1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

18 miesiąc: Nie i nie

Mówiąc "nie" dwulatek demostruje własne "ja". To dla rodziców niełatwy czas.
Jaś gadał jak najęty. Używał już mnóstwa skomplikowanych słów, takich jak "zodkiewka" czy i "jabajbaj", i lubował się w dziwnych, zaczerpniętych z książeczek zwrotach w rodzaju: "ach, cymze jest majątek, o pani!" albo "ocywiście, odzekł słoń". Miał jednak swoje ukochane słowko, którego używał przy każdej okazji i bez okazji: słówko "nie".

- Jasiu, teraz wkładamy spodenki - oznajmiałam, łapiąc tłustą nóżkę do nogawki.

- Nie - spokojnie odpowiadał Jaś, wyszarpując nogę i depcząc po spodniach.

- Wolisz czerwone spodnie czy dżinsy na szelkach? - próbowałam wykorzystać

wskazówki z poradnika

dla rodziców (rozdział pt. "Daj dziecku wybór").

- Nie - powtarzał Jaś.

W domu biegał na golasa. Ale kiedy wychodziliśmy na dwór, po prostu musiał się ubrać.

- Jasiu - zaczynałam z fałszywym entuzjazmem - pójdziemy na wspaniałą wyprawę, włożysz kalosze i połazimy po kałużach - kusiłam, nie zdradzając, że u kresu wspaniałej wyprawy jest sklep z proszkiem do prania.

- Nie - oświadczał z mocą Jaś. Wtedy włączała się Julka i za chwilę wołała mnie radośnie:

- Mamo, udało mi się!

Faktycznie - Jaś stał w przedpokoju gotowy do drogi - goły i w kaloszach.

Język stawał mi kołkiem od ciągłych negocjacji. Umyć zęby? Nie. Wolisz białą czy zieloną pastę? Nie. To twój obiad, Jasiu. Nie. Teraz zmienię ci pieluchę. Nie.

Z Julką było trochę łatwiej, też było "nie", ale można się było dogadać, wymagało to tylko trochę czasu i pomysłowości. Jaś wrzucał szczotkę do zębów do ubikacji, wypluwał obiad, a założoną pieluchę natychmiast zdzierał z siebie i rzucał gdzieś daleko. Wiedzieliśmy, że to normalny etap, ale niespecjalnie nas to pocieszało. Zwłaszcza mnie, bo przy mężu Jaś spuszczał nieco z tonu. Resztkami zdrowego rozsądku, starałam się Jasiowi

jak najwięcej odpuszczać,

kiedy tylko było można. Jednocześnie niezłomnie przestrzegałam kilku zakazów i nakazów

w takich sprawach, jak jazda w foteliku samochodowym, kask na głowie podczas wycieczek rowerowych, trzymanie za rękę w pobliżu jezdni, zakaz grzebania w gniazdkach elektrycznych, mycie rąk po przyjściu z dworu i kilka innych. W wielu sprawach zdałam się na "naturalne konsekwencje": nie je, to jest głodny, rzuca samochodzikiem - zabawka się psuje, ciągnie Julkę za włosy - Julka nie chce się z nim bawić. Pozwoliłam Jasiowi wyjść boso do ogrodu, kiedy nie chciał włożyć butów - na szczęście szybko pojawiła się błogosławiona naturalna konsekwencja w postaci jadowitej czerwonej mrówki.

Niestety większość codziennych czynności nie mieściła się w kategorii bezwzględnych zasad ani wśród spraw "do odpuszczenia" ani do pozostawienia buntownika na pastwę "naturalnych konsekwencji". Z czasem stałam się mistrzem negocjacji, wulkanem pomysłów, kopalnią sposobów i sposobików na umycie zębów, wejście do kąpieli, wyjście z kąpieli, wyjście na spacer, powrót do domu itp., jednak nigdy nie osiągnęłam stuprocentowej skuteczności.

Najgorzej było "w terenie". W sklepach Jaś wkładał do koszyka różne dziwne rzeczy w rodzaju kolorowych pumeksów, śledzia w pomidorach albo szczotki do klozetu, a przy kasie odbywały się długie pertraktacje i rozdzierające sceny, kiedy stanowczo odkładałam śledzia i szczotkę z powrotem.

- Nie!!! - protestował Jaś, zalewając się łzami i tuląc zostawiony na pocieszenie różowy pumeks. Wspólne kompromitujące zakupy bardzo przeżywała Julka, ostatnio szczególnie wyczulona na opinie innych ludzi.

- Mamo, ciągle muszę się wstydzić za tego głupka - jęczała teatralnym szeptem, albo upominała brata nerwowo:

- Jasiek, przestań, jeszcze spotkamy kogoś znajomego.

Jednak zdecydowanie najgorzej było na spacerach do lasu, kiedy spotykałam panią Agnieszkę z Anusią -

Bardzo Grzeczną Dziewczynką.

Anusia, o dwa tygodnie starsza od Jasia, była pierwszym dzieckiem pani Agnieszki. Anusia nie mówiła "nie", bo na razie mówiła tylko "mama", "tata" i "hau" na psa. Szczęśliwa pani Agnieszka - pomyślałam w pierwszym odruchu. Anusia na spacery jeździła w wózku, w haftowanych sukieneczkach i pastelowych rajstopkach i z wysokości swojej spacerówki nieśmiało przyglądała się oszalałemu Jasiowi. Jaś

gardził wózkiem

- wózek był dla niego tylko środkiem transportu służącym do przewożenia zebranych patyków, kamieni i szyszek. Biegał i brykał z niespożytą energią i już po kwadransie był wysmarowany błotem, wytarzany w mchu i upstrzony strzępkami liści. Na moje: "Chodź, wytrzemy ręce chusteczką" odwrzaskiwał zza krzaków: "nieeeee!". Jego "nie" wywoływało na twarzy pani Agnieszki cień przerażenia, a kiedy jeszcze, nauczony przez Julkę, dodawał: "nigdy w zyciu!", panią Agnieszkę ogarniała zgroza.

Anusia, otulona różowym kocykiem w słoniki, z coraz większym zainteresowaniem obserwowała Jasiowe poczynania i kilka razy miała wyraźną ochotę wygramolić się z wózka, ale mama osadzała ją na miejscu energicznym: "Siedź grzecznie, Anusiu!".

Sama byłam kiedyś mamą dziewczynki - jedynaczki, która może była trochę mniej bezkompromisowa niż Jaś, ale na spacerach biegała w wygodnych portkach, brudziła się, ile chciała, zbierała patyki i próbowała wspinać się na drzewa. Wiedziałam, że Jaś zachowuje się

w miarę normalnie

i że Anusi mogę tylko współczuć. A jednak w obecności pani Agnieszki czułam się dosyć głupio i starałam się nie składać Jasiowi żadnych zbędnych propozycji, żeby nie spotkać się z druzgocącą odmową. Aż któregoś dnia poznałam Martę, kiedy uwolniwszy się od pani Agnieszki weszłam głęboko w las i zaintrygowało mnie dziwne kłębowisko ciał za wielkim jałowcem. Marta wynurzyła się zza krzaka czerwona i rozczochrana, a za nią ktoś gromko wrzeszczał "nieee!!!". Rozejrzałam się odruchowo, ale to nie był Jaś, który właśnie wlazł do głębokiego dołu obok. To był Tadzio. Brudny jak prosię, cały w błocie, ze śladami mchu i sosnowych igieł na sweterku, balsam na moje serce.

- Jasiek, wyjdź z tego dołu - krzyknęłam, z trudem odrywając się od widoku cudownie wyświnionego Tadzia.

-Nieeee!!! - wrzasnął mój syn, a Marta spojrzała na mnie z błyskiem porozumienia.

Spośród wielu mam spotykanych na spacerach w lesie Marta była najfajniejsza. Na dodatek mieszkała niedaleko, miała córkę Marysię starszą od Julki o pół roku, ogród taki dziki jak nasz i nie była pedantką w kwestii domowych porządków.

Odwiedzałyśmy się i chodziłyśmy razem na spacery. Jaś i Tadzio pędzili do siebie z gromkim okrzykiem "kojega!!!" i czule klepali się po główkach. Od czasu do czasu spotykałyśmy panią Agnieszkę, sunącą z wózkiem pełnym pastelowych kocyków, w których grzecznie siedziała Anusia w haftowanej sukieneczce, i machałyśmy jej z daleka.