Wakacje w PRL - zapomniane klimaty

Pamiętacie wakacje lat 60., 70. i 80.? Jak Polska długa i szeroka, co dwa tygodnie tłumy ruszały na tzw. wypoczynek zorganizowany. 1 i 15 dnia każdego miesiąca rozpoczynały się turnusy wczasowe. Najwięcej osób jechało wtedy nad morze, choć i górskie miejscowości się zapełniały.

Wyruszamy

Początkowo podróżowaliśmy pociągami. Na peronie stał zwarty tłum z bagażami, a wjazdowi pociągu towarzyszyły krzyki dorosłych i płacz dzieci. To była wielka chwila dla tatusiów, którzy wskakiwali do jadących składów i zajmowali miejsca w przedziałach. Do tych szczęśliwców rodziny wchodziły przez okna, bo korytarz był zapchany tymi, którym się nie udało. Jazda w ścisku często trwała całą noc, a dostanie się do cuchnącej toalety wymagało umiejętności akrobaty. Nie lepiej wyglądały podróże pekaesami. Zapchane ponad miarę, niemiłosiernie trzęsły i śmierdziały paliwem. Aby pasażerowie nie udusili się, otwierano okienka, a ochronę przed słońcem stanowiły powiewające firanki. Potem nastały czasy maluchów. Dwa razy lipcu i sierpniu po polskich drogach sunęły karawany samochodzików z bagażami na dachu, przymocowanymi skórzanymi paskami. Jechały walizki i wanienki dla dzieci. Czasem zdarzał się składany rower. Bagaż nie rzadko był większy niż autko. Rodzina siedziała stłoczona, dzieci na kolanach dorosłych. Nie było fotelików, a o pasach nikt nie słyszał. Kierowca często palił, a za popielniczkę służyło boczne okienko. Zatrzymywaliśmy się przy drogach lub na leśnych parkingach, jadaliśmy kanapki zrobione w domu i piliśmy herbatę z termosu. Dzieci biegały między samochodami, dorośli sprawdzali mapy. Dziś podróżujemy klimatyzowanymi autami, a dalej - samolotami. Szybko, wygodnie, a przede wszystkim bezpiecznie.

Bez kaowca nie ma wczasów

Niezależnie czy mieszkaliśmy w przedwojennych pensjonatach, czy w nowych domach wczasowych albo w domkach kempingowych, czy nad morzem czy w górach, turnusy zawsze wyglądały identycznie. Najpierw wieczorek zapoznawczy z nieodłącznym panem kaowcem (kulturalno-oświatowym). To on organizował ognisko i pieczenie kiełbasek, wycieczki do latarni morskiej, zawody sportowe, rozmaite konkursy typu wyścigi z worku albo z jajkiem na łyżeczce. Prawie codziennie były potańcówki. Brydżyści (na każdym turnusie zbierała się co najmniej czwórka) spotykali się na maratonach, dzieciarnia oblegała bilard albo „piłkarzyki”. Chętnie też korzystano z bibliotek dysponujących głównie kryminałami. W każdym ośrodku była sala telewizyjna. Zapełniała się ona w porze dziennika, a czekano przede wszystkim na pogodę, bo ona na wczasach była najważniejsza. W dzień obowiązkowo grało (ryczało?) radio, a szczytem elegancji i wyznacznikiem pozycji społecznej był tranzystorek, czyli radioodbiornik przenośny. Ustawiony na kocu na plaży informował sąsiadów, że z nie byle kim mają do czynienia. Dzisiaj w kurortach telewizory są w każdym pokoju, a za granicą bez problemu odbieramy także polskie kanały. Rozrywki zapewniają nam fachowi animatorzy. Często jest to kilka osób, z których co najmniej jedna zajmuje się dziećmi i mówi po polsku. Za granicą nie musimy dźwigać na plażę całego wyposażenia, bo resorty często mają „własny” kawałek morza z parasolami i łóżkami. Przy hotelowych basenach są miniaquaparki ze zjeżdżalniami i brodzikami dla najmłodszych dzieci. Na miejscu są też bary. Jedzenie przecież to bardzo ważny element wypoczynku!

9-ta Drużyna Harcerska z Torunia na obozie letnim w Otłoczynie w 1946 roku9-ta Drużyna Harcerska z Torunia na obozie letnim w Otłoczynie w 1946 roku Andrzej Bereźnicki (wikimedia.org) licencja: CC Attribution - Share Alike 3.0 Unported

Kotlecik i kompocik

Wyżywienie na wczasach było różne, ale zawsze wydawano trzy posiłki: śniadanie, obiad i kolację. W dużych ośrodkach jadano na dwie zamiany. Rano na wszystkich stołach pojawiała się nieśmiertelna zupa mleczna i dżem. Były parówki lub serdelki, plasterek sera żółtego lub łyżka twarożku. Na obiad jakaś zupa z ziemniakami i mielony z marchewką i groszkiem. Oraz kompot. Mortadela lub salceson na kolację. W niedzielę pojawiał się plasterek szynki i sałatka jarzynowa. Do popicia słodzona herbata, czasami kakao. Lepiej karmiono w ośrodkach resortowych: górniczych czy hutniczych. Tam na obiad często pojawiały się kurczaki i schabowe, a na śniadanie wędliny. Do niedzielnych posiłków dodawano np. ciasto drożdżowe. „Wczasowe” jedzenie uzupełniano lodami i jagodziankami kupowanymi na promenadach w budach lub w barach, w starych autobusach. Rarytasem była oranżada w foliowych torebkach. Wieczorami chodzono na smażoną rybkę podawaną na papierowych tackach. Herbatkę parzono w pokoju, bo obowiązkowym sprzętem „wyjazdowym” była grzałka. Czasami zabierano ze sobą sztućce, bo w stołówkach ich zwyczajnie brakowało, albo lepiły się od brudu. Często aluminiowe widelce miały połamane zęby.

Czy aby na pewno?

Wczasy PRL-owskie wspominamy z nostalgią, bo był to czas beztroski. Ale czy na pewno chcielibyśmy, aby tak wyglądał nasz dzisiejszy wypoczynek? W domku z dykty lub pokoju ze skrzypiącą podłogą, z zapadniętym tapczanem, ze sztywnymi porami posiłków, umywalką w pokoju i jedną toaletą na piętrze? Gdzie wszędzie można było palić i czasem tylko ktoś przypominał, żeby wyjść, bo obok są dzieci? Było tanio, ale gdy dodamy wszystkie lody, jagodzianki, pamiątki, wcale już tanio nie wychodziło.