Rodzice dostają prośby od placówek o pozostawienie dzieci w domach. Powód? Braki kadrowe, lekki katarek...

W czasie pandemii lekki katar lub kaszel u dziecka wzbudza podejrzliwość pracowników przedszkoli, żłobków i szkół. Dzieci bywają z tego powodu odsyłane do domów. Jednocześnie placówki borykają się z problemem braków kadrowych, które utrudniają im funkcjonowanie.

Rok szkolny trwa od niespełna trzech tygodni i jak zwykle we wrześniu wokół funkcjonowania szkół, przedszkoli i żłobków pojawia się wiele kontrowersji. Po burzliwych dysputach w sieci o niekorzystnych planach zajęć czy lekcjach religii odbywających się w połowie dnia przyszła pora na obawę przed nauką zdalną z powodu panującej epidemii koronawirusa. Dyskusje trwają, jednak żłobki, przedszkola i szkoły muszą stawić czoła problemom. 

Internetowa Szkoła Rodzenia - nowy projekt serwisuInternetowa Szkoła Rodzenia - nowy projekt serwisu eDziecko.pl

Lekki katarek i do domu

Jedna z naszych czytelniczek (imię i nazwisko do wiadomości redakcji) napisała do nas w sprawie swojego przedszkolaka. 

Jestem mamą dziecka, które chodzi do oddziału przedszkolnego w publicznej szkole podstawowej. Już na początku roku szkolnego dostałam informację o konieczności zabrania dziecka do domu ze względu na lekki katar. Dziecko jest silnym alergikiem, ma lekki katarek niemal codziennie, niestety tłumaczenie nie pomaga i muszę brać L4

- relacjonowała rozgoryczona mama.

Lekarz po przebadaniu synka stwierdził, że jest zdrowy, katar powiązał z alergią. Tylko że nie mógł dać stosownego zaświadczenia, bo lekarze nie mają obowiązku wystawienia takiego dokumentu. W efekcie zdrowe dziecko siedziało w domu, a ja z nim na zwolnieniu. W końcu poprosiłam o zaświadczenie od alergologa i zaniosłam do szkoły. Mimo to widzę krzywe spojrzenia kadry. Rozumiem, że mamy okres pandemii i nie zaprowadziłabym do szkoły lub przedszkola chorego dziecka. Ale jeżeli dziecko ma lekki katar, dobre samopoczucie, brak gorączki i innych objawów, to przecież bez sensu trzymać je w domu

- dodała.

Czasem jednak trudno dziwić się reakcjom pracowników żłobków i przedszkoli, do których przyprowadzane są chore i zakatarzone dzieci, bo rodzice "muszą do pracy" i "nie mają co z dzieckiem zrobić". 

Każda mama i tata zapewne nie raz widzieli w przedszkolnej szatni rodziców dyskretnie wycierających dzieciom zakatarzone nosy i zmuszających je do wejścia na salę. Być może i nam się to zdarzyło. Pamiętajmy jednak, że tu chodzi o zdrowie i bezpieczeństwo naszych dzieci. Teraz, w czasie pandemii, pracownicy placówek bywają szczególnie podejrzliwi. Oni także mają swoje rodziny i dzieci i nie chcą ich narażać. Warto zatem w przypadku alergii dziecka, zachować się tak jak nasza rozmówczyni i zgłosić się do specjalisty, który potwierdzi, że uczeń z tego powodu ma katar i nie zaraża innych osób. 

Zobacz wideo Czy lęk przed pająkami jest uzasadniony? Wyjaśniamy [PRACOWNIA BRONKA]

Pracownicy na zwolnieniu

Szkoły, przedszkola i żłobki zmagają się z brakami kadrowymi. Wszystko za sprawą epidemii COVID-19 (zachorowania, obowiązek odbycia kwarantanny), ale także zwiększonej o tej porze roku liczbie infekcji - pracownicy placówek zarażają się od dzieci w pracy lub muszą zostać w domu z własnymi chorymi pociechami. 

Jedna ze szkół podstawowych na warszawskim Wilanowie zwróciła się z apelem do rodziców, aby ci nie posyłali swoich dzieci do świetlicy.

Z tego, co wiem, w naszej szkole do świetlicy zapisanych jest 510 dzieci. Okazuje się, że placówka nie ma wystarczająco dużej kadry do zapewnienia im opieki. Szkoła uprzedziła nawet, że będzie szukać możliwości odmawiania przyjmowania dzieci na świetlicę

- napisała nam mama jednego z uczniów tej szkoły.

Ludzie - zdjęcie ilustracyjneBezwarunkowy Dochód Podstawowy. 3600 zł dla rodziny. Dla bezdzietnych także sporo

Jedna ze szkół publicznych na warszawskim Targówku z kolei wystosowała ogłoszenie do rodziców zerówkowiczów:

Bardzo prosimy, kto ma możliwość, o pozostawienie dzieci w tym tygodniu w domu ze względu na liczne braki kadrowe i w związku z tym na brak możliwości zapewnienia im odpowiedniej opieki. Przepraszamy za utrudnienia.

Inny z naszych czytelników opisał sytuację z placówki, do której uczęszcza jego dziecko: 

Nasza szkoła jest mała, znajduje się w małej miejscowości. Na zebraniu otrzymaliśmy informację, że dzieci zgłoszonych na świetlicę jest więcej, niż świetlica może przyjąć. Rodzice mają zaangażować rodzinę, babcie, dziadków, żeby zajęli się dziećmi. Dzieci od czwartej klasy mają same już wracać do domu, zamiast zajmować miejsca...

A jak wygląda opieka w szkołach, do których uczęszczają wasze dzieci? Dajcie znać w komentarzach. 

Więcej o: