Tak wychowuje dzieci zamożna klasa średnia. 7 tys. na same kursy, korki i szkołę

- Nie zrażają się tym, że szkoła, w której uczą świetni nauczyciele, jest na drugim końcu miasta. Tak ułożą plan dnia, żeby znaleźć czas na dowożenie dzieci do tej najlepszej - o tym, że wysokie pozycje szkół w rankingach, to w dużej mierze zasługa zaangażowanych w edukację dzieci rodziców, mówi Edyta Plich, polonistka, dyrektorka Towarzystwa Inteligentnej Młodzieży.
Zobacz wideo Ile dni wolnego w roku szkolnym 2024/2025?

Joanna Biszewska: Mam smutne refleksje po minionym roku szkolnym. I przeczucie, że kolejne zmiany w szkolnictwie jeszcze bardziej pogłębią nierówności wśród dzieci.

Edyta Plich: pedagog, prezeska Fundacji Wspierania Młodzieży w Nauce Edico: Te nierówności są w polskim szkolnictwie od dawna. W odróżnieniu od krajów skandynawskich, gdzie edukacja jest niepłatna i głównie publiczna, a dzieci uczęszczają do szkół w pobliżu domów, u nas szkoły dzielimy na państwowe i płatne.

A oferta odpłatnych szkół jest zazwyczaj atrakcyjniejsza od tego, co dzieje się w szkole powszechnej.

Szkoły odpłatne zapewniają więcej lekcji języków obcych, gamę zajęć sportowych: szermierkę, basen, tenis. Klasy są małe, łatwiej o indywidualne podejście do dzieci, jest większe nastawienie na pracę w grupie, projektową. I - szczególnie w społecznych czy prywatnych szkołach średnich - jest mocny nacisk na pracę z doradcą zawodowym.

Jak w Skandynawii. Tam już od podstawówek pomaga się dzieciom w znalezieniu pomysłu na siebie. Wyłapuje się ich mocne strony, żeby nie zaprzepaścić talentów, zdolności, potencjału.

Opiekun pedagog przygląda się dzieciom, wyłapuje, w czym są dobre, pomaga rozwijać im różne umiejętności, talenty.

Czyli skupia się na tym, co dzieci robią dobrze, a nie co źle. O to chodzi?

Przywykliśmy do tego, że szkoła od pokoleń przetrenowuje nas w powtarzaniu tego, czego nie umiemy, wytyka błędy, punktuje za to, co zrobiliśmy źle. A przecież chodzi o to, aby stawiać na mocne strony dzieci. Nie koncentrować się na ich ocenach, tylko na tym, w czym są dobre i w jakiej dziedzinie mogą być jeszcze lepsze.

Ile kosztuje szkoła niepubliczna? Od kilkuset do kilku tysięcy złotych miesięcznie. Warto płacić?Ile kosztuje szkoła niepubliczna? Od kilkuset do kilku tysięcy złotych miesięcznie. Warto płacić? Fot. Monkey Business Images/Shutterstock

Tak, tylko że na koniec podstawówki i liceum, liczą się już tylko oceny i wyniki. Te najlepsze osiągają dzieci - poza nielicznymi wyjątkami - które są mocno stymulowane naukowo poza szkołą. W Warszawie, żeby dostać się na korepetycje do cenionych nauczycieli i nauczycielek, czeka się na listach rezerwowych kilka lat.

Popatrzmy też na rankingi. Wśród 100 najlepszych szkół średnich w Polsce 27 jest z województwa mazowieckiego.

I nie jest to przypadek?

Gros uczniów i uczennic, aby osiągnąć świetne wyniki na egzaminach ósmoklasistów i z matur, bardzo dużo uczy się poza szkołą, właśnie na korepetycjach.

To policzmy, ile wydają rodzice na edukację dzieci. Zakładam, że dziecko uczy się w szkole prywatnej, która plasuje się wysoko w rankingu. Czesne to ok. 3 tys. miesięcznie. Do tego, dziecko jest wspomagane korepetycjami, np.: z matematyki, polskiego, angielskiego. Godzina prywatnych lekcji to koszt ok. 200 zł. Przed maturą czy egzaminem ósmoklasisty rodzice płacą jeszcze za intensywne, weekendowe kursy przygotowujące do egzaminów. To koszt minimum 2 tys. Podliczając: rodzice inwestują w dziecko, ok. 7 tys. miesięcznie, aby "wykręciło" świetne wyniki. Jeśli dziecko jest w szkole państwowej wówczas - w miesiącach przed egzaminami - dokładają 3-4 tys. To wciąż bardzo dużo.

Nie jest tajemnicą poliszynela, że wysokie pozycje szkół w rankingach to w dużej mierze zasługa rodziców. Rodziców, którzy są zaangażowani i inwestują w edukację. Szukają dla dzieci najlepszych korepetytorów pomagających im zdobyć wysokie oceny na egzaminach ósmoklasisty lub maturalnych.  Albo sami pomagają dzieciom, jeśli mają takie kompetencje.

Zaangażowanie rodziców w edukację swoich dzieci kilkakrotnie podnosi ich wyniki z egzaminów. Jeśli do tego dzieci uczą się w szkołach, w których pracują uważni nauczycieli i nauczycielki, to można przewidzieć, że takie dzieci zostawią innych w tyle.

Rodzice, nazwijmy ich zaangażowanymi, zrobią wszystko, aby dzieci chodziły do najlepszych szkół.

Oczywiście. Nie zrażą się nawet tym, że szkoła - czy podstawówka, czy średnia - w której uczą świetni nauczyciele np. przedmiotów, z których ich dziecko jest dobre, jest na drugim końcu miasta. Nie przerażają ich dojazdy. Zorganizują się, tak ułożą plan dnia, żeby znaleźć czas na dowożenie dzieci do najlepszej szkoły.

Albo najmą kierowcę, który będzie dziecko woził i przywoził do domu z drugiego końca Warszawy z renomowanej szkoły. Na drugim biegunie są rodzice niepamiętający, jakiego imienia jest osiedlowa szkoła, do której uczęszczają ich dzieci. W domu nie motywują dzieci do nauki, nie inwestują w korepetycje. Dzieci są pozostawienie same sobie. Mają sobie radzić.

To też nie jest regułą, że dzieci mające świetne warunki finansowe i zaangażowanych w edukację rodziców, zawsze są zmotywowane do nauki. Jest wiele szkół prywatnych, które nie mają dobrych wyników, bo ich uczniowie i uczennice wychodzą z założenia, że nie muszą się starać, bo ich rodzice zawsze coś wymyślą, coś im załatwią.

Znam też dzieci, których rodzice nie dopłacają do ich edukacji, ale same z siebie angażują się w naukę. Chodzą po lekcjach na kółka przedmiotowe, biorą udział w olimpiadach, mają swoje cele, osiągają je.

Ale chęć do nauki najczęściej wynosi się z domów. Nie jest tak?

W dużej mierze tak jest. Rodzice, którzy troszczą się o swoje dzieci, wykazują nimi zainteresowanie, starają się zachęcić dzieci do czytania dobrej literatury, mają pomysły na to, jak ciekawie spędzić z dziećmi czas, wyposażają je w ogromny potencjał. Czasami ważniejszy i mocniejszy niż ten finansowy. Mamy naprawdę bardzo łatwy dostęp do wiedzy. Wystarczy wiedzieć, czego szukać w sieci, aby znaleźć fantastyczne materiały naukowe.

Kilkanaście lat temu przeprowadzono w Kanadzie badania, które pokazały, że największe rozwarstwienie uczniów i uczennic widać po wakacjach. Dzieci z klas niższych spędzały całe wakacje przed telewizorem, a dzieci z klas wyższych jeździły na obozy językowe, sportowe, artystyczne, odwiedzały muzea.

Można spędzić całe wakacje na TikToku podczas egzotycznych wyjazdów z rodzicami i nic z tej wyprawy nie przywieźć. Tak też się zdarza. Ale można też z rodzicami chodzić na spacery, dowiadywać się ciekawostek o swojej dzielnicy, odwiedzać ciekawe wystawy, muzea, oglądać wartościowe filmy, czytać dobrą literaturę. I do tego nie trzeba przecież mieć pieniędzy, wystarczy zaangażowanie.

Bardzo dużo uczymy się poza szkolnymi murami. Czasy, kiedy wiedzę zdobywało się tylko w szkole i na jej podstawie wybierało się przyszły zawód, już dawno minęły. Wiele badań pokazuje, że życiowa wiedza, ale i ta specjalistyczna, konkretna, którą wykorzystujemy w życiu zawodowym, w niewielkim stopniu pochodzi ze szkoły, czy z uczelni.

Czyli to, co dzieci robią w czasie poza szkołą - popołudnia, weekendy, wakacje, ferie - jest niekiedy ważniejsze dla ich przyszłości niż to, czego się uczą w szkole. Tak mam to rozumieć?

Dzieci, które podczas wakacji pojadą do szkół językowych, będą się uczyć przez zanurzenie. Te zapisane na sportowe obozy, będą jeszcze lepsze w tenisie czy w surfingu. Na obozach kulinarnych zdobędą bardzo przydatne w życiu umiejętności, a na obozach harcerskich poczują się sprawcze. To wszystko na pewno jest szalenie rozwijające. Jednak w nadmiarze może prowadzić do przestymulowania.

Myślę, że - jak we wszystkim - warto zachować umiar i nie zapomnieć, że dzieci też muszą mieć w swoim życiu czas na nudę. Bo z nudy rodzą się ciekawe pomysły. Każdy z nas powinien nauczyć się i wiedzieć, jak spędzać czas samodzielnie, bez stymulatorów.

Pod warunkiem że nie jest to zaleganie przez całe wakacje na sofie z telefonem.

To oczywiście jest już strata czasu, potencjału i nie służy dziecku.

Miniony rok szkolny minął pod hasłem likwidacji prac domowych w szkołach podstawowych. Nauczycielki i nauczyciele skarżą się jednak na forach, że odkąd nie zadają prac domowych, dzieci po szkole już bezkarnie mogą siedzieć na telefonach.

Pamiętajmy, że ideą zniesienia prac domowych była demokratyzacja, żeby te dzieci, które nie mają wsparcia zaangażowanych w edukację rodziców, były w lepszej sytuacji, miały wyrównane szanse.

Egzamin ósmoklasisty 2024. Czy uczniowie mogą go nie zdać? - zdjęcie ilustracyjneEgzamin ósmoklasisty 2024. Czy uczniowie mogą go nie zdać? - zdjęcie ilustracyjne Fot. Maciej Wasilewski / Agencja Wyborcza.pl

Ale tak się nie stało. Te dzieci, które dokształcają się poza szkołą, nadal będą to robić, a ich rodziców nawet nie bardzo interesuje to, czy są prace domowe, czy ich nie ma, bo bez względu na to, starają się, aby dzieci, z roku na rok, stawały się mądrzejsze.

Można przez wakacje z siedmiolatkiem czy ośmiolatkiem nic nie robić, ale można też zajrzeć do ciekawych książek, czytać razem, dyskutować. Podczas roku szkolnego świadomy rodzic będzie zadowolony, że nie ma kilkunastu stron ćwiczeń do wypełniania, bo dzięki temu zyska czas na to, aby iść z dzieckiem do teatru, filharmonii, obejrzeć film przyrodniczy.

Gorzej, jeśli dzieci przez całe wakacje albo podczas roku szkolnego są zostawione same sobie. Niewiele z tych dzieci pogłębia zainteresowania, z reguły grzęzną na filmikach o niczym, tracą czas.

I system zgubi te dzieci. Nie zadbane przez szkołę, niedopilnowane przez rodziców. Szkoda.

Są dzieci, które pomimo braku wsparcia w swoich domach, realizują swoje pasje, spotykają na swojej drodze nauczycielki i nauczycieli, którzy im pomagają pięknie się rozwijać. W liceum, na studiach dobrze sobie radzą. Co nie zmienia faktu, że wiele dzieci jest systemowo zaniedbanych.

Pomoc dorosłych, zarówno rodziców, jak i nauczycielek i nauczycieli - szczególnie w przypadku młodszych dzieci - jest bardzo ważna. Sam potencjał dziecka to za mało.

A mimo to wciąż nie dostrzega się u nas pracy, jaką wykonują nauczycielki i nauczyciele z dziećmi "przeciętnymi". Z tymi, którym nauka nie idzie świetnie, bo np. rodziców nie stać na korepetycje. Pracy z takimi dziećmi nie zauważa się. Promuje się za to rankingi najlepszych szkół.

Nagradzamy wyniki. Chociaż wiemy, że wiele szkół nie miałoby tylu olimpijczyków czy matur zdanych na poziomie 95 proc., gdyby nie finansowe i intelektualne wsparcie uczniów i uczennic przez ich rodziców.

Pokazujemy tylko i wyłącznie championów, bo ich sukcesy są namacalne, widoczne, policzalne. Umyka nam praca nauczycieli i nauczycielek, którzy nie mogą pochwalić się olimpijczykami, ale chcą i potrafią pracować z dziećmi mniej ambitnymi lub tymi, które mają trudności w nauce.

To tytaniczna praca, w której bardzo ważne jest zaangażowanie, pomysł na dzieci, odpowiednie podejście, dobre tłumaczenie, liczne próby i niepoddawanie się mimo porażek. Praca pedagogów sprawia, że los dzieci odmienia się. Zaczynają wierzyć w siebie, bo wcześniej ktoś inny w nie uwierzył.

Edyta Plich: polonistka, edukatorka, doradczyni zawodowa, dyrektorka Towarzystwa Inteligentnej Młodzieży (TIM), prezeska Fundacji Wspierania Młodzieży w Nauce „Edico". Wieloletnia dyrektorka jednego z warszawskich gimnazjów i liceów. Współtwórczyni projektu Alternatywna Lista Lektur. Współautorka publikacji "Supermoc książek. Tata też czyta".

Czy dopłacasz do edukacji swoich dzieci?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.