Jeszcze żarty czy już przemoc? "Wiesz, że jesteś największą odklejką klasową"

Joanna Biszewska
- Wyłapują u innych charakterystyczne miny, gestykulację, sposób mówienia podczas odpowiedzi przy tablicy, ruchy językiem w buzi podczas rysowania. Przedrzeźniają w sposób karykaturalny. I wszystko to jest upchnięte w definicję żartu - o "miękkiej" szkolnej przemocy mówi psycholożka szkolna, która pracuje w szkole podstawowej z dziećmi z klas od szóstych do ósmych.

Joanna Biszewska: Dzieci w szkole na co dzień mierzą się z tym, że są wyśmiewane, obgadywane, wykluczane. Niby nic, a jednak boli.  

Psycholożka szkolna z dziesięcioletnim doświadczeniem pracy w dużej, publicznej szkole podstawowej: Z moich obserwacji wynika, że przemoc występująca na największą skalę w szkołach, to jest ta, której się nie widzi. To takie "drobne" nękanie, nierzucające się w oczy, żeby nikt nie widział i nikt się nie domyślał.  

Rzucone na przerwie "Ale masz obciachowe ciuchy". Chodzi o tego typu zachowanie?  

To o czym pani mówi, to jest przykład nękania przez uszczypliwości. Tego typu zachowań jest w szkołach bardzo dużo, są one najtrudniejsze do skontrolowania przez dorosłych.  

Co sobie najczęściej "wytykają" dzieci?  

Rodziców, samochody, telefony, ubrania, wygląd, domy, w których mieszkają.

Ośmieszanie, odrzucanie, skazywanie jakiegoś dziecka na samotność - to jest codzienność dzieci, zarówno w szkołach, jak i po lekcjach w cyberprzestrzeni 

Dorosłym trudno te zachowania wyłapać?  

Zaczyna się lekcja, wszyscy usadzają się w ławkach. Jeden z chłopców nachyla się do dziewczynki i szepcze jej na ucho, tak żeby inne dzieci słyszały, ale już nie nauczyciel: Wiesz, że jesteś największą odklejką klasową

Odklejka, czyli?  

To modne ostatnio słowo. Znaczy tyle, co dziwak klasowy.  

A inne sytuacje?  

Upadnie dziecku kartka. Inne zrywa się i niby niechcący nadeptuje na kartkę z komentarzem: "Ojej, przepraszam. Nie wiedziałem, że na tym stoję". Albo do dziecka, które wchodzi do klasy, ktoś rzuca niby żartem: „Idź stąd, nikt cię tu nie chce, nikt cię nie lubi". Lub rzucone gdzieś na przerwie lub w szatni: "Ty grubasku", "Twoją twarz można czytać jak Braille'a" - to kolejne przykłady. 

Przemocy?  

Absolutnej, totalnej, niczym niezmąconej przemocy rówieśniczej. Często też zdarza się, że ataki nie są bezpośrednio kierowane do ofiary. Ktoś np. opowiada w szatni o tym, że jakaś uczennica była najwolniejsza na wuefie i śmiesznie biegała, a to pewnie dlatego, że ma kilka kilogramów więcej. Dzieje się to w obecności dziecka, o którym jest mowa.  

Powinno zareagować?  

Nie zrobi tego, bo gdyby to zrobiło, dostałoby w odwecie dwa razy silniejszy cios. Usłyszy: "Ej, coś z tobą nie tak, nie? Przecież ja się nie chcę kłócić. Po prostu tylko stwierdzam fakty. A poza tym, to był tylko żart".   

W szkole każde dziecko chce być wysłuchaneW szkole każde dziecko chce być wysłuchane Fot. Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl

I dziecko, dla swojego dobra, udaje, że też się śmieje? 

A tak naprawdę śmieje się ze strachu. Sytuacji nie poprawia to, że do tego śmiechu dołączają inne dzieci. Śmieją się, mimo że żart ich nie bawi, czują, że jest krzywdzący. Jednak ze strachu, aby nie znaleźć się w pozycji wyśmiewanej osoby, dołączają do oprawcy. Nie chcą być następną ofiarą. Taka sytuacja stawia ofiarę w dramatycznym położeniu. Ból, który zostaje po takich zdarzeniach, dzieci noszą w sobie latami.  

Jakie jeszcze zachowania w typie "żartu" ranią dzieci?  

Przedrzeźnianie. Dzieci wyłapują u innych charakterystyczne miny, gestykulację, sposób mówienia podczas odpowiedzi przy tablicy, ruchy językiem w buzi podczas rysowania. Na przerwie przedrzeźniają w sposób karykaturalny. I wszystko to jest upchnięte w definicję żartu: "O rany, ha, ha, ha, jaki ty jesteś śmieszny".  Jakakolwiek inność w szkole jest punktowana i komentowana.  

Pani rozmawia z dziećmi - ofiarami na co dzień. Jak one sobie radzą z tym, że są wyśmiewane.  

Bardzo różnie. Niektórzy uczniowie przychodzą do mnie i z bezradności płaczą. I nie ma znaczenia, czy jest to dziewczynka z szóstej klasy, czy chłopiec z ósmej.  

Kiedy zaczyna się problem?  

Kiedy przemocowe zachowania wobec dziecka nie są jednorazowe i zaczynają się powtarzać.  

Dlaczego są dzieci, które celowo chcą zranić inne? Skąd się bierze w człowieku taka potrzeba robienia drugiemu przykrości? 

To, z czym dziecko przychodzi do szkoły, zależy od tego, w jakich warunkach żyje, jakich ma rodziców, jaki ma rodzaj więzi z rodzicami, czy ma w domu wsparcie, jak się czuje w swoim fundamencie, którym jest rodzina.  

Nie zawsze dobrze się czuje, skoro w szkołach jest tak dużo przemocy.  

To nie jest tak, że kiedy dzieci dokuczają i wyzywają inne, to zawsze znaczy, że w domu rodzice poniżają się i nie przebierają w słowach. To, że dziecko pluje na inne dzieci, nie znaczy od razu, że nauczyło się tego w domu od rodziców, którzy tak robią. Nie. Powody agresywnego zachowania dziecka w szkole nie zawsze mają bezpośrednie przełożenie.  

Czyli co może tak dziecko uwierać w rodzinnym domu, że w szkole wyładowuje żal, rozgoryczenie, smutek, agresję na innych dzieciach?  

To na przykład może być choroba albo nałóg jednego z rodziców. Kiedy w rodzinie pojawia się choroba zagrażająca jednemu z rodziców, życie dziecka zmienia się totalnie. Teoretycznie cały czas niby wszystko wygląda w porządku, ale tak nie jest. Dziecko często staje się niewidoczne, traci uwagę rodzica, wsparcie. W domu funkcjonuje w ciągłym lęku i napięciu. Często zastanawiamy się, dlaczego uczeń czy uczennica stali się agresywni. Podejrzewamy, że  coś się musiało  w ich życiu rodzinnym zmienić.  

I nawet sami rodzice nie zawsze są tego świadomi?  

Często nie są. Podam kolejny przykład. Rodzicom może się wydawać, że wszystkie dzieci traktują tak samo, ale w rodzeństwie jest napięcie. Jedno z dzieci czuje się umniejszane, może zbyt często porównywane do brata czy siostry, za mało cenione, może za często krytykowane. Taki układ w domu powoduje, że w dziecku rośnie poczucie niesprawiedliwości. Idzie do szkoły i rozładowuje się, redukuje napięcie wyniesione z domu.  

Popisuje się, dopieka innym i czuje się zauważane. O to chodzi?  

Rzuca mocny tekst w kierunku innego dziecka i czuje się silne, ma poczucie, że nikt mu/jej nie podskoczy, nikt nie wda się w pyskówkę. Takie zachowanie jest spowodowane najczęściej brakiem pewności siebie, ogromnym lękiem, kompleksami, żalem.

Naprawdę dzieci się takie nie rodzą. One dokuczają, oceniają, krytykują, ale w głębi ducha nie czują się z tym dobrze. Nie wiedzą jednak, że mogą rozładować swoje napięcie inaczej.  

W takiej sytuacji praca psychologa szkolnego powinna opierać się przede wszystkim na pracy z rodzicami. Po to, aby znaleźć przyczynę, dlaczego dziecko ma kryzys. I po to, aby pomóc dziecku, które zachowuje się jak oprawca.  

Bez wsparcia i zrozumienia rodziców, bez pracy z rodzicami, bez empatyzowania rodziców z własnymi i cudzymi dziećmi, nic nie zrobimy. Praca psychologa szkolnego bez współpracy z rodzicami najczęściej polega na holowaniu dziecka do końca szkoły bez światła w tunelu na to, że sytuacja ulegnie zmianie.  

Trzeba holować i dzieci, które dokuczają i te, które są ofiarami.  

Oczywiście. I w każdej sytuacji jest potrzebna współpraca z rodzicami. Chłopiec jest ofiarą dokuczania, w moim gabinecie bardzo to przeżywa, płacze, jest roztrzęsiony.

Kiedy wraca do domu, słyszy, że jest niemęski, że faceci nie płaczą i że następnym razem ma przyłożyć drugiemu chłopakowi tak, żeby się złożył wpół.

Rodzic, który tak uważa, nie jest w stanie wejść w sytuację wrażliwego dziecka i poczuć, że sobie nie radzi i trzeba szukać sposobu, żeby je wesprzeć. Zachęcanie, aby zachował się jak facet i oddał, nie poprawi sytuacji szykanowanego dziecka w szkole.  

Z takim rodzicem trudno się chyba rozmawia w gabinecie.  

Jeśli rodzic z nami nie chce współpracować, to nie będzie szczęśliwego zakończenia.  

Wszystko opiera się na współpracy na linii: szkoła, dziecko, rodzice.  

I na tym, aby wychwytywać różne zachowania dzieci w odpowiednim momencie, przyglądać się i reagować. To nie sztuka złapać dzieciaka, który dokucza, przyfasolić punkty ujemne z zachowania i ukarać. W ten sposób osiąga się odwrotny skutek.  

Ukarane dziecko jest sfrustrowane i wściekłe. Nie może wyżyć się na nauczycielu, na wychowawcy, na rodzicu raczej też nie - chociaż to się zdarza - więc obarcza winą za swoją niedolę w postaci kary swoją ofiarę.  

Skoro nie kara, to jak inaczej rozwiązać taką sytuację?  

Dużo zależy od szybkości działania i czujności dorosłych. I bardzo dużo od naszej współpracy z rodzicami. Jeśli rodzice nam zaufają, temu, że chcemy ich dzieciom pomóc, to nasza praca przyniesie jakiś skutek.  

Wejście w dialog ze szkołą jest dobrym pomysłem, bo czasami, nawet najbardziej zaangażowana i czujna wychowawczyni czy wychowawca, nie domyśli się, co dzieje się w zaciszu szatni przed wuefem. Widzi za to, że dziecko jest smutne, czuje się opuszczone.  

To nie sztuka złapać dzieciaka, który dokucza, przyfasolić punkty ujemne z zachowania i ukarać. W ten sposób osiąga się odwrotny skutekTo nie sztuka złapać dzieciaka, który dokucza, przyfasolić punkty ujemne z zachowania i ukarać. W ten sposób osiąga się odwrotny skutek Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Wyborcza.pl

Dzieci panicznie boją się tego, że rodzice zadzwonią do wychowawczyni i powiedzą, że dziecko skarżyło się w domu. Błagają, żeby tylko nie mówić w szkole, że dzieje im się np. jakaś przykrość.  

Rozumiem dlaczego. Oskarżenie o donoszenie to - w oczach dzieci - najgorsze, co może im się przydarzyć.  

To wygląda jak błędne koło.  

Dlatego uważam, że dobrze jest wejść we współpracę z pedagogiem, psychologiem szkolnym, przede wszystkim z wychowawcą. Spotkać się, podkreślić rolę dyskrecji, opowiedzieć o problemie. To my dorośli jesteśmy odpowiedzialni za to, aby pomóc dzieciom rozwiązywać problemy. Wspólnie musimy znaleźć pomysł na to, jak to zrobić, aby dzieci nie tkwiły w roli ofiary szykan i co zrobić, aby dzieci nie były sprawcami szykan.  

Co pani robi? Jak pomaga dziecku, które szykanuje, obraża, świadomie dowala innym dzieciom?  

Nigdy nie oceniam. Staram się rozmawiać z dzieckiem tak, aby czuło, że chcę zrozumieć, co się dzieje. To nie jest kwestia jednego spotkania. Dziecka, zwłaszcza nastolatek - zanim się otworzy - musi poczuć się bezpiecznie.

Czasami, budowanie takiej relacji trwa tygodniami. Kiedy uda mi się zrozumieć, co się dzieje w życiu dziecka, próbuję współpracować z rodzicami. Nigdy za plecami dziecka. Czekam aż da mi zielone światło. Nawet najbardziej dokuczające nastolatki bardzo potrzebują pomocnej dłoni dorosłego.

Nasz rozmówczyni jest psycholożką, ma dziesięcioletnie doświadczenie pracy w szkole podstawowej, w której uczy się prawie 1000 uczniów.

Więcej o: