakwalifikowani do rządowego programu leczenia niepłodności metodą in vitro?

- Jak tylko dowiedzieliśmy się, że program wchodzi w życie, od razu zadzwoniłam do kliniki w celu przystąpienia do programu. Niewiarygodne jest to, ile osób próbowało się tam w tym dniu umówić na wizytę. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile par było w podobnej do nas sytuacji. Okazało się, że wizyty są poumawiane na dwa tygodnie do przodu, a kiedy dzwoniłam była dopiero 9 rano. Tylko dlatego, że byłam pacjentką kliniki, miałam pierwszeństwo przed innymi.

Podczas przygotowań od zabiegu in vitro kobieta musi przyjąć serię zastrzyków. Robiłaś je sobie sama?

- W klinice zostałam przeszkolona jak je robić. Martwiło mnie, kto będzie mi je codziennie podawał, ale w końcu postanowiliśmy, że moim osobistym pielęgniarzem zostanie Tomek. Tylko on nie boi się zastrzyków. Pierwszy raz był najgorszy, ręce mu się trzęsły, ale jakoś poszło i nawet nie bolało. Zastrzyk dostawałam w brzuch o określonej porze dnia. Po kilku dniach już się do nich przyzwyczaiłam i czynność ta stała się naszą codzienną rutyną. Do wszystkiego można przywyknąć.

Te zastrzyki były po to, aby rosły pęcherzyki Graafa?

- Tak. Za pierwszym razem "wyhodowałam" sześć pęcherzyków. Wycelowaliśmy z ilością idealnie. Według zaleceń programu refundacji i tak nie pobierają więcej niż sześciu komórek.

Jakie to uczucie kiedy przychodzi dzień pobrania komórek jajowych?

- Całą noc nie mogłam spać. Wiedziałam, że będę pod pełną narkozą i nic nie będę czuła. Tej narkozy najbardziej się bałam. To przez wspomnienia z dzieciństwa. Jako dziecko miałam usuwany wyrostek.

Jak przebiega taki zabieg? Jest się czego bać?

- Umieszczono mnie w małej salce z trzema dziewczynami. One też przystępowały do in vitro. W tym samym czasie poproszono Tomka do specjalnego pomieszczenia, aby oddał nasienie. Założono mi dren na rękę, musiałam również wypełnić krótką ankietę, potrzebną dla anestezjologa. Dostałam specjalne ubranie i czekałam na swoją kolej. Pielęgniarka przyłożyła maskę do nosa, usłyszałam od lekarza dobranoc i odpłynęłam. Nie mam nawet pojęcia ile to trwało, ponoć ze dwadzieścia minut. Obudziłam się już na łóżku w sali pooperacyjnej. I o dziwo czułam się nadzwyczaj dobrze. Nic mnie nie bolało, chciało mi się tylko trochę spać.

Po zabiegu pobrania komórek jajowych kolejne trzy dni niepewności i myślenia ile i czy powstaną zarodki. Jak się Pani wtedy czuła. To oczekiwanie było stresujące?

- Strasznie. Myślałam, że ten czas nigdy się nie skończy. Z jednej strony cieszyłam się, że pierwszy etap mam już za sobą, z drugiej zaś, ta niepewność była przerażająca.

Jak przebiegł wasz ostatni etap procedury in vitro?

- Wiedzieliśmy, że tylko jeden zapłodniony zarodek zostanie przeniesiony do wnętrza macicy, bo tylko na jeden pozwala program. Wiedziałam też, że sam transfer będzie bezbolesny, bo praktycznie wygląda tak samo jak procedura inseminacji, tylko zamiast plemników wstrzykują zarodek. I rzeczywiście nie pomyliłam się. Trzy dni po pobraniu jajeczek ponownie zjawiliśmy się w klinice. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że wszystkie sześć komórek zostały zapłodnione, że jedną mi podadzą dzisiaj i że do zamrożenia nadaje się niestety jeszcze tylko jedna.

Wasze szanse zawęziły się do dwóch zarodków czyli do dwóch transferów?

- Zgadza się. Mieliśmy dwa podejścia. W przeciwnym wypadku, musielibyśmy całą procedurę zaczynać od początku.

Jak się czułaś po pierwszym transferze?

- Po pierwszym tygodniu wykonałam badanie wysokości progesteronu z krwi. Wyszło poprawnie. Myślałam, że to był dobry znak.

I rzeczywiście taki się okazał?

- Po 14 dniach od transferu zrobiłam badanie hcg, które miało potwierdzić lub wykluczyć ciążę. Nie pojechałam odebrać wyników. Stchórzyłam. Zrobił to za mnie Tomek. Umówiliśmy się pod moją pracą wieczorem. Zakazałam mu do mnie dzwonić z wynikiem. Jakikolwiek by nie był. Nie chciałam się o nich dowiedzieć w pracy. Bałam się, że jak będzie negatywny, to wybuchnę płaczem przy wszystkich.

I co się stało?

- Wynik był negatywny, nie byłam w ciąży. Nawet się nie rozpłakałam. Odjechaliśmy w ciszy.

Załamałaś się?

- Kompletnie, ale nie mogłam się poddać. Wiedziałam, że mam jeszcze jeden zamrożony zarodek. Postanowiliśmy pójść za ciosem.

Czyli podjęliście próbę w kolejnym miesiącu?

- Tak. Najpierw transfer w odpowiednim dniu cyklu, potem pełny pakiet leków na podtrzymanie ciąży - duphaston, luteina, dodatkowo sterydy, żeby mój organizm nie odrzucił zarodka, kwas foliowy, accard, który miał odpowiadać za odpowiednie dotlenienie zarodka.

I znowu dwa tygodnie oczekiwania.

- Tym razem nikomu nie powiedziałam o dniu w którym będę robiła badanie hcg. Nawet Tomek tego nie wiedział. I w sumie, to nawet się nie dopytywał. Może wiedział, że jak będę gotowa to sama mu powiem? Postanowiłam sama odebrać wyniki.

Odważnie. Pamiętasz ten dzień?

- Wróciłam do domu, zajęłam się gotowaniem, sprzątaniem, jakby nigdy nic. Z niepokojem patrzyłam na zegarek. Wybiła trzynasta. Odpaliłam komputer, z drżeniem rąk zalogowałam się do systemu. Myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. To jeszcze nie teraz, wyników jeszcze nie było. Musiałam nadal uzbroić się w cierpliwość. Minęła kolejna godzina. Nie wiem czemu, ale tym razem na luzie odpaliłam system, będąc przekonana, że ich nadal jeszcze nie ma. Ale były. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.

Byłaś w ciąży?

- Beta HCG- 267,20 mIU/ml, co oznacza, że byłam w czwartym tygodniu ciąży.

Jak zareagował przyszły tata kiedy mu powiedziałaś?

- Jaki on był szczęśliwy. Przytulił mnie, pocałował i wręczył mi kwiatka. Ten wieczór był wspaniały. Chyba nic nigdy go nie przebije. Nigdy go nie zapomnę. Chciałam wyjść i wykrzyczeć całemu światu: jestem szczęśliwa.

Lata starania o ciąże wystawiają związek na próbę. Myślisz, że były po coś?

- Jestem pewna, że tak. Nasza walka pokazała, że nasz związek jest trwały i przetrwa wszystko. Wiem, że zawsze mogę liczyć na męża, to bardzo ważne. Teraz już nie boję się wyzwań i z większą odwagą patrzę w przyszłość. Ignaś jest scaleniem naszego związku.

Co byś powiedziała parze, która zaczyna swoją walkę o ciąże? Jak myślisz, co jest najistotniejsze?

- Miłość, wzajemne wsparcie, upór do samego końca i wiara, której nigdy nie może zabraknąć. Wiem, że par borykających się z problemem niepłodności jest wiele i właśnie z myślą o nich opisałam swoje doświadczenia. "Moje in vitro" być może rozwieje niektóre wątpliwości i lęki związane z zabiegiem in vitro. Moja książka to nie medyczny opis leczenia niepłodności lecz pokazanie, jak od emocjonalnej strony wygląda cały proces leczenia niepłodności. "Moje in vitro" to też dowód, że nigdy nie należy się poddawać, że trzeba do końca walczyć o swoje szczęście.

E-book Laury Lis (autorka występuję pod pseudonimem) to zapis doświadczeń i uczuć pary borykającej się z problemem niepłodności. Książkę znajdziesz w e-księgarni Publio.pl >>