1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

20 miesiąc: Pirat w łóżku

Gdy dzieci chorują, życie rodziców staje się bardzo trudne...
- Mamo, pić!

- Mama, pimpina!

- Nie pingwina, tylko Sindbada!

- Pimpina!

- Mamo, poproszę chusteczkę!

"Picie, pingwin, Sindbad, chusteczka" - spróbowałam zapamiętać i ruszyłam po książki i picie, po drodze chowając do kieszeni chusteczki. Julka i Jaś

listopadowo przeziębieni

leżeli na dwóch kanapach pod ciepłymi kocami. W domu pachniało maścią kamforową, malinową herbatką i syropem z cebuli.

Przesiadałam się z kanapy na kanapę, ordynując syropy, rozdzielając chusteczki, wkładając i zdejmując wełniane skarpetki i czytając na zmianę o pingwinie Kleofasku i o Sindbadzie Żeglarzu.

Julka i Jaś bardzo lubili domowe celebrowanie przeziębień, zwolnienie tempa, senny spokój w domu, ziołowe herbatki, mleko z masłem i z miodem, przywiezione z gór "drapiące skarpetki" i zawsze ten sam szalik od babci na bolące gardło.

Dzieci chorowały rzadko i każde inaczej. Julka zazwyczaj miewała dzień lub dwa bardzo wysokiej gorączki z kaszlem jak przy suchotach, katarem utrudniającym oddychanie i kolczastą kulą w gardle. Leżała pogrążona w ciężkiej drzemce i była bardzo biedna. Dawałam jej wtedy dużo picia, najczęściej kompot z zamrożonych latem mirabelek z naszego ogrodu (nazywała go "chorym kompotem"). Gdy była przytomniejsza, czytałam jej ulubione książki. Potem

gorączka spadała

i Julka leżała jeszcze ze dwa dni osłabiona i senna, ale już rysowała, wycinała, lepiła z plasteliny. Następnego dnia budziła się rano jak nowo narodzona, co prawda z resztkami kataru lub kaszlu, ale Julka tryskała energią i rwała się do normalnego życia.

U Jasia przebiegało to trochę łagodniej, ale trwało dłużej. Jaś wolniej się rozkręcał.

Chodził osowiały, płaczliwy, wyraźnie źle się czuł, choć nie miał żadnych konkretnych objawów. W nocy miał zatkany nos i sporą gorączkę, w dzień mniejszą, trochę pokasływał, dłużej był osłabiony.

Julka nie lubiła lekarstw. Syrop przeciwgorączkowy i na kaszel był "błee", witamina C i Rutinoscorbin stawały jej w gardle. Za to w nocy, w półśnie, bez problemów łykała wszystko - nawet gorzkie wapno. Jaś odwrotnie - w dzień

był prawdziwym lekomanem.

Na widok przeciwgorączkowego syropu oblizywał się jak przy urodzinowym torcie, tabletki gryzł, aż chrupało, a domowy syrop czosnkowo-cebulowy, który Julkę przyprawiał o mdłości, chłeptał jak największy przysmak.

W zasięgu łapek Jasia nie mogłam ani na chwilę zostawić żadnego lekarstwa. Raz, kiedy na moment odwróciłam się do Julki i siegnęłam po syrop na gorączkę, okazało się, że wcale go tam nie ma. To Jaś chlapnął sobie łyczek, z lubością przewracając oczami.

Za to w nocy, kiedy miał większą gorączkę, zaaplikowanie mu czegokolwiek graniczyło z cudem. Poza tym i w dzień i w nocy nienawidził wpuszczanej do nosa soli fizjologicznej.

- Do nośka nie! - stanowczo protestował.

- Jasiu, spójrz, teraz wpuszczę takie kropelki do nosa tacie - zaklinałam.

- Mmmm, jak fajnie - mruczał obłudnie mąż, ofiarnie demonstrując, jakie niezwykłe przyjemności towarzyszą wpuszczaniu kropli do nosa. Ale Jaś był nieczuły na nasze zaklęcia. Nie przekonywał go nawet ukochany miś Edwardzik, z buddyjskim uśmiechem na pyszczku znoszący zalewanie solą fizjologiczną.

Eksperymenty na pluszakach

nie przekonywały Jasia nie tylko w sprawie kropli. Żeby przygotować Jasia na przyjście pana doktora, urządzaliśmy prowizoryczny szpitalik dla pluszaków. Jaś pastwił się nad Edwardzikiem, konikiem Siwkiem i kotem Filemonem, radośnie manipulując słuchawką, strzykawką i szpatułką do oglądania gardła.

Ale kiedy przyjeżdżał do nas pan doktor, Jaś zapierał się jak muł i nie dawał się zbadać. Julka była taka sama, ale kiedy urodził się Jaś i pan doktor przyjechał go obejrzeć, ku naszemu zdumieniu sama upomniała się o osłuchanie i obejrzenie gardła i od tej pory nie miała w tej sprawie najmniejszych oporów - ochoczo demonstrowała chude żebra i prezentowała gardło, wywalając język do pasa. Ale wcześniej nie było mowy nawet o przyłożeniu słuchawki.

Raz, kiedy Julka miała cztery lata, pan doktor spędził u nas bite dwie godziny opowiadając pacjentce o swoich kotach, zanim zdecydowała się na badanie. I całkiem pogodnie komentował: "Po prostu ma silne poczucie własnej nietykalności, to bardzo dobrze". Jaś też miał poczucie. Po godzinie pertraktacji, kokietowania latarką, wiecznym piórem, notesikiem i oglądaniem zakamarków lekarskiej torby, ja

miałam już szczerze dosyć

i cichaczem wrednie zaproponowałam, że może przytrzymam Jasia i uda się chociaż plecy... Ale pan doktor miał swoje zasady. I po kolejnej półgodzinie oniemiała patrzyłam, jak Jaś z własnej woli wypina brzuszek, otwiera buzię i pozwala sobie wpakować łyżeczkę do gardła.

Następnego dnia Julka czuła się już całkiem nieźle, a dzień później Jaś

stanął na nogi. Nadal spędzali całe dnie na kanapach, ale na życzenie Julki zestawionych razem, i bawili się w rozbitków. Julka pisała do mnie listy z dramatycznym "SOS!!!!!!", wkładała do butelki po wodzie mineralnej i wrzucała do oceanu, a jeszcze lekko zakatarzony Jaś w przerwach między regeneracyjnymi drzemkami dziarsko wymachiwał piracką flagą z pieczołowicie wymalowaną przez Julkę naturalistyczną trupią czaszką. Wyglądało na to, że mają się znacznie zdrowiej, ale po godzinie harców opadali na kanapy pod kocyki, domagając się "pimpina" albo Sindbada Żeglarza.

Z dnia na dzień czuli się coraz lepiej, aż w końcu, Julka, a trochę później Jaś,

wyzdrowieli zupełnie.

Maść kamforowa i krople do nosa wróciły do apteczki, skarpetki z owczej wełny i szalik od babci do szafy, malinowe herbatki i mirabelkowy kompot zniknęły z codziennego menu, a dzieci rozhasały się na dobre. Tylko miś Edwardzik jeszcze kilka dni leczył się na katar, hojnie polewany solą fizjologiczną przez Jasia, który odreagowywał manipulacje przy swoim nosie:

- Mas kataj? - pytał Edwardzika raczej retorycznie - To mas! ordynował doktor Jaś wstrzykując w przeciekającego Edwardzika kolejną ampułkę.

Więcej o: