Nauczycielka o zielonej szkole: Dopłacamy do dzieci, rodzice zapomnieli o kieszonkowym

Nauczycielki i nauczyciele nie mają obowiązku, aby jeździć z dziećmi na zielone szkoły. Mogą odmówić. Ale prawie nigdy tego nie robią. Nie chcą zawieść dzieci, rodziców, dyrektorek szkół. Pakują walizki i jadą do całodobowej pracy. A w sieci sypią się komentarze: "Niech się cieszą z darmowej wycieczki".

Od przyszłego roku szkolnego kilkudniowych wycieczek szkolnych będzie więcej. Rodzice cieszą się, że dzieci zwiedzą Polskę, nauczyciele jednak pytają, czy ktoś im zapłaci za całodobową opiekę nad dziećmi podczas szkolnych wyjazdów.

Zobacz wideo Młodzi ludzie nie chcą być nauczycielami. Wolą żyć godnie

Jest nadzieja

"Podróże z klasą" to nowy program Ministerstwa Edukacji Narodowej. W ramach projektu uczniowie i uczennice szkół podstawowych i ponadpodstawowych otrzymają środki na realizację dwu- lub trzydniowych wycieczek do ciekawych miejsc w Polsce. Nauczycielkom i nauczycielom - w momencie, kiedy szkoła dostanie dofinansowanie - nie pozostanie nic innego, tylko spakować walizkę i wyruszyć z dziećmi na wycieczkę.

Według prawa oświatowego nie przewiduje się odrębnych rozwiązań prawnych w zakresie świadczeń dla nauczycieli sprawujących opiekę nad uczniami podczas wycieczek szkolnych i zielonych szkół. Innymi słowy, do nauczycieli sprawujących opiekę na kilkudniowych wycieczkach, stosuje się przepisy ogólne regulujące warunki płacy i pracy nauczycieli.

Być może sytuacja zmieni się 20 czerwca. Tego dnia Ministerstwo Edukacji i Związek Nauczycielstwa Polskiego będą dyskutować na temat dodatkowych wynagrodzeń dla pracowników szkół za pracę podczas kilkudniowych wycieczek szkolnych.

Kilka dni temu na antenie radia TOK FM, ministerka edukacji Barbara Nowacka mówiła, że jest nadzieja na zmianę.

Zielone szkoły, wycieczki klasowe to temat przewodni szkolnych zebrań klasowych, tzw. wywiadówek. Rodzice lubią, kiedy szkoła organizuje atrakcje dla dzieci. To zrozumiałe. Pozbywają się dzieci na kilka dni z domu, można złapać chwilę "oddechu".

Nierzadko dla dzieci, najlepsze wspomnienia ze szkoły, to te z wycieczek. Z prostego powodu. Na wycieczkach można więcej niż w szkolnej ławce, jest przygoda, dużo się dzieje.

Dzieci cały rok czekają na wycieczkę szkolnąDzieci cały rok czekają na wycieczkę szkolną Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Odpowiedzialność jest ogromna

- W tym roku pojechałam z klasą mojego syna na dwudniową wycieczkę klasową. Reprezentuję radę rodziców, sama zgłosiłam, że pomogę, bo wiedziałam, że brakowało nauczycielek. Chciałam, żeby wycieczka doszła do skutku. Jestem mamą trojga dzieci, myślałam, że mam odporność, że spokojnie dam sobie radę. Pomyliłam się - mówi mama trzecioklasisty z Warszawy, która kilka tygodni temu była z dziećmi na szkolnym wyjeździe. I opowiada, co było dla niej największym wyzwaniem:

- Najbardziej doskwierał mi hałas. Dzieci cały czas coś mówiły, jedno przez drugie. Nie dawały nikomu dojść do głosu. Muszę przyznać, że było to nie lada wyzwanie. Kiedy opiekuję się swoimi dziećmi, mam w sobie więcej luzu. Jednak kompletnie inaczej wyglądało to w momencie, kiedy miałam pod opieką cudze dzieci. Odpowiedzialność za to, aby nic nikomu się nie stało, jest ogromna. Miałam oczy wokół głowy, wieczorami siedziałam z dziećmi w pokojach, bo niektóre tęskniły za domem, a inne dokazywały. Nie było chwili wytchnienia.

"Rodzice nie mają pojęcia, co dzieje się na zielonych szkołach"

Szef Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz na konferencji zwołanej po wyborach do europarlamentu poruszył temat szkolnych wycieczek i braku wynagrodzenia za nadgodziny dla biorących w nich udział opiekunów i opiekunek.

Mówił o tym, że nauczyciele i nauczycielki nie są przeciwni wycieczkom, ale powinni być za swoją pracę wynagradzani, bo praca podczas wycieczek to ogromna odpowiedzialność, bez zagwarantowanego odpoczynku wynikającego z kodeksu pracy. Związkowcy chcą wypłaty nadgodzin, a także prawnych uregulowań, które gwarantowałyby nauczycielom i nauczycielkom takie same zasady, jak podczas służbowych delegacji.

- Rodzice nie wiedzą o połowie tego co dzieje się na zielonych szkołach. My im za wiele nie opowiadamy, a nauczyciele chyba są tak zmęczeni po tych wyjazdach, że nam odpuszczają. Każdemu odwala, nawet tym wzorowym. W tym roku wymyśliliśmy zabawę, która polegała na tym, żeby pokazać, że ma się psychę do tego, aby w środku nocy iść samemu do lasu bez latarki. Sporo osób dygało, zostało w domkach, ale sporo odważyło się wyjść. Nauczyciele w tym czasie nie spali, sprawowali wartę na terenie ośrodka. Trzeba było im się wymykać. Biegali za nami po lesie i nas szukali. A to tylko jeden z naszych pomysłów, o innych nie powiem, bo nie chcę nikogo wsypać - opowiada mi siódmoklasista ze szkoły podstawowej w woj. świętokrzyskim.

Co się dzieje na szkolnych wycieczkach?Co się dzieje na szkolnych wycieczkach? Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Wyborcza.pl

Szóstoklasistka, która w tym roku była na pięciodniowej zielonej szkole na Mazurach opowiedziała mi o tym, że ma "szacun" dla swoich nauczycielek i nauczycieli, bo podczas wyjazdu w ogóle nie spali, a jeśli już, to nie wiadomo kiedy, bo zawsze wszędzie byli. W nocy sprawowali warty, a podczas dnia organizowali atrakcje dla klas:

- Nauczyciele podczas zielonych szkół pilnują nas bardziej niż w szkole. Widać, że się o nas boją. I bardzo się starają, żeby nic nam się nie stało. Nie wiem, jak oni dali radę z nami wszystkimi. Tym bardziej że w nocy nie spali, tylko chodzili po korytarzach, żeby nikomu nie wpadł do głowy pomysł, aby ulotnić się z ośrodka na imprezę do miasteczka. W pokojach też było głośno, musieli sprawdzać, co się dzieje, czy ktoś nie wyłazi przez okno - opowiada dziewczyna i kontynuuje:

- W tym roku podczas zielonej szkoły upadłam na kamienie i się potłukłam. Nauczycielka angielskiego bardzo troskliwie się mną zaopiekowała. Jestem jej za to bardzo wdzięczna. Wiem, że miała na głowie tysiące innych obowiązków, ale zawsze do mnie zajrzała, zapytała, jak się czuję, pytała, czy czegoś potrzebuję. Wiem też, że sporo młodszych dzieciaków chodziło wieczorami do pokoi nauczycieli, bo cały czas im coś dolegało. A to tęsknili za rodzicami, a to bolał kogoś brzuch.

Według Karty Nauczyciela obowiązkiem nauczycielek i nauczycieli podczas szkolnych wycieczek i zielonych szkół jest rzetelne realizowanie zadań związanych z powierzonym stanowiskiem oraz podstawowymi funkcjami szkoły: dydaktyczną, wychowawczą i opiekuńczą, w tym zadania związane z zapewnieniem bezpieczeństwa uczniom w czasie zajęć organizowanych przez szkołę.

Zapewnianie bezpieczeństwa oznacza, że nauczyciele pracują też w nocy, wymieniając się wartami przy pokojach dzieci. Zgodnie z prawem pracy nauczyciele mają prawo do ciągłego wypoczynku przez 11 godzin na dobę, także podczas wyjazdu. W praktyce jest to jednak fikcja.

Nauczyciele nie mają obowiązku, ale i nie mają wyjścia

Z komentarzy ludzi spod postu o tym, że najwyższy czas, aby ustalić osobne wynagrodzenie za wyjazdy nauczycieli na kilkudniowe szkolne wycieczki i zielone szkoły:

"Dlaczego jeszcze rodzice mają sponsorować wycieczkę dla nauczyciela, skoro chcą, aby mieli płacone dodatkowo? Niech płacą tak jak inni za wycieczkę, a nie mają za darmo". Albo: "Zmienić zawód, jak się nie podoba". Ktoś inny zauważa: "Piszcie tak dalej, to nie będzie w ogóle wycieczek".

Nauczyciele i nauczycielki nie mają obowiązku jeździć z dziećmi na kilkudniowe wycieczki. Karta Nauczyciela nie mówi nic o zielonej szkole, trudno zatem wskazać przepisy, które zobowiązywałyby nauczycieli i nauczycielki wprost do udziału w kilkudniowym wyjeździe z dziećmi.

Ludzie pracujący z dziećmi, bardzo rzadko odmawiają udziału w wyjazdach klasowych. Nie chcą sprawić zawodu dzieciom, rodzicom i dyrektorom szkół. Często są bez wyjścia. Czy im się to podoba, czy nie, pakują walizki, organizują opiekę nad swoimi dziećmi, chorymi rodzicami i jadą na kilka dni do całodobowej pracy.

Bo wyjazdy nauczycieli z dziećmi na szkolne wycieczki i zielone szkoły to nie bonus, to też nie wycieczki krajoznawcze na koszt szkoły. To bardzo ciężka praca, 24 godziny na dobę, do której nierzadko trzeba dopłacać ze swoich.

- Uczę od dwudziestu lat, od kilku mam wychowawstwo. Jeżdżę ze swoją klasą na wycieczki, bo tego oczekuje ode mnie dyrektorka. W tym roku, w połowie maja, byłam z moją piątą klasą na zielonej szkole.

To już jest klasyk, że zawsze znajdzie się kilka dzieci w klasie bez kieszonkowego. Rodzice zapomnieli, że na szkolną wycieczkę trzeba dać dziecku pieniądze. Idziemy na lody, a te dzieciaki stoją z boku, patrzą, jak inne wybierają smaki lodów. Jakie ja mam wyjście? Biorę te dzieciaki i płacę ze swoich

- mówi polonistka z Warszawy, które już przyzwyczaiła się do tego, że nikt nigdy nie oddaje jej pieniędzy, które wydaje na dzieci podczas wycieczek. Dzieci szybko zapominają, a ona nie potrafi się upomnieć.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.