4 miesiąc: Zamach lewą nogą

Ostatnio na spacerze zrobiłam coś, co Mamę wprawiło w osłupienie. Nosiłam się z tym cały tydzień i ćwiczyłam, jak nikt nie widział, tak że wykonałam to perfekcyjnie. To było coś w rodzaju mostka.

Odchyliłam główkę do tyłu i oparłam się na niej (to naprawdę nie jest takie proste), stopami zaparłam się o ściankę wózka i podniosłam pupę do góry. Wszystko wyglądało bardzo śmiesznie do góry nogami, a najśmieszniej wyglądała Mama ze zdumioną miną. Kiedy już się napatrzyłam, przekręciłam się na boczek, zrobiłam kilka zamachów lewą nogą i - przekręciałam się na brzuszek! Potrafię już robić nie lada akrobacje - tak twierdzą moi rodzice. Pewnie i sztywno trzymam głowę, a kiedy leżę na brzuszku, mogę nawet kilkanaście minut opierać się na przedramionach z głową uniesioną do góry. Wczoraj nawet na chwilkę oparłam się na dłoniach i podniosłam głowę. Zrobiłam to na cześć Dziadka, który nas akurat odwiedził.

Dziadek jest bardzo nieśmiały. Boi się na przykład wziąć mnie na ręce i wstydzi się mówić do mnie tak jak Babcia - "ti, ti, ti", więc nic nie mówi, tylko na mnie miło patrzy. A czasem, kiedy zostajemy sami w pokoju, siada koło mnie i delikatnie głaszcze mnie po główce. I opowiada różne rzeczy - jak będzie-my razem zbierać kasztany i robić ludziki, jak zrobi dla mnie mały ogródek w swoim ogrodzie, jak nauczy mnie jeździć na rowerze i będzie mi opowiadał bajki. Niewiele z tego rozumiem, ale czuję, że Dziadek naprawdę mnie lubi. Bardzo chciałam też coś do niego powiedzieć i tak się wysilałam, że zaczęłam robić bańki ze śliny i strasznie opluta powiedziałam

gły, głyyy, głu.

Wtedy Dziadek pierwszy raz odważył się wziąć mnie na ręce i bardzo ostrożnie zaniósł mnie do Mamy i powiedział: "Julcia coś mówi". "Ełł, ghy" - potwierdziłam, i tak się zaczęło. Od tej pory wygłaszam długie przemowy pełne "głyyy", "eł" i "głuu", a Tata nie nadąża ze zmienianiem kaset w dyktafonie. Wymyśliłam też inną zabawę. Zawsze kiedy Tata mnie przewija (próbowałam też z Mamą, ale nie była zachwycona), robię różne wygibasy i uciekam przed pieluszką. Kiedy zasapany Tata wreszcie ułoży mnie na niej, ja opieram się na głowie i pupie, skręcam w bok i już mnie nie ma. Tata bardzo się wtedy śmieje, ale kiedy baraszkujemy tak zbyt długo, zaczyna coś mamrotać pod nosem. Wtedy daję się wreszcie przewinąć i szykuję się do następnego wyczynu.

Tata podtrzymuje mnie pod paszkami, a ja staję na nóżkach. Oczywiście nie tak naprawdę, to tylko taka zabawa, ale bardzo lubię opierać się na stopach w takiej pozycji. Często przewijanie trwa bardzo długo nie dlatego, że ja się wygłupiam, tylko Mama albo Tata zostawiają mnie

na golasa

i świetnie się bawimy. Czasami Mama smaruje mnie oliwką i robi mi masaż. Albo Tata kładzie mnie na swoim gołym brzuchu i delikatnie podrzuca do góry albo turla mnie po materacu i łaskocze. Lubię bawić się na golasa, bo to bardzo przyjemne, a poza tym szalenie interesuje mnie moje ciało - rączki, nóżki, brzuszek, włosy. Ostatnio na przykład sprawdzałam rączkami, jak wygląda moja głowa, i po drodze natknęłam się na jakąś dziwną narośl - pociągnęłam z całej siły i rozpłakałam się wniebogłosy. Okazało się, że to było moje ucho.

Lubię też leżeć sobie na podłodze i obserwować, jak wygląda nasz dom z tej perspektywy - widzę wtedy mnóstwo rzeczy, których do tej pory w ogóle nie zauważałam. Mama puszcza mnie na podłogę dopiero od kilku dni. Najpierw bardzo dokładnie wypucowała podłogi w całym domu i wykąpała Lucka, naszego psa. Potem, kiedy już Lucek był czysty i podłoga też, Mama położyła na ziemi

specjalny koc,

który uszyła dla mnie Babcia. Na zwykły koc naszyła różne niespodzianki - duże kolorowe guziki, metalowe nietłukące lusterko, kawałki aksamitu, futerka, kieszonki, szeleszczące kłębki folii, grzechotki, kawałki gumowej maty z wystającymi wypustkami, dzwoneczek, takie coś, co piszczy przy naciskaniu i inne atrakcje. Oczywiście wszystko jest bardzo mocno przyszyte. Od spodu Tata przylepił paski takiej taśmy, która przylepia koc do podłogi, żeby się nie przesuwał i nie zwijał.

Ten kocyk to naprawdę wielka przygoda. Lucek na szczęście omija go z daleka, zwłaszcza od kiedy wsadził pysk w jedną kieszonkę i nie mógł go wyjąć.

Na kocyku odniosłam następny wielki sukces - kiedy leżałam sobie na plecach i mama wzięła mnie za rączki, postanowiłam usiąść i podciągnęłam się do góry. Oczywiście to nie było takie prawdziwe siedzenie, ale w zupełności wystarczyło, żeby zaraz przyleciał Tata ze swoim aparatem fotograficznym. Kiedy tak przez moment siedziałam, bardzo mi się spodobała ta pozycja i postanowiłam, że będę teraz dużo ćwiczyć, żeby nauczyć się siadać. Z takim człowiekiem, który siedzi, to jest zupełnie inna rozmowa. A poza tym, ileż nowych rzeczy można zobaczyć.

Teraz, kiedy układają mnie w foteliku w pozycji półleżącej, staram się podnosić główkę i plecy, żeby chociaż na chwilkę usiąść. Wciąż jednak czuję, że jeszcze bujam się na wszystkie strony i nie bardzo mi to wychodzi. Nie opowiedziałam wam jeszcze o szczepieniu, ale to tak okropny temat, że chętnie bym w ogóle o nim zapomniała. Znowu byłyśmy w przychodni. I znowu dostałam zastrzyk, a potem to świństwo do wypicia.

Teraz już naprawdę się rozzłościłam, chociaż pan Doktor (ten potwór) tłumaczył mi, że szczepienia są po to, żeby nie chorować i dobrze się czuć. To ciekawe, dlaczego po tym całym szczepieniu wcale nie czułam się dobrze, tylko zupełnie okropnie i bardzo bolała mnie rączka. Potworom nie można wierzyć.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.