Rodzić po polsku

Kiedy dwie kobiety, psycholog i antropolog, wpadły na pomysł, akcji "Rodzić po ludzku", nikt nie przypuszczał, że zmieni to oblicze polskiego położnictwa.

Z Anną Otffinowską, prezesem fundacji "Rodzić po Ludzku", rozmawia Justyna Dąbrowska

Skąd wziął się pomysł, by przyjrzeć się polskim szpitalom położniczym?

Zaczęło się od kongresu, który w 1993 roku zorganizowaliśmy wspólnie z klubem Eko Oko i Instytutem Matki i Dziecka. Myślą przewodnią tego spotkania było, że sposób, w jaki przychodzimy na świat, ma bezpośredni wpływ na nasze późniejsze życie. Przyjechało wiele zagranicznych sław, między innymi Sheila Kitzinger - z wykładem, jak powinien wyglądać dobry poród. W czasie jednej z kuluarowych rozmów powiedziała nam, że zrobiła kiedyś w Anglii swój mały prywatny ranking szpitali. Objęła ankietami chyba dziewięćdziesiąt z nich, a potem opisała. I wtedy przyszło nam do głowy, żeby w Polsce zrobić to samo. Postanowiłyśmy zapytać kobiety o to, jak im się rodziło. W sukurs przyszło nam "Twoje Dziecko" - jedyny istniejący wówczas miesięcznik dla rodziców, a później "Gazeta Wyborcza", która tę akcję wypromowała, a potem nadała jej niezwykły rozmach.

Miałaś swoje własne doświadczenia szpitalne?

Tak. Ale to, o czym pisano w listach, przeszło moje wszelkie wyobrażenia. Nie zdając sobie z tego sprawy, otworzyłyśmy puszkę Pandory. Ton pierwszych listów do "Gazety Wyborczej" był taki, że nikt nam nie chciał wierzyć, że nie dobieramy ich tendencyjnie. Bardzo chciałyśmy, żeby krytycznym listom towarzyszyły wypowiedzi nieco bardziej optymistyczne, ale tego się po prostu nie dało zrobić. Trudno było znaleźć dobry list. W sumie dostałyśmy piętnaście tysięcy relacji i ankiet. Jak na akcję społeczną, w której nie ma nagród, nie można wygrać wycieczki ani telewizora - liczba gigantyczna. To była jakaś narodowa terapia. Kobiety chciały odreagować to, co im się przydarzyło. I nareszcie ktoś ich słuchał.

Co zrobiłyście z tymi relacjami?

Przeczytałyśmy wszystkie, a wyniki ankiety wprowadziłyśmy do komputera. Z tego zaczął się wyłaniać dość ponury obraz polskiego położnictwa lat 95-96.

Na co się skarżyły kobiety?

Przede wszystkim na uprzedmiotowienie, na bezduszność, arogancję personelu i warunki, które kojarzyły się z więzieniem. Kiedy kobieta przychodziła rodzić, za szpitalną bramą zostawiała ubranie, rodzinę i swoją tożsamość. Miała być tylko posłuszną pacjentką. Nikt jej nic nie tłumaczył, nikt jej o nic nie pytał. Rodziła lub za nią rodzono, a potem - w najlepszym wypadku po pięciu dniach - wracała do domu umęczona, często z depresją poporodową. Oczywiście zdarzały się wyjątki, ale generalnie był to szokujący obraz totalitarnego położnictwa.

A więc zaczęło się od opisu sytuacji...

Tak. Na podstawie otrzymanych informacji w 1995 roku zredagowałyśmy przewodnik po szpitalach położniczych, a w rok później - drugi. One były bardzo rzetelnie przygotowane, bo informacje od kobiet weryfikowali na miejscu dziennikarze "Gazety Wyborczej". Miałyśmy też dane od ordynatorów. Na podstawie tych informacji opublikowaliśmy listę szpitali położniczych przyznając gwiazdki za ofertę (czy jest szkoła rodzenia, czy można się poruszać w trakcie porodu, czy można być z mężem, czy dziecko jest z matką po porodzie, czy są odwiedziny), a przede wszystkim - serduszka za sposób odnoszenia się do kobiet, życzliwość, okazywanie serca.

I co to dało?

To, czego nie można było zrobić przez dwadzieścia lat, udało się przez półtora roku. Spektakularnym przykładem są odwiedziny. Ze szpitali zamkniętych, gdzie straszono sanepidem i mówiono kobiecie, że mąż nie może wejść, bo na pewno ma salmonellę - szpitale stały się miejscami otwartymi, gdzie kobieta może być otoczona bliskimi. W tym roku już nie dajemy gwiazdek za odwiedziny - uznajemy, że to jest standard.

Drugim sukcesem jest to, że mężowie zostali wpuszczeni na sale porodowe. Dzisiaj prawie połowa kobiet deklaruje, że mąż był przy porodzie. Co więcej, mężowie są z tej zmiany bardzo zadowoleni, wspominają poród jako jedno ze swoich najwspanialszych doświadczeń. Szkoda tylko, że tak często szpitale pobierają za to opłaty.

A jak wygląda sam poród?

Bardzo się zmienił stosunek personelu medycznego do pierwszego okresu porodu. W czasie, kiedy szyjka macicy się rozwiera, kobieta nie jest już przywiązana do łóżka, może sobie dreptać po korytarzu, przykucnąć, napić się wody. To się stało normą. Wszyscy chyba zrozumieli, że pozostawienie kobiecie swobody w tym czasie bardzo pomaga w porodzie.

Skoro zmiany były tak duże, czemu zdecydowałyście się na kolejną akcję?

Tym razem przede wszystkim mocno akcentujemy prawa kobiety. Zawarłyśmy je w naszym dekalogu. Chcemy uświadomić kobietom, że mogą kierować swoim porodem i być pełnoprawnymi partnerami służby zdrowia.

Miejmy nadzieję, że dzięki Wam "rodzić po polsku" będzie kiedyś znaczyło tyle co "rodzić po ludzku".

Dziecko 1/2001

Więcej o: