Cudowna chwila - czyli moment, kiedy dzieci odkrywają nowe umiejętności. Co najbardziej nas zaskoczyło [HISTORIE MAM]

Każda chwila, kiedy dziecko zdobywa nowe osiągnięcia lub dochodzi własną pracą lub przemyśleniami do swoich wniosków, odkrywa świat na swój własny sposób, zachwyca rodziców i sprawia, że z dumy rosną serca. Kilka mam podzieliło się z nami tymi momentami, które z perspektywy czasu lub całkiem niedawno były w ich mniemaniu przełomowe.

Sandra, 34 lata, mama rocznej Anastazji

Moja Anastazja właśnie skończyła roczek. Zawsze gdy zasypia, muszę posiedzieć przy jej łóżeczku. Nie trwa to zazwyczaj bardzo długo, ale często musimy przejść przez fazę, w której Nastka się obraca na brzuszek i wstaje w łóżeczku na znak protestu. Wtedy zawsze muszę wstać i bez słowa odłożyć ją na plecki. Kilka dni temu, właśnie podczas tej fazy, Anastazja zrobiła coś nowego. Najpierw kilka razy obrót, stanięcie na nóżki i moje jej odłożenie, aż tu nagle obróciła się na brzuszek, złapała szczebelki, żeby się podciągnąć, spojrzała na mnie z uśmiechem, a gdy tylko wstałam i wyciągnęłam ręce, aby ją obrócić, roześmiała się i szybko sama przerzuciła się na plecki. Żart. Anastazja pierwszy raz świadomie zażartowała! Potem powtarzała zabawę jeszcze kilka razy. Za każdym razem bardzo się przy tym rozbawiając.

Zobacz wideo Najczęstsze pytania mam. Czy dziecko jest już najedzone? Jak reagować na kolkę?

KaruzelaKaruzela fot. materiały partnera

Gosia, 33 lata, mama 3-letniej Józefiny

W telefonie mam galerię zdjęć i filmików przepełnioną Józią. Józi pierwsza marchewka, pierwszy ziemniaczek (a potem każdy kolejny), pierwszy raz usiadła, wstała, raczkowała, zaśmiała się... Jest tam też jeden bardzo zabawny filmik, do którego wracam niezwykle często, gdy za Józią zatęsknię, bo jest np. w przedszkolu albo na weekend u dziadków. Gdy Józia miała niespełna rok, akceptowała tylko jedną zabawkę. Musiała jej towarzyszyć na spacerach, w łóżeczku lub gdy leżała na macie edukacyjnej. Była to taka wibrująca zawieszka z gryzakiem. Gdy tylko zawieszka zaczynała wibrować, moje dziecko patrzyło w nią jak zahipnotyzowane. Niezależnie od tego, co w danym momencie robiła lub działo się dookoła, Józia odwracała się, szukała wzrokiem zabawki i patrzyła na nią bez ruchu. Na tym filmiku jesteśmy akurat w podróży, a Józia nie znosiła siedzieć w foteliku samochodowym. Nagrałam więc moment jej buntu i natychmiastowej przemiany w spokojne i szczęśliwe dziecko za sprawą działania magicznego zaklęcia - wibracji jej ulubionej zabawki. Zabawka musiała nas eskortować bezpiecznie przez kolejne 100 kilometrów, aż dojechaliśmy do celu.

Dominika, 39 lat, mama 11-letniego Stasia

Ta historia ma już pięć lat, bo wydarzyła się, kiedy Stasiek był sześciolatkiem. To nie znaczy, że po drodze nie wydarzyło się nic, co sprawiło, że zapałałam dumą. Natomiast dobrze pamiętam, jak w tamte wakacje, które spędzaliśmy na Słowenii, zauważyłam, jak bardzo mój syn dorósł. W Piranie, nadmorskim miasteczku, Stasiek obserwował, jak lokalne dzieci sprzedawały w okolicy portu muszle i ozdoby własnoręcznie robione z tych muszli. To były dzieci w jego wieku. Wiele osób wspierało ten dziecięcy biznes, kupowało od nich pamiątki. Co ważne, Stasiek też wsparł zakupem tych młodych rekinów biznesu. W końcu uznał, że on też spróbuje swoich sił w handlu i jeden wieczór przeznaczył na przygotowanie stanowiska, obmyślenie strategii, przygotowanie tabliczek z cenami. Zdecydował, że będzie sprzedawał kolekcjonerskie karty, które zbierał od jakiegoś czasu. Usiadł na murku obok deptaku - my byliśmy w restauracji naprzeciwko - i czekał na klientów. Był bardzo dzielny. I faktycznie udało mu się sprzedać wszystko, co miał sprzedać. Zarobione pieniądze to było jego kieszonkowe na resztę wyjazdu.

Druga świetna historia z tego wyjazdu, to jak Stasiek został opiekunem iguany w objazdowym mini zoo z gadami. Bardzo się nimi wtedy fascynował. Gdy odwiedziliśmy zoo za pierwszym razem, zaprzyjaźnił się w właścicielką. Ona pozwalała mu oglądać, dotykać zwierzęta, w tym węże. Według niej Stasiek miał niesamowitą energię, bo zwierzęta były przy nim bardzo spokojne. Do końca wyjazdu chodził codziennie wyprowadzać iguanę na spacer. Ona była wielka!

Marcelina, 37 lat, mama 9-letniego Filipa

Mnie zaskoczyła w Fifim dojrzałość życiowa i dorosłe podejście do pewnych spraw. Jak się zorientowałam, że z życia czasem rozumie więcej niż ja i przejmuje się czymś, czym ja się nie przejmuje, np. moją rozrzutnością. Imponuje mi to, że nie jest zachłanny, właściwie nie ma potrzeb materialnych, woli zdobywać przygody, doświadczenia niż rzeczy. Ostatnio byliśmy w sklepie ze sprzętem sportowym i na urodziny chciałam mu tam coś kupić, namawiając delikatnie do sportu, którym akurat on niespecjalnie się interesuje. Zapytał mnie wtedy, czy ja bym chciała, żeby był inny, "taki sportowy", czy może być taki, jaki on chce. Tymi słowami całkowicie wybił mnie z dotychczasowego myślenia. Jego umiejętność ujmowania trudnych emocji, sytuacji w zgrabne słowa jest czymś, czego potwornie mu zazdroszczę i liczę, że się tego od niego kiedyś nauczę.

Judyta, 41 lat, mama 4-letniego Kostka i 10-letniej Zuzi

Moment, w którym zauważam, że coś, co moje dzieci robią same, a przy czym do niedawna potrzebowały mojej asysty, jest wyraźnym sygnałem dla mnie, że dorastają. Zdobywanie samodzielności na każdym szczeblu jest w moich oczach przełomowe. Mój czteroletni syn jeszcze niedawno potrzebował mnie za każdym razem, kiedy korzystał z toalety. W ostatnim miesiącu wydarzyło się coś, co w niezauważalny sposób usamodzielniło go w tym. Sam korzysta z łazienki w domu. W terenie też sam idzie pod krzaczek i zrobi siku z sukcesem. Ta umiejętność i wiele innych mam wrażenie, że dojrzewają w małym człowieku powoli i pewnego dnia - przemyślane, przetrawione - wyłaniają się w pełni chwały.

Podobnie było z czytaniem mojej córki. Zarówno z Kostkiem, jak i z Zuzą, czytamy regularnie, ale nie podejmowaliśmy z mężem żadnych prób nauczenia Zuzi (Kostka też nie) składania liter w słowa. To przyszło samoistnie. Zuzia wertowała jakąś książeczkę przy stole, miała wtedy chyba pięć lat, kiedy z jej usta nagle zaczęły wypływać słowa, potem zdania. Patrzyliśmy na siebie z mężem przekonani, że zna na pamięć czytaną treść. Gdy do niej podeszłam, żeby lepiej się wsłuchać w to, co mówi, okazało się, że książeczka nie jest jej, a moja i była to instrukcja obsługi blendera. Nie minęło wiele czasu, kiedy najchętniej czytała sobie sama, a później młodszemu bratu.