7 miesiąc: Ostry dyżur

Jaś nagle zachorował - kolejny odcinek opowieści Magdy Szczypiorskiej-Mutor.

Biegłam z Jasiem długim szpitalnym korytarzem. "Ostry dyżur" - przeczytałam na tabliczce i półprzytomna ze strachu szarpnęłam klamkę.

- Co jest? - spytała znudzona pielęgniarka.

Synek ma

kłopoty z oddychaniem

- wydyszałam. - Szybko, nie może złapać powietrza.

- Pani zaczeka na korytarzu. Jak doktor będzie wolna, to przyjdzie - wyjaśniła łaskawie. Na Jasia nawet nie zerknęła.

Ze zdenerwowania nie mogłam usiedzieć w miejscu. Co za koszmar!

Kiedy kładłam Jasia spać, był zupełnie zdrowy, poza tym, że od rana kilka razy zakasłał. Koło jedenastej w nocy usłyszałam, że z trudem wciąga powietrze, rzęzi i popłakuje zmienionym, niskim głosem, podobnym do mojego sprzed kilku dni (właśnie wyleczyłam się z zapalenia krtani). Szybko wzięłam go na ręce, otuliłam kocem, oddałam mężowi i wysłałam ich do ogrodu - intuicja i jakieś strzępki wiadomości podpowiadały mi, że chłodne powietrze zmniejszy obrzęk krtani i ułatwi oddychanie. Sama zadzwoniłam do naszego doktora, który, zawsze uspokajający i bagatelizujący drobne dolegliwości, tym razem mnie przeraził.

Natychmiast do szpitala

przerwał mi w pół zdania. - I stamtąd proszę do mnie zadzwonić, dobrze?

To było pół godziny temu. A teraz siedziałam na szpitalnym korytarzu i od kwadransa czekałam na lekarza z ostrego dyżuru. Co kilka minut pytałam pielęgniarkę i nieodmiennie słyszałam: "Już idzie". Wreszcie w perspektywie korytarza zamajaczyła postać w białym kitlu. Niemrawym i zrelaksowanym krokiem zbliżała się powoli, weszła do gabinetu i zatrzaskując mi drzwi przed nosem, wyjaśniła enigmatycznie:

- Niedługo panią poproszę.

Otworzyłam drzwi.

Czekam od kwadransa, mój synek ma kłopoty z oddychaniem...

Spojrzała na mnie jak na przybysza z obcej planety.

- No dobrze, co się dzieje? - zapytała tonem osoby przemocą oderwanej od ulubionych zajęć. Opowiedziałam.

Lekarka siłą próbowała otworzyć małemu buzię i za pomocą wielkiej metalowej szpatułki obejrzeć gardło. Jaś strasznie płakał. Zapytałam, czy nie mogłaby robić tego delikatniej.

- Jak pani taka mądra, to po co pani tu przyjechała ? - usłyszałam. -To jest, proszę pani, ostry dyżur laryngologiczny, tu się nikt nie będzie z dzieciakiem cackał. - Zapalenie krtani - warknęła po oględzinach.

Jaś, zrozpaczony i zdenerwowany, dostał zastrzyk, po którym rozpłakał się tak, że brakowało mu tchu. To było fatalne - im bardziej płakał, tym bardziej się dusił. Usiłowałam go uspokoić.

Niech pani coś zrobi - przeraziłam się nagle. - On ma sine usta!

- Gdzie? - burknęła lekarka znad papierów.

- Jak to gdzie? - krzyknęłam wściekła - Usta. Ma sine usta. Jest mu gorzej, a nie lepiej. Czekam na panią pół godziny, na siłę grzebie mu pani w gardle, traktuje go pani jak kawał mięsa i jeszcze pani pyta, gdzie ma sine usta. Albo pani się nim zajmie jak należy, albo... - chwilowo nie przychodziło mi do głowy żadne sensowne "albo", a ze złości zabrakło mi tchu.

No już dobrze, gdzie ma sine? - podeszła do mnie nieco energiczniej.

- O, cholera, sinieje! Maska, szybko! - krzyknęła do pielęgniarki.

Jaś dotleniony i podłączony do inhalatora trochę się uspokoił. Po kilku minutach zaczął

lepiej oddychać.

Odetchnęłam z ulgą.

- Jeżeli Jaś będzie musiał zostać w szpitalu, chciałabym zostać razem z nim - powiedziałam lekarce.

Niby po co? - spytała zdziwiona - Nie mamy łóżek dla matek.

To jest ostry dyżur laryngologiczny, a nie jakiś przytułek.

- Mogę siedzieć na krześle. Karmię go - wyjaśniłam.

- Czym go pani karmi?

Policzyłam w myślach do dziesięciu.

- Piersią - odpowiedziałam. Nagle zachciało mi się śmiać. Co ja tutaj robię, w środku nocy, w tym surrealistycznym szpitalu?

Damy mu teraz syrop - oświadczyła lekarka, zamierzając wyraźnie wlać go Jasiowi na siłę.

- Nie, nie, może ja to zrobię - przestraszyłam się, że mały znowu zacznie płakać i się dusić. - Wyjdę z nim na korytarz, pochodzę, będzie spokojniejszy.

- Dobrze - zgodziła się ochoczo lekarka. - To ja też sobie pójdę. Pani Alu, jakby co, będę u siebie.

Na korytarzu zaaplikowałam Jasiowi syrop. Oddychał już całkiem nieźle, ciekawie się rozglądał. Zadzwoniłam do męża i do doktora.

- A co z oskrzelami i płucami ? - zapytał pan doktor - W porządku?

- Lekarka go nie osłuchała.

- Jak to? - zdumiał się pan doktor - To niech pani poprosi, żeby to zrobiła, to bardzo ważne.

Wróciłam do gabinetu.

- Czy mogłaby pani poprosić panią doktor - zapytałam pielęgniarkę.

- A po co?

- Chciałabym, żeby osłuchała Jasia, chodzi o oskrzela i płuca.

- Ale pani doktor teraz ogląda film i prosiła, żeby nie przeszkadzać, chyba, że coś pilnego będzie...

- To jest pilne.

- Proszę pani, z oskrzelami to pani sobie jutro pójdzie do internisty. To jest, proszę pani, ostry dyżur laryngologiczny - tłumaczyła mi cierpliwie.

- Proszę wezwać lekarza - uparłam się.

Mrucząc i burcząc, warknęła w telefon:

- Ta od tego dzieciaka z dusznością chce, żeby pani zbadała mu oskrzela czy coś tam...No...no...właśnie jej mówiłam, że to laryngologia, ale wie pani... dobrze... tak.

- Pani doktor zaraz przyjdzie - oznajmiła lodowato pielęgniarka. - Ale jest bardzo, bardzo niezadowolona.

Lekarka zjawiła się tradycyjnie po kwadransie, przyłożyła do Jasia słuchawkę i odskoczyła przestraszona. - O, cholera, on ma obustronne zapalenie oskrzeli - zdziwiła się. - I szmery w płucach. Ale to nic - dodała niezrażona. Zapiszemy antybiotyk.

Wzięłam Jasia,

recepty, pożegnałam ostry dyżur laryngologiczny i zamówiłam taksówkę.

Czekając, aż przyjedzie, zadzwoniłam do doktora, który upewnił się co do stanu Jasia (oddychał normalnie, ssał, był wesolutki i w dobrej formie, bez gorączki), zalecił, co robić (niech śpi w pozycji półsiedzącej, obok włączonego nawilżacza, w chłodnym pokoju i w towarzystwie czuwającego dorosłego).

Głowa do góry - pocieszał nasz doktor - to wcale nie musi być zapalenie oskrzeli, tak długo oddychał z trudnością, że mogło to zaburzyć ich pracę. Będę u państwa przed ósmą rano, jakby coś się działo, proszę dzwonić.

I niech się pani nie martwi.

To samo powiedział miły pan taksówkarz.

Sie pani nie martwi, dobrze będzie. To co, do apteki? Skoczę z receptą i w mig będę z powrotem.

Wrócił po kilku minutach.

Pieczątki nie ma - rozłożył ręce. - Mówią, że lekarka źle wypisała receptę.

Pojechaliśmy do szpitala. Na szczęście Jaś spokojnie spał.

- Zaraz będę - rzucił taksówkarz i oddalił się sprężystym krokiem. Wrócił po pół godzinie, zły jak osa.

- Cholera jedna, film oglądała - denerwował się. - To ja jej mówię: "nawet recepty nie potrafisz pani wypisać jak należy i pieczątki gdzie trzeba przystawić". To ona do mnie, że to jest ostry dyżur jakiś tam i że ona ma za dużo na głowie. Wyobraża sobie pani?

Wyobrażałam sobie. W końcu to ostry dyżur laryngologiczny, a nie jakaś przystawialnia pieczątek.

Więcej o: