1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

11 miesiąc: Siostrzyczka i brat

Jaś już wie, czego chce - pisze Magda Szczypiorska-Mutor w swojej kolejnej opowieści.
Mamo, mamo! On idzie! - krzyczała Julka. Właśnie rozpalałam w kominku i przez kilka minut było mi wszystko jedno, gdzie są dzieci, byle były daleko od ognia. Ale nie były. Otwarty kominek, zapałki, drewno, płomień - to było coś, co przyciągało Jasia jak magnes. Odwróciłam się z brzozowym polanem w ręku i zamarłam.

Jaś szedł.

Powoli, kroczek za kroczkiem, ale szedł. Zupełnie sam. Wyciągnęłam do niego rękę. Jaś złapał mój palec i skromnie wyjaśnił:

- Tu.

- Brawo, Jasiu! Chodzisz! Sam! - zachwycaliśmy się. Nie mogłam w to uwierzyć. Jaś ciągle nas zaskakiwał. Po spokojnym, uporządkowanym dzieciństwie Julki wyczyny Jasia były dla nas jedną wielką niespodzianką. Julcia w odpowiednim czasie nauczyła się siadać, potem, po różnych ćwiczeniach i akrobacjach - wstawać, potem był długi etap chodzenia za rączki, potem za jedną rączkę, potem pierwszy krok, a potem powoli, powoli następne. Rozwijała się stopniowo i harmonijnie; spokojnie i dokładnie poznawała świat. Jaś był tajfunem. Kiedy miał 6 miesięcy, usiadł w łóżeczku, a następnego dnia wstał, trzymając się szczebelków. Kiedy miał 9 miesięcy, uchwycił stołową nogę i od razu zaczął pewnie chodzić bokiem przy meblach. Potem był krótki etap chodzenia za jedną rączkę. A teraz zrobił pierwszy krok i od razu 10 następnych.

Po prostu chodził.

To samo było z mówieniem. Julcia też zaczęła mówić bardzo wcześnie, ale uczyła się stopniowo, systematycznie i od razu bardzo "dorośle". Jaś, od kiedy wypowiedział swoją pierwszą "łołę", błyskawicznie powiększał zasób słów - fantazjował i eksperymentował, improwizował, przymierzał i składał słowa i gadał, gadał, gadał.

Pod każdym względem rwał się do świata. Nie wystarczały mu zabawy w domu, eksperymenty z przelewaniem wody czy przesypywaniem ryżu, budowanie z klocków, nie mówiąc już o zwykłych zabawkach. Od kiedy stanął na nogi, mnóstwo czasu spędzał przy drzwiach na taras, waląc łapkami w szybę. Nie wystarczały mu codzienne, kilkugodzinne spacery. Chciał jeszcze - do lasu, do sklepu, do ogrodu, na sanki. Z uśmiechem na buzi i pasją w oczach domagał się czytania (pięć książek jedna po drugiej), zabaw w wannie (dużo piany i wszystkie zabawki) i jedzenia (dużo i często).

Teraz też, po zebraniu gromkich oklasków za swoje pierwsze kroki, podreptał, upadając na pupę i wstając, do drzwi tarasowych i z wielkim przejęciem obserwował w ogrodzie "joki", czyli stado srok.

Cieszyła mnie Jasiowa niezależność, zdecydowanie i silna wola, ale

po cichu było mi żal.

Miałam wrażenie, że czas płynie szybciej niż wtedy, kiedy Julka była malutka i z niecierpliwością wyczekiwałam jej pierwszego ząbka i pierwszego kroczku. Teraz, nie planując więcej dzieci, wcale nie marzyłam o chwili, kiedy Jaś nauczy się jeździć na rowerze. Patrzyłam, jak stoi przy drzwiach i razem z Julcią obserwuje sroki, i przypomniałam sobie, jak miał kilka tygodni i zasypiał noszony na rękach, rozpłaszczając tłuste, ciepłe policzki na mojej szyi. Zrobiło mi się smutno, ale z zamyślenia wyrwał mnie omdlewający głos Jasia, którego Julka uczyła właśnie mówić "sójka" ("to te z niebieskimi piórkami, Jasiu")

- Am...

No tak, Jaś jadł banana aż pół godziny temu, więc na czwarte śniadanie dałam mu twarożek z jagodami. Zjadł, wylizał miskę i szepnął:

- Am.

- Mamo, on ciągle je i je - narzekała Julka. Patrzyła na brata z lekkim obrzydzeniem - dla niej jedzenie było złem koniecznym. Jaś pochłonął jeszcze dwa plastry pieczonego indyka i jabłko, a Julka przyglądała mu się z politowaniem. Rosnąca niezależność Jasia coraz bardziej ją niepokoiła. Do tej pory był tylko rywalem w walce o uczucia i czas mamy i taty. Ale mogła go sobie podporządkować w każdej zabawie. Ona była kapitanem, on marynarzem, ona stangretem, on konikiem, ona panią, a on pieskiem, ona lekarzem, on pacjentem, ona murarzem, on betoniarką i odgrywał swoje role posłusznie i bez szemrania, a nawet z zachwytem, że wspaniała siostra patrzy na niego łaskawym okiem. Teraz to się powoli zmieniało. Jaś nadal był wpatrzony w Julkę jak w obrazek, ale zaczynał mieć

swoje zdanie.

- Chodź, będziesz choinką i ja cię ubiorę - proponowała Julka. Jaś niby się zgadzał, ale po chwili zrywał z siebie łańcuchy i pędził do swoich spraw. Powoli Julka zaczynała dostrzegać w nim już nie bezwolnego bobasa, ale kogoś z własnymi pomysłami i własną wolą. To nie było łatwe - przestawić się z bawienia się Jasiem na bawienie się z Jasiem.

- Tato, z nim nie można się bawić - narzekała zawiedziona.

- Mamo, on nie chce być moją lalką - jęczała.

- Będę się bawić z Tosią, a nie z tym głupkiem - oświadczyła w końcu wzburzona, kiedy Jaś nie chciał być jej poduszką.

Na dodatek maluch, ciekawy świata, właził we wszystkie zakamarki, więc co chwila słyszeliśmy:

- Nie ruszaj tego, to moje! Mamo, on dotyka mojego misia! Tato, on zepsuł pajacyka!

Powoli zaczynało do nas docierać, że to, co działo się między Julką a Jasiem przez pierwsze 3, 4 miesiące, to tylko przygrywka. Okazało się, że swobodnie przemieszczający się Jaś ze swoją odkrywczą pasją i wyjątkowo rozwiniętym poczuciem własnej niezależności to dla nas wszystkich wielkie wyzwanie. Staraliśmy się wspierać tę jego samodzielność, chroniąc jednocześnie Julkę, której trudno było pogodzić się z faktem, że Jaś, najogólniej mówiąc, wie, czego chce. Próbowaliśmy znaleźć coś, co mogliby robić razem. Coś takiego, żeby konflikty nie wybuchały co trzy minuty. Aż w końcu wpadliśmy na genialny pomysł -

czytanie.

Julka już od kilku miesięcy świetnie czytała, ale trochę doskwierał jej brak uważnych słuchaczy. Ja słuchałam z przyjemnością, ale co jakiś czas coś mnie od słuchania odrywało - Jaś, psy, kipiąca zupa ... Za to Jaś, uwielbiający książki i przyzwyczajony do czytania od wczesnego niemowlęctwa, był słuchaczem idealnym. Wprawdzie jako wielki miłośnik "łołów", czyli zwierzątek pokrytych futrem, najbardziej lubił encyklopedię ssaków, ale nie był wybredny - potrafił nawet pół godziny słuchać w skupieniu o Ali Babie. Często posuwał się nawet do tego, że gonił siostrę z jakąś książeczką, wołając gromko "cit-cit", a Julka, uradowana z powodu chwilowego odzyskania utraconej pozycji, siadała i czytała, czytała, czytała.

W końcu jakoś pogodziła się ze zmianą w stosunkach z bratem.

- Wcale nie jest takim durniem, jak myślałam - rozważała Julka.

- Przynajmniej mogę mu czytać. A jak urośnie, to może będzie trochę mądrzejszy i będziemy mogli się w coś pobawić - pocieszała się. - Mamo - zaniepokoiła się nagle - a co będzie, jak on się kiedyś nauczy czytać?

Więcej o: