Trudne dobrego początki

Podczas ciąży kobiety nie zastanawiają się specjalnie nad karmieniem piersią. Wydaje im się, że przystawią dziecko i po sprawie. Tymczasem rzeczywistość często je zaskakuje.

Niemal każda karmiąca mama ma do opowiedzenia swoją historię o trudnych początkach. Sylwii, mamie 2-miesięcznego Aleksa, wydawało się przed porodem, podobnie jak wielu przyszłym mamom, że sporo wie o laktacji.

- W praniu okazało się, że karmienie piersią jest bardziej skomplikowane - mówi dziś.

- W szkole rodzenia uczyłam się o laktacji, ćwiczyłam. Ale z małym człowiekiem jest inaczej niż z lalką. Lalka leży spokojnie, a dziecko płacze, wierci się... - opowiada Patrycja, mama 13-miesięcznego Antka.

Lista potencjalnych kłopotów z karmieniem piersią jest długa. Nieumiejętne chwytanie brodawki, za stoje, wolny wypływ pokarmu, popękane brodawki, słabe przybieranie na wadze. Czy ciężarne powinny o tym wszystkim wiedzieć i czy ta wiedza może pomóc w karmieniu?

- Nawet gdyby kobieta w ciąży obkuła się z teorii, i tak może mieć problemy z karmieniem - przekonuje Sylwia. - Każde dziecko jest inne i trudno przewidzieć, co się zdarzy.

- Na początek najważniejsze jest przekonanie, że warto karmić piersią i że każda kobieta jest w stanie wykarmić swoje dziecko. - mówi Ania, mama trzech synów: Krzysia - 8 i pół roku, siedmioletniego Stasia i półrocznego Mateuszka. Cała trójka była karmiona piersią.

Moc powitania

- Niesamowite jest pierwsze spotkanie z noworodkiem - opowiada Ania. - Maluch tuż po porodzie jest taki zagubiony. Nie wie, co się z nim dzieje. Jeszcze niedawno był w brzuchu, a tu nagle zrobiło się zimno, biorą go obce ręce. I kiedy wreszcie przytula się do mamy, znowu jest blisko miejsca, w którym spędził ostatnie 9 miesięcy. Przeżyłam to trzykrotnie, ale narodziny najmłodszego synka mam świeżo w pamięci. Pamiętam, jak Mateuszek westchnął głęboko i przyssał się do piersi. Jakby chciał powiedzieć: "Mmm, nareszcie czuję się bezpieczny!".

Sylwia też urodziła synka naturalnie. Spokojnie się ze sobą przywitali i od tej chwili byli stale razem.

- Aleks leżał na moim brzuchu i oswajaliśmy się z nową sytuacją. W pewnej chwili zauważyłam ze zdumieniem, że mały pełznie w kierunku mojej piersi. Położna pomogła mi go przystawić. Synek natychmiast złapał pierś, a po tem przez długie godziny nie chciał się od niej odkleić - opowiada.

Patrycja po raz pierwszy przystawiła synka do piersi w mniej sprzyjających okolicznościach.

Poród zakończył się cesarskim cięciem. Gdy wyciągnięto Antka z brzucha, Patrycja mogła go tylko przez krótką chwilę zobaczyć i ucałować.

- Dopiero półtorej godziny później spotkaliśmy się znowu. Leżał w łóżeczku obok mnie, mogłam go tylko dotykać ręką. Płakałam i przepraszałam go za to, że wszystko poszło nie tak, że nie mogliśmy się przywitać jak należy - wspomina.

Cztery godziny po porodzie położna dała jej Antka do karmienia. Po prostu położyła go na łóżku obok niej. Patrycja nie mogła jeszcze wstawać po operacji, przekręciła się więc na bok i podała synkowi pierś. Ten possał trochę, ale wydawał się niespokojny i wkrótce zasnął.

Instynkt pod presją

Kolejne karmienia nie przebiegały dużo lepiej: Antek mlaskał, ale nieskutecznie. W drugiej dobie jego waga zaczęła spadać. Lekarze i położne doszli do wniosku, że Patrycja ma za mało pokarmu. Podczas obchodu położna mocno ścisnęła jej pierś, pokazując, że nic z niej nie leci. Patrycja usłyszała, że synek musi dostawać sztuczne mleko.

Zdołowana zadzwoniła do siostry, która urodziła i wykarmiła piersią siódemkę dzieci. Ta przekonywała ją, żeby nie pozwalała na dokarmianie mieszanką. Tłumaczyła, że ciężko w drugiej dobie wycisnąć z piersi kobiety więcej niż kilka kropli mleka i że Antek dokładnie tyle potrzebuje. A przede wszystkim kazała go jak najczęściej przystawiać, żeby pobudzać produkcję pokarmu. Patrycja posłuchała jej i po jakimś czasie poczuła, że mleko zaczęło wreszcie płynąć. Niestety, zdaniem lekarzy i położnych chłopczyk wciąż za mało przybierał na wadze.

- Kazali mi go dokarmiać, a ja uparcie odmawiałam. Wtedy do mojego pokoju zaczęły się pielgrzymki lekarzy, pielęgniarek, położnych przekonujących mnie, że muszę dać mu tę butelkę. Im bardziej broniłam swojego zdania, tym bardziej na mnie naciskali - opowiada Patrycja.

Podczas dyskusji z personelem medycznym była twarda, ale w głębi duszy miała wątpliwości.

- Czułam, że mam rację, ale gdy słyszałam, że narażam życie dziecka, zaczynałam wątpić w swój instynkt. Płakałam i zastanawiałam się: "O rany, co ja robię? A może rzeczywiście Antkowi szkodzę?" - wspomina.

Po sześciu dniach w szpitalu Patrycja trafiła wreszcie do konsultantki laktacyjnej, która dyżurowała raz w tygodniu. Opowiedziała jej całą historię i zapytała, czy dobrze robi. "Tak. Jest pani bardzo świadomą mamą" - usłyszała. Potem konsultantka wytłumaczyła jej, że do karmienia niezbędny jest spokój. Przyniosła poduszkę do karmienia, kazała usiąść wygodnie, pokazała pozycje.

Zapewniła, że nie ma się już czym denerwować i że na pewno dobrze im pójdzie z karmieniem. I nie myliła się.

Oczekiwanie na rzekę mleka

Sylwia nie pamięta, kiedy po raz pierwszy usłyszała, że nie ma pokarmu. Może było to wtedy, gdy przyszła do szpitala jej mama i zasugerowała, że mały niczego nie łyka.

Wkrótce salę odwiedziła położna laktacyjna. Pocisnęła pierś i stwierdziła, że mleko nie leci. Ale natychmiast zapewniła, że nie ma w tym nic niepokojącego i że pokarm niedługo się pojawi. Trzeba tylko jak najczęściej przystawiać małego do piersi. Tylko, ile to jest nie długo?

- Czekałam i czekałam i w końcu zaczęłam panikować. Ciągle prosiłam pielęgniarki, żeby sprawdzały, co z tym mlekiem - opowiada Sylwia.

Zdecydowano o podaniu dziecku sztucznego mleka. Sylwia zgodnie z wytycznymi od położnej laktacyjnej najpierw dawała synkowi do ssania obie piersi, potem sięgała po mleko z butelki.

- Przytłoczyło mnie to, że nie mogę wykarmić swojego dziecka. Miałam kryzys, płakałam - wspomina Sylwia.

Położna laktacyjna uspokajała ją i powtarzała, że mleko na pewno się pojawi. Mówiła, że często, gdy kobieta wychodzi ze szpitala, stres odpuszcza i pokarm napływa. Faktycznie, w dniu wypisu do domu w piersiach wreszcie pojawiła się siara.

- Teraz żałuję, że podałam Aleksowi butelkę. Ale nie wiedziałam, że mogę nie mieć mleka przez dwie doby, że ssanie na początku służy zaspokojeniu potrzeby kontaktu z mamą i że piersi mają czas na rozpoczęcie produkcji mleka. Gdybym to jasno usłyszała w szpitalu, może nie martwiłabym się tak brakiem pokarmu - mówi Sylwia.

Karmienie przez łzy

Synowie Ani chętnie ssali i dobrze przybierali. Za to ona walczyła z poranionymi brodawkami. Najgorzej było z Krzysiem, ze Stasiem poszło nieźle, ale z Mateuszkiem problem się powtórzył. Popękane sutki krwawiły, Ania cierpiała, a położne mówiły: "Tak może być. Wygoi się!". Ania wierzyła im i zgodnie z ich wskazówkami smarowała brodawki lanoliną, wietrzyła piersi. Po powrocie do domu stan brodawek pogorszył się, bo maluch coraz więcej jadł. Ania przystawiała synka do piersi i płakała.

- To ciężkie przeżycie, gdy dziecko, które przecież kochasz, regularnie zadaje ci ból. To rodzi frustrację i agresję. Gromadziła się we mnie złość. Marzyłam o tym, żeby to się wreszcie skończyło - mówi Ania.

Pediatra nic jej nie poradził. Znajoma położna powiedziała tylko, że musi prawidłowo przystawiać synka i czekać. Pogodziła się więc z tym, że tak musi być, i zaciskała zęby.

Wreszcie wpadła na to, żeby ściągać mleko laktatorem. Dzięki temu wygoiły się jej brodawki. Po dwóch miesiącach.

- To ważne, żeby dobrze zacząć karmienie. Nie cierpiałabym tak bardzo, gdybym miała od początku więcej pomocy w szpitalu, gdyby nie tylko pokazano mi, jak prawidłowo przystawić dziecko, ale też zapewniono asystę położnej przy kilku kolejnych karmieniach - mówi Ania.

Zbawienne wsparcie

Zdaniem Ani lekarze i położne powinni pamiętać, że kobieta po porodzie potrzebuje życzliwości, otuchy, wsparcia. Patrycja i Sylwia podkreślają, że to właśnie najbardziej cenią w spotkaniu z konsultantką laktacyjną

- W tym, że odniosłam sukces z karmieniem, najważniejsza, oprócz mojej determinacji, była pomoc położnej laktacyjnej. Jej fachowe rady dużo dla mnie znaczyły - stwierdza Sylwia. - Jak mówiła, że będzie pokarm, wierzyłam jej. Duże znaczenie miała jej postawa: spokój, łagodność, uśmiech.

Czułam jej wsparcie. Ujęła mnie tym, że zapamiętała moje imię. W przeciwieństwie do lekarzy nie sprawiała wrażenia zirytowanej ani znudzonej i nie dawała mi odczuć, że jestem tysięcznym podobnym przypadkiem w jej karierze. Zapewniała, że w razie kłopotów, zawsze mogę przyjść do poradni. Przekonałam się, że to prawda.

- Wizyta konsultantki laktacyjnej to było dla mnie wybawienie. Ktoś w końcu racjonalnie, spokojnie podszedł do mojej sytuacji. Naprowadził mnie i utwierdził w tym, co robię. I był po mojej stronie - mówi Patrycja.

Szpitalna atmosfera

Czyżby w szpitalach poza poradniami laktacyjnymi nie było wsparcia dla karmienia piersią? Pytam dziewczyny o to, jaki klimat panował na ich oddziałach.

- Odniosłam wrażenie, że lekarzom było obojętne, czy Antek dostaje pokarm mój, czy sztuczny. Gdy zaczęły się problemy z karmieniem i wagą dziecka, ujawniła się postawa: jak komuś nie wychodzi, dajemy butelkę. Nie dość, że nikt mi nie pomógł w karmieniu, to jeszcze musiałam walczyć z nimi, żeby móc karmić - mówi bez ogródek Patrycja.

Denerwowało ją, że często rady pielęgniarek się wykluczały, a słowa lekarzy kłóciły się z wiedzą konsultantki laktacyjnej.

- Mam wrażenie, że nikt z lekarzy czy pielęgniarek by mnie nie przekonywał, gdybym przeszła na butelkę. Fajnie, że była tam konsultantka laktacyjna, która kilka razy dziennie odwiedzała sale i oferowała pomoc. Szkoda tylko, że nie była dostępna stale. Problemy, czarne myśli i wątpliwości pojawia ją się tak że poza godzinami pracy poradni laktacyjnej - wspomina Sylwia.

Szpital, w którym rodziła Ania, słynie ze wsparcia dla karmienia piersią.

- Położne naprawdę starały się pomagać. Problem w tym, że było ich za mało i były zbyt zabiegane, żeby spokojnie poświęcić każdej mamie czas. A noworodkowi, który właśnie poczuł głód, trudno jest wytłumaczyć, że musi poczekać 15 minut, aż przyjdzie położna i pomoże mamie prawidłowo przystawić go do piersi - opowiada Ania.

Rady dla mam

Na koniec pytam moje bohaterki o to, co by poradziły przyszłym mamom, które chcą karmić piersią

Wszystkie trzy niezależnie od siebie mówią: - Nie poddawać się!

- I przystawiać dziecko jak najczęściej - dodaje Sylwia.

- Walczyć o to, żeby położna pokazała, jak prawidłowo przystawić dziecko pierwszy raz. I domagać się pomocy także przy kolejnych karmieniach - dorzuca Ania.

- Jak się chce karmić, zawsze można - stwierdza Patrycja. - Ale kobietom potrzebne jest wsparcie, bo to jest czasem ciężka droga i ciężka praca.

Więcej o: