Stanie w kącie, przepisywanie książek, kiedyś chłosta. Czy karanie dzieci ma jeszcze sens?

Co czuje dziecko, kiedy dostaje karę? Czy są kary, które pomagają dzieciom i młodzieży poradzić sobie ze swoim zachowaniem? Czy nowa propozycja ustawy o wsparciu i resocjalizacji nieletnich wyciąga rękę do dzieci i daje rozwiązania ku temu, aby empatycznie je wspomóc?

W przedszkolu straszyło się dzieci tym, że jak nie będą grzeczne, zostaną zamknięte w komórce bez światła. Do komórki można było trafić np. za to, że wylało się kompot albo za zbyt głośne mówienie w szatni, albo za to, że dziecko płakało za mamą. Komórką straszyło się dzieci, niektóre do niej trafiały. Po wyjściu z komórki dzieci ze strachu załatwiały się w majtki.

To bardzo odległe wspomnienia z przedszkola, które pełniło wakacyjny dyżur. Chodziłam do tej placówki w latach 80. przez kilka tygodni. Strach przed izolatką prześladował mnie przez wiele lat.

Każdy z moich rówieśników, ludzi z pokolenia 40 plus, ma w swoich wspomnieniach koszmarne sytuacje związane ze szkołą czy przedszkolem. Dzisiaj sami mamy dzieci i z wielką ulgą przyjęliśmy to, że - przynajmniej teoretycznie - nikt naszym dzieciom w przedszkolu czy szkole nie może kazać stać przez godzinę w kącie, nie ciągnie ich za uszy.

Nauczyciele i dyrektorzy, rodzice są czujni, wiedzą, że współczesna pedagogika nie opiera się na karaniu. Już wiemy, że kary regularnie stosowane, zamiast budować relację dzieci z dorosłymi, niszczą ją.

Dyrektorzy szkół jak sędziowie?

Ministerstwo Sprawiedliwości zaproponowało nowy kształt ustawy o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich. Ta obowiązująca jest z 1982 r. To oczywiste, że wymaga aktualizacji i dostosowania do tego, co teraz.

Proponowana ustawa dotyczy nie tylko dzieci, które mają problemy z prawem karnym, ale też całej społeczności szkół podstawowych i średnich. Budzi sporo kontrowersji. Senat RP odrzucił na początku lipca ustawę, teraz wraca do Sejmu. Jeśli Sejm ją ponownie przyjmie, ustawa trafi do podpisu Prezydenta RP. Co wówczas mogłoby się zmienić w życiu dzieci i młodzieży?

Dyrektorzy szkół otrzymają możliwość wyciągania konsekwencji wobec uczniów, którzy swoim zachowaniem wyrządzają szkodę lub krzywdę.

Dokument mówi o tym, że duża część niepożądanych zachowań nieletnich ma miejsce w szkołach. Dlatego to dyrektorzy szkół powszechnych (podstawowych i średnich) powinni mieć możliwość "podjęcia oddziaływań wychowawczych we własnym zakresie", bez konieczności zawiadamiania sądu rodzinnego lub policji o "przejawie demoralizacji" lub "popełnieniu przez nieletniego czynu karalnego".

Zaproponowane w projekcie rozwiązania umożliwiają dyrektorom szkół kierowanie uczniów, za mniej poważne występki, np. do prac porządkowych na terenie szkoły i wokół niej.

Agresywne dziecko w klasie. Jak mu pomóc?Agresywne dziecko w klasie. Jak mu pomóc? Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Wyborcza.pl

Według Stowarzyszenia Umarłych Statutów (SUS), organizacji broniącej interesów uczniów, oddanie w ręce dyrektorów szkół kompetencji zastrzeżonych dla wymiaru sprawiedliwości godzi w prawo dziecka do wypowiadania się w każdym postępowaniu, które go dotyczy.

Zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości jest jednak inaczej. W oświadczeniu o reformie przepisów na stronie ministerstwa czytamy, że sugestia jakoby szkoły wprowadzono do systemu karania nieletnich jest fałszywa:

Dyrektorzy szkół nie będą mogli stosować żadnych środków karnych, co jest kompetencją sądów. W myśl nowej ustawy, dyrektor szkoły może stosować - za zgodą ucznia i rodziców - jedynie środki oddziaływania wychowawczego (np. prace porządkowe na terenie szkoły), co zresztą jest już dziś zapisane w statutach wielu placówek. Chodzi o to, żeby chronić nieletnich przed traumą postępowań z udziałem policji i sądu.

Innego zdania niż ministerstwo są akademicy, eksperci i edukatorki z organizacji społecznych, którzy apelują o weto do prezydenta.

Te regulacje cofają nas do lat 50. ubiegłego wieku. Proponowany system karania jest anachroniczny. Treść paragrafu 4. wskazuje, że dyrektor ma umieć trafnie zdiagnozować przejawy demoralizacji oraz mieć rozeznanie w kodeksowych rejestrach czynów karalnych. Ta kuriozalna sytuacja może zmienić oblicze polskiej oświaty: z edukacyjno-rozwojowego na karno-piętnujące

- czytamy w oświadczeniu słowa prof. Marka Konopczyńskiego, kierownika Zakładu Twórczej Resocjalizacji Uniwersytetu w Białymstoku oraz wiceprzewodniczącego Sekcji Pedagogiki Resocjalizacyjnej Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk.

Ustawa oddaje w ręce dyrektorów możliwość karania uczniów i uczennic za zachowania, które mogą budzić niepokój np. wywoływanie fałszywego alarmu, blokowanie numeru alarmowego, umieszczanie w miejscu publicznym nieprzyzwoitych ogłoszeń, napisów, rysunków.

Do dyspozycji dyrektorzy szkół mieliby katalog kar. To m.in.: pouczenie, ostrzeżenie ustne albo ostrzeżenie na piśmie, przeproszenie pokrzywdzonego, wykonanie określonych prac porządkowych na rzecz szkoły.

Iga Kazimierczyk, pedagożka, nauczycielka, prezeska fundacji Przestrzeń dla Edukacji mówi o tym, że kary i przymus nie są dla dzieci rozwiązaniem:

- Ustawa jest zła, ponieważ podtrzymuje myślenie o resocjalizacji jako o karze i przymusie. Wprowadza nowe rozwiązania, jak chociażby to, w którym dyrektor szkoły miałby wchodzić w rolę sędziego, nie mając jego kompetencji, wiedzy i przygotowania. Wedle ustawy dyrektorzy musieliby wiedzieć, które z negatywnych zachowań uczniów należą do katalogu czynów zabronionych. Jeśli uczeń dopuściłby się zachowania spoza tego katalogu, dyrektor w porozumieniu z rodzicami mógłby takiemu uczniowi wymierzyć karę. To przedziwne rozwiązanie - uważa Kazimierczyk i dodaje:

- Po pierwsze, możemy obawiać się, że część nagannych zachowań zostanie zamieciona pod dywan. bo rodzice dziecka będą woleli sprawę zakończyć w szkole. Po drugie, skąd dyrektor ma mieć wiedzę, jak rozpoznać prawidłowo czyn zabroniony?

Po trzecie, takie samodzielne udzielanie kar i wydawanie "wyroków" może naruszać interesy i prawa osób, które doznały z powodu zachowania ucznia jakiejś krzywdy.

Szkoła nie jest i nie powinna być sądem ani sprawować obowiązków kuratora dla nieletnich. Od tego są odpowiednie służby, zatrudniające kompetentnych pracowników i to one powinny pomagać dyrektorowi, a nie dyrektor wyręczać je w zadaniach

- uważa prezeska fundacji Przestrzeń dla Edukacji.

Wykluczenia i stygmatyzacja

Według prof. Marka Konopczyńskiego ustawa cofa nas w mroki przeszłości. Zamiast znosić bariery w rozwoju osobowym i społecznym uczniów oraz praktycznym uczeniu ich między innymi takich wartości jak solidaryzm, pomocniczość, opiekuńczość itp. to powiela rozwiązania z ustawy sprzed 40 lat.

- Zapisy dotyczące środków wychowawczych żywcem przepisano z prawodawstwa, które powstało w czasach PRL-u, zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego.

Współczuję szkołom, bo wmontowanie ich w system sprawiedliwości może całkowicie zmienić ich oblicze. Miałem to w swojej szkole. Stałem w kącie, po lekcjach byłem zamykany w składziku z narzędziami i pilnował mnie pan woźny. Wracamy do słodkich lat 60. Szkoła zamienia się w karcer, pruską szkołę z XIX wieku - mówił prof. na łamach "Gazety Wyborczej".

'Ustawa oddaje w ręce dyrektorów możliwość karania uczniów i uczennic za zachowania, które mogą budzić niepokój np. wywoływanie fałszywego alarmu, blokowanie numeru alarmowego, umieszczanie w miejscu publicznym nieprzyzwoitych ogłoszeń, napisów, rysunków. Do dyspozycji dyrektorzy szkół mieliby katalog kar. To m.in.: pouczenie, ostrzeżenie ustne albo ostrzeżenie na piśmie, przeproszenie pokrzywdzonego, wykonanie określonych prac porządkowych na rzecz szkoły''Ustawa oddaje w ręce dyrektorów możliwość karania uczniów i uczennic za zachowania, które mogą budzić niepokój np. wywoływanie fałszywego alarmu, blokowanie numeru alarmowego, umieszczanie w miejscu publicznym nieprzyzwoitych ogłoszeń, napisów, rysunków. Do dyspozycji dyrektorzy szkół mieliby katalog kar. To m.in.: pouczenie, ostrzeżenie ustne albo ostrzeżenie na piśmie, przeproszenie pokrzywdzonego, wykonanie określonych prac porządkowych na rzecz szkoły' Fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Kiedy czytam treść ustawy o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich, myślę o dzieciach, których miałyby te zmiany dotknąć, i o dyrektorach szkół. Że spadłby na nich dodatkowy obowiązek osądzania swoich uczniów i uczennic i podejmowania decyzji, czy zachowanie, jakiego się dopuścili, kwalifikuje się do tego, że po lekcjach mają zamieść szkolne podwórko.

Nie wyobrażam sobie, jak takie prawo funkcjonowałoby w miejscach pracy, np. w urzędach czy korporacjach. Kiedy pracownicy zachowują się nagannie w oczach szefa, zamiast możliwości wytłumaczenia się, omówieni sytuacji, przekazania swoich intencji, dostaną od przełożonego polecenie, że mają po pracy umyć podłogi.

Podejrzewam, że gdyby dyrektorzy otrzymali możliwość karania uczniów, karane byłyby najczęściej te dzieci, które potrzebują zrozumienia, uwagi, pomocy pedagogów i psychologów.

"Z problemami radzą sobie, jak potrafią. Swoim zachowaniem wołają o pomoc"

Dzieci, które sprawiają w szkołach kłopoty, bardzo często mają trudną sytuację w domu. Ich zachowanie jest wynikiem osobistych problemów. Opowiadała mi o tym pedagożka szkolna w naszej rozmowie: "Pedagog: Dyrektorka miała złamane trzy żebra. Tak ją dziecko biło, nie czuła bólu":

"Od ponad 30 lat towarzyszę dzieciom, które mają trudną sytuację rodzinną. Trudności dotyczą różnych aspektów ich życia. To kłótnie rodziców, rozwód, brak czasu, zła sytuacji finansowa i mieszkaniowa, brak pracy rodziców, uzależnienia rodziców, przestępczość w rodzinie, niewydolność opiekuńcza rodziców. To dzieci, które mają sporo powodów do zmartwień. W trudnych, rodzinnych momentach pogarsza się ich zachowanie w szkole. Ze swoimi problemami radzą sobie, jak potrafią. Swoim zachowaniem wołają o pomoc, proszą 'zajmijcie się mną, pomóżcie mi, bo ja nie daję sobie rady'".

Kiedy pojawiają się problemy, najłatwiej jest użyć siły. Skarcić, ukarać, pokazać, kto rządzi. Jeśli to nie skutkuje, sprawy "trudnych dzieci" zgłasza się do sądu, aby dostały orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego i skończyły w ośrodku socjoterapeutycznym. Nie zawsze na tej drodze dzieci spotkają ludzi, którzy autentycznie chcą im pomóc i którzy wiedzą, jak to zrobić, poprowadzą z nimi mądrze rozmowy czy terapię.

Nie ma możliwości, aby wszystkie potrzebujące dzieci objąć odpowiednią terapią, pomocą psychologiczną, wsparciem pedagogicznym. Brakuje psychiatrów dziecięcych, terapeutów, psychologów i pedagogów w szkołach, na konsultację w poradniach psychologiczno-pedagogicznych rodzice czekają miesiącami. Ci rodzice, którzy mają pieniądze, opłacą dzieciom prywatne terapie, ci, którzy nie mają i sami mają problemy ze sobą, są skazani na ścieżkę, którą wytyczy szkoła.

- W dużych miastach w szkołach jest zatrudniony psycholog, pedagog. Uczniowie mają wsparcie. Ale już na wsiach, w małych miejscowościach to jest rzadkość. Tam bardzo często nauczyciele są zdani tylko na siebie, na swoją wiedzę, doświadczenie, intuicję - mówiła mi Anna Olankowicz, psycholożka i pedagożka szkolna w naszej rozmowie.

Wprowadzenie systemu kar w szkołach pozornie może sprawiać wrażenie, że placówki dostałyby możliwość, aby w jakiś sposób radzić sobie z uczniami i uczennicami, którzy sprawiają kłopoty, wyłamują się, swoim zachowaniem manifestują problemy, samotność, lęki, trudne pochodzenie. Ale tylko pozornie. Bo największą pomocą dla dzieci byłyby mądre relacje z dorosłymi w szkole. Sporo mówiła mi o tym Anna Olankowicz w rozmowie, do której się w tym tekście odwołuję:

"Dziecko ma szczęście, jeśli trafi do szkoły, w której pracują mądrzy ludzie, którzy zechcą i będą wiedzieli, jak pomóc. Jeżeli rodzice dziecka będą współpracować, a inni rodzice ich nie zniszczą, to jest szansa, że uda się pomóc dziecku. To będzie zależało tylko od ludzi, ich empatii, kompetencji. Ale także od nakładów finansowych na oświatę i mądrych decyzji rządzących".

Kiedy poprosiłam dr Martę Majorczyk, pedagog, neuropsycholog o komentarz na temat wprowadzanie w obszar szkolnych kar, jakie dyrektor może zastosować, przyznała, że dla niektórych uczniów sam fakt pojawienia się takich kar w katalogu może zadziałać w sposób profilaktyczny, przeciwdziałać niewłaściwym zachowaniom.

- Istnienie w katalogu takich kar, bez ich zastosowania, może w pewnym stopniu ograniczyć naganne zachowania. W przypadku mniej refleksyjnych uczniów czy uczniów z trudnościami w zachowaniu raczej nie przyniosą oczekiwanych efektów, będą pogłębiać problem. Tu potrzebna jest praca z takim uczniem i jego rodziną, a nie stosowanie kar. Kara może być obojętna dla ucznia, ale też może przestraszyć, szczególnie wrażliwych uczniów - uważa dr Majorczyk, doradca rodzinny z poradni psychologiczno-pedagogicznej przy uniwersytecie SWPS.

"Dzieci są leniwymi i krnąbrnymi istotami, które do działania trzeba zmuszać wizją kar"

Edukatorzy od lat i to coraz śmielej dowodzą, że szkoła w obecnym kształcie jest instytucją sformalizowaną, hierarchiczną, noszącą znamiona instytucji przemocowej.

Według wykładowcy, autora wielu książek o edukacji i szkole Mikołaja Merceli, szkoła nie zmieni się, dopóki będziemy wierzyć, że natura ludzka jest zła, że cechuje ją dzikość, stąd konieczne jest dyscyplinowanie i kontrolowanie człowieka od najmłodszych lat.

Marcela w swoje popularnej książce "Selekcje. Jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa i świat" pisał o tym, że wciąż pokutuje przekonanie, że dzieci są leniwymi i krnąbrnymi istotami, które do działania trzeba zmuszać wizją kar i nagród. Wciąż powtarzane są frazesy, że szkoła może wyrównać nierówności społeczne, gdy będzie taka sama dla wszystkich i nadzorowana przez biurokratyczne, odczłowieczone procedury. Dopóki tak będziemy myśleć, a do placówek będą wprowadzone metody znane z tego, że są opresyjne, szkoły jeszcze bardziej upodobnią się do reliktów przeszłości.

'W dużych miastach w szkołach jest zatrudniony psycholog, pedagog. Uczniowie mają wsparcie. Ale już na wsiach, w małych miejscowościach to jest rzadkość. Tam bardzo często nauczyciele są zdani tylko na siebie, na swoją wiedzę, doświadczenie, intuicję''W dużych miastach w szkołach jest zatrudniony psycholog, pedagog. Uczniowie mają wsparcie. Ale już na wsiach, w małych miejscowościach to jest rzadkość. Tam bardzo często nauczyciele są zdani tylko na siebie, na swoją wiedzę, doświadczenie, intuicję' Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Jeśli kara nie działa, wymyśla się mocniejsze, skuteczniejsze

Nikt z moich kolegów i koleżanek nie chciał w wakacje wracać do przedszkola, w którym straszono nas karami za każde przewinienie. Z tego miejsca zapamiętałam tylko strach. W moich latach szkolnych nie było idealnie, zdarzało się, że wysyłano nas do kąta, albo w ramach kary musieliśmy przepisywać książki. Znosiliśmy to i cieszyliśmy się, że nie mamy jeszcze tak źle, jak mieli nasi rodzice i dziadkowie. Oni regularnie, nawet za najdrobniejsze przewinienia, dostawali linijką po łapach, siedzieli w oślich ławach, byli szarpani za uszy i włosy, za karę nie stali w kącie, tylko klęczeli, często z podniesionymi rękami.

Kary w szkołach nie są niczym nowym. Wiadomo jednak, że są to metody nieskutecznie. O nieskuteczności tych metod powstało bardzo dużo prac naukowych i badawczych.

"Ludzie, którzy widzą, że kara nie działa, wymyślają coraz mocniejsze kary. Każda kara traci na wartości, dziecko przyzwyczaja się do niej i uczy się sobie z nią radzić. To powoduje, że pojawia się pokusa tego, żeby zastosować mocniejszą karę, skoro ta poprzednia nie robi wrażenia. To może doprowadzić do eskalacji, w której bardzo łatwo sięga się po coraz bardziej przemocowe metody" - czytamy we wpisie psycholożki, autorki wielu książek dla rodziców w duchu porozumienia bliskości, Agnieszki Stein.

Na początki XX wieku szkoła była instytucją opresyjną i brutalną. O prawach uczniów i uczennic nie było wówczas mowy. Zachowało się sporo wspomnień, książek, opracowań o tym, jak uczniowie czuli się w szkołach.

Emil Zegadłowicz, poeta, powieściopisarz i dramaturg w "Zmorach, upiorach z zamierzchłej przeszłości" opisywał, co działo się w szkołach na przełomie wieków. Każdy opiekun klasy na pierwszym spotkaniu z powierzoną sobie młodzieżą informował uczniów, jakim karom będą podlegali, jeśli nie będą przestrzegać regulaminu. Co dokładnie mówił?:

"Jestem waszym gospodarzem klasy, mnie i was spotkało to nieszczęście. Ale ja sobie dam rady, nie takim dawałem rady. Za brojenie karcer, za lenistwo karcer, a w ogóle powyrzucam wszystkich za drzwi – hołoto!"

Dzisiaj dzieci mają większe prawa, rodzice są bardziej świadomi i nikt z pracowników szkół nie może uderzyć dziecka. Nie zdarza się, aby w szkołach wymierzano dzieciom surowe kary. Wierzę, że tak zostanie. A odpowiedzią na kłopotliwe zachowania uczniów i uczennic będzie pomoc i opiekuńczość. I empatia.

*

Treść nowej ustawy o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich tutaj.

Obowiązująca ustawa o postępowaniu w sprawach nieletnich jest z roku 1982. Nowa treść ustawy proponowanej przez Ministerstwo Sprawiedliwości budzi sporo wątpliwości. M.in. zapisy dotyczące roli szkół w procesie resocjalizacji. Naukowcy, edukatorzy, nauczyciele, Związek Nauczycielstwa Polskiego, Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty, Stowarzyszenie Umarłych Statutów sprzeciwiają się temu, aby dyrektorzy placówek oświatowych mogli karać uczniów w zakresie podobnym, jak dziś robią to sądy rodzinne.

Więcej o: