"Uczniowie chuchają i dmuchają na nauczycieli emerytów. Wiedzą, że albo oni, albo nikt"

Joanna Biszewska
Jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z tego, co nas czeka w nowym roku szkolnym. Na razie żyjemy kompletowaniem wyprawek. Nauczyciele od kilku tygodni obdzwaniają koleżanki i kolegów na emeryturze i błagają, aby wrócili do szkół uczyć. Protesty związków zawodowych zapowiadane od początku września mają sens.

Zrobiło się nieco zamieszania wokół akcji protestacyjnej organizowanej przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. W sieci zawrzało, że nauczyciele już nie ruszą masowo strajkować. Są zrezygnowani, bez wiary, że ktokolwiek ich zauważy i cokolwiek w szkole zmieni się na lepsze.

"Znowu się rozejdzie po kościach" - czytam w jednym z komentarzy pod postem ZNP na temat akcji protestacyjnej, która ma ruszyć 1 września.

Inni nauczyciele napisali:

"Jeszcze piosenki brakuje! Na pewno zrobimy wrażenie i spełnią wszystkie żądania związków!"

"Nie stać mnie na kolejny strajk, w ramach strajku będę pokazywać rodzicom, ile zarabiamy".

Na razie do strajku nikt nauczycieli nie namawia. ZNP ogłosiło akcję protestacyjną, do której przyłączyły się inne oświatowe związki zawodowe: Wolny Związek Zawodowy "Forum-Oświata" oraz Krajowa Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ Solidarność.

Magdalena Kaszulanis, rzeczniczka Związku Nauczycielstwa Polskiego zwraca uwagę, że na tym etapie nie są planowane strajki, ale akcje protestacyjne. Bo bez jakiegokolwiek działania może okazać się, że szkoły już dłużej nie dadzą rady łatać lekcji emerytami i prosząc, aby ci nauczyciele, którzy w szkołach zostali, brali jeszcze więcej nadgodzin.

- Uruchamiamy pogotowie protestacyjne. To czerwone światło - stan pogotowia: źle się dzieje, ale nie będziemy się przyglądać z założonymi rękami, bo jeszcze pracujemy w szkołach i zależy nam na edukacji. Przez pogotowie protestacyjne sygnalizujemy, że nie zgadzamy się na sytuację, którą zastaniemy we wrześniu w swoich szkołach i w swoich portfelach. To m.in. braki kadrowe, wakaty, zastępstwa, przeładowana podstawa programowa bez zmian, przepełnione klasy, oszczędności wprowadzane przez samorządy, widmo zdalnego nauczania lub zimnych klas, nowy niekorzystny awans zawodowy, inflacja i drożyzna, brak podwyżek w tym roku, nastawianie społeczeństwa przeciwko nauczycielom - o największych kłopotach szkół mówi Kaszulanis.

Nie wiadomo jak ministerstwo edukacji zamierza poradzić sobie, z tym że ludzie uciekają z zawodu nauczyciela. Może się okazać, że do pracy w szkołach będą wkrótce przyjmowani ludzie bez przygotowania pedagogicznego i zawodowegoNie wiadomo jak ministerstwo edukacji zamierza poradzić sobie, z tym że ludzie uciekają z zawodu nauczyciela. Może się okazać, że do pracy w szkołach będą wkrótce przyjmowani ludzie bez przygotowania pedagogicznego i zawodowego Fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Dariusz Chętkowski, publicysta, polonista z XXI LO w Łodzi uważa, że protesty są potrzebne. Tym bardziej że nic nie robiąc zmierzamy do sytuacji, w której edukacja na niezłym poziomie - podobnie jak usługi stomatologiczne - będzie dostępna tylko dla tych, których na to stać.

- We wszystkich innych sprawach rząd przedstawia jakiś plan: jest tarcza COVID-owa, ludzie, którzy stracili na katastrofie na rzece Odra, też otrzymają wsparcie. W kwestii oświaty nie ma żadnego planu na poziomie rządowym - zauważa polonista.

Koniec wakacji, Librus milczy

W ubiegłym roku szkolnym w całej Polsce było więcej pracy dla nauczycieli niż chętnych. Wakacje nie sprawiły, że ludzie, którzy mają wykształcenie pedagogiczne, zgłosili się do pracy w szkołach.

- Przed wakacjami dowiedzieliśmy się, że w klasie syna nauczycielki matematyki i angielskiego odchodzą ze szkoły. Mamy wrzesień, a my nadal nie wiemy, kto będzie uczył dzieci i czy dyrektorka znalazła nowych nauczycieli. Nie zdziwię się, kiedy okaże się, że te przedmioty będą łatane zastępstwami - mówi mama piątoklasisty ze szkoły podstawowej w Warszawie.

Librus - mimo że wakacje już się skończyły - w wielu domach milczy. Rodzice nie dostają informacji o tym, że są w szkole nowi nauczyciele na miejsce tych, którzy odeszli.

42-letnia anglistka z Krakowa opowiada, że w połowie wakacji dzwonił do niej i do jej koleżanek dyrektor z ich szkoły i błagał, aby obdzwoniła wszystkie koleżanki emerytki i namówiła je, aby wróciły do szkoły, chociaż na kilka godzin. Dyrektorzy nie są w stanie ułożyć planów lekcji, bo nie mają kadry.

- Zaraz rodzice zorientują się, że nie ma kto uczyć w szkołach ich dzieci. Reakcja będzie taka, że trzeba będzie dzieciom organizować prywatne nauczanie. Czy do tego zmierzamy? - zastanawia się Chętkowski i podkreśla, że w szykowanych akcjach protestacyjnych już nie chodzi tylko o podwyżki dla nauczycieli, ale też o to, aby uświadomić ludzi, że rząd nie ma planu na oświatę, niczego nie proponuje, a sytuacja w szkołach jest beznadziejna.

Kaszulanis też nie ma wątpliwości, że szykuje się trudny rok szkolny:

- Jako nauczyciele zwracamy się do rodziców z prośbą o zrozumienie nas, nauczycieli i warunków, w jakich pracujemy. Nam zależy na edukacji, rodzicom też – na kształceniu ich dzieci. Więc razem możemy domagać się od kreatorów polityki edukacyjnej w państwie lepszych warunków nauki i pracy w szkołach i przedszkolach.

Młodzi nauczyciele przychodzą do szkoły na chwilę

Wakacje upłynęły wokół dyskusji na temat podręcznika do Historii i Teraźniejszości. Ministerstwo edukacji całą parę skierowało na to, aby podręcznik powstał i wszedł do szkół średnich. Umknęło w tym czasie to, co powinno być już dawno zrobione, np. zadbanie o przygotowanie pedagogiczne studentów. Aby po studiach, wybierając pracę w szkole, czuli i wiedzieli, po co to robią i jakie są tego konsekwencje.

- Uczelnie nie otrzymują finansowania na przygotowanie pedagogiczne na filologii angielskiej, na filologii polskiej, na fizyce, na matematyce. Nie ma planu rządowego, który wspierałby przygotowanie pedagogiczne studentów studiujących te kierunki, po których można zostać nauczycielem. Byłem niedawno na konferencji pedagogicznej, pani dziekan wydziału anglistyki na jednym z uniwersytetów opowiadała, że nikt ze studentów nie zgłasza się na przygotowanie pedagogiczne - mówi Chętkowski, autor BelferBlog.

Co się dzieje, kiedy studenci nie otrzymują porządnego przygotowania pedagogicznego do pracy w szkole? W pracy zachowują się jak sprzedawcy w sklepach, którzy dają do zrozumienia klientom, że w sklepie są tylko na chwilę, bo na życie mają zupełnie inne plany.

- Młodzi nauczyciele tłumaczą swoim uczniom, że w szkole są na przeczekanie, że jak się tylko nadarzy okazja, to pryskają jak najdalej od oświaty - o atmosferze w szkołach mówi Chętkowski.

W polskich szkołach, szczególnie tych zawodowych, pracuje coraz więcej nauczycieli, którzy powinni już być na emeryturze. Jakimś cudem udało się zatrzymać ich w pracy. Dyrektorzy szkół chcieliby, aby do zawodu przychodzili młodzi ludzie. Ale tak się nie dzieje. Dlatego muszą prosić o pomoc emerytowanych nauczycieli.

Dariusz Chętkowski widzi, że już nawet uczniowie zdają sobie sprawę z tego, że jeszcze chwila, a nie będzie miał kto ich uczyć matematyki, chemii czy niemieckiego:

- Do pracy w szkołach przychodzą ludzie w bardzo zaawansowanym wieku. Siedemdziesięcio, osiemdziesięciolatkowie. Uczniowie chuchają i dmuchają na takich nauczycieli. Wiedzą, że albo oni, albo nikt. Robi się przerażająco. Być może wszyscy tego potrzebujemy, żeby wreszcie się otrząsnąć?

Polonista, Dariusz Chętkowski prowadzi lekcję z języka polskiegoPolonista, Dariusz Chętkowski prowadzi lekcję z języka polskiego Fot. Sergiusz Pęczek / Agencja Wyborcza.pl

- Myślę, że ok. 10 proc. naszych nauczycieli to już są nauczyciele emeryci albo ci, którzy mogliby na emeryturę przejść - mówił kilka dni temu na łamach radia Lublin Mariusz Banach, zastępca prezydenta Lublina. Taka sytuacja dotyczy wszystkich polskich województw.

Nauczyciele dyplomowani - stanowią 80 proc. całej kadry pedagogicznej w Polsce - otrzymują zasadnicze wynagrodzenie nieco ponad 4 200 zł brutto. Nauczyciele początkowi zarabiają 3424 złote, a nauczyciele mianowani 3597 złotych.

Tydzień temu minister edukacji Przemysław Czarnek obiecał, że nauczyciele od 1 stycznia dostaną podwyżkę w wysokości 9 proc. 30 sierpnia rząd przyjął projekt ustawy budżetowej na 2023 r., który zakłada wzrost wynagrodzeń dla wszystkich nauczycieli o 7,8 proc. Oferta ministra okazała się nieaktualna.

Nominalny wzrost przeciętnego wynagrodzenia w 2022 r. wyniesie 11,2 proc. (w przypadku 85 proc. nauczycieli – 4,4 proc. od maja), a w 2023 r. 10,1 proc. To oznacza, że rząd godzi się na to, by w przyszłym roku pensje w oświacie nadal rosły dużo wolniej niż w gospodarce. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że nauczycielom opłaca się zmieniać zawód, a także bardziej opłaca się przejść na emeryturę niż pracować w szkole. Emerytury w 2023 r. wzrosną 1 marca 2023 r. o 13,8 proc., czyli aż o 6 punktów procentowych więcej niż wynagrodzenia nauczycieli (za Głosem Nauczycielskim. "Już nie 9 proc. podwyżki, a jedynie 7,8 proc. Ile są warte obietnice Przemysława Czarnka?")

Nie wiadomo jak ministerstwo edukacji zamierza poradzić sobie z tym, że nauczyciele uciekają z zawodu. Może się okazać, że do pracy w szkołach będą wkrótce przyjmowani ludzie bez przygotowania pedagogicznego i zawodowego.

- W czasach PRL-u zatrudniano w szkołach ludzi bez studiów. Jeśli do tego zmierzamy, a w szkołach będą pracowali ludzi po maturze, to oznacza, że uczniowie i uczennice będą uczyć się sami na korepetycjach albo w internecie. W szkole nauczyciele sprawowaliby jedynie opiekę. Do tego nie trzeba studiów. Wówczas będzie można takim nauczycielom po szkole średniej płacić małe wynagrodzenie. Jeżeli chcemy, aby w szkołach pracowali ludzie z przygotowaniem uniwersyteckim, akademickim, to trzeba przedstawić propozycję wyższych zarobków, a nie tych na poziomie najniższej krajowej - mówi Chętkowski.

Brakuje matematyków i fizyków, polonistów, nauczycieli języków obcych

Z zestawienia informacji z 16 kuratoriów wynika, że na rynku jest ok. 20 tys. ofert pracy dla nauczycieli. Najwięcej dla matematyków, fizyków, nauczycieli przedmiotów zawodowych, dla nauczycieli języków obcych, informatyki, języka polskiego.

Od 1 września - jeśli dyrektorzy szkół na to zezwolą - na szkolnych budynkach pojawią się związkowe flagi i plakaty informujące o postulatach. ZNP domaga się 20 proc. wzrostu płac nauczycieli, powiązania ich wynagrodzeń ze średnimi zarobkami w gospodarce oraz zwiększenia nakładów na oświatę i wychowanie.

2019 r. Światełko do nieba dla nauczycieli, Warszawa2019 r. Światełko do nieba dla nauczycieli, Warszawa Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl / / Agencja Wyborcza.pl

Rzeczniczka Związku Nauczycielstwa Polskiego mówiąc o akcji protestacyjnej, podkreśla, że nie chodzi tylko o to, aby nauczyciele zarabiali więcej. Ale też o to, że jeszcze nie wiemy, w jakiej zapaści jest polska oświata:

Ogłoszenia o pracę nie odzwierciedlają realnych braków kadrowych w szkołach i przedszkolach. Wakatów byłoby o wiele więcej, gdyby nie kadrowe "bajpasy" stosowane przez dyrektorów, by lekcje mogły się odbywać: zastępstwa, nadgodziny, jeden nauczyciel uczący kilku przedmiotów i emerytowani nauczyciele. Mamy lukę pokoleniową w szkołach i przedszkolach. Nie ma młodych chętnych do pracy z dziećmi, średnia wieku nauczycieli stale rośnie i oscyluje w okolicach 45 lat, więc ratunkiem dla dyrektorów są emerytowani nauczyciele. Ci mogą popracować jeszcze rok czy dwa. Ale to nie jest strategia na dłuższą metę - podsumowuje Magdalena Kaszulanis.
Więcej o: