Nauczycielka o wypaleniu zawodowym: Niektórzy nie wytrzymują w szkole nawet roku

Joanna Biszewska
- Młodzi nauczyciele nie garną się do zawodu, wielu z nas zastanawia się nad zmianą pracy. Ci starsi są zrezygnowani i wypaleni, chcą jakoś dotrwać do emerytury i mieć już spokój. Wybiera się bierność. Schować głowę w pasek i się nie wychylać - nauczycielka opowiada o tym, że od 2019 r. czyli od momentu strajku nauczycieli, nastroje wśród kadry nauczycielskiej, z roku na rok, są coraz gorsze.

Joanna Biszewska: Waha się pani, czy odejść z zawodu. Nie jest pani jedyną nauczycielką, która ma takie myśli.

Nauczycielka w szkole ponadpodstawowej, 20 lat pracy: Ta myśl we mnie dojrzewa, chyba od trzech lat.

Znalazłam pani wpis na jednym z nauczycielskich forów. Napisała pani, że jest zawiedziona, jak traktuje się nauczycieli.

Przyczynia się do tego nie tylko kryzys szkolnictwa, ale okropny hejt na nauczycieli.

Nieroby, im się nic nie chce, mają wakacje - pod każdym tekstem o nauczycielach, czytam takie komentarze.

Niestety, ten hejt jest też między nami, nauczycielami. Jest walka o każdą nadgodzinę. Są tarcia między nauczycielami tych samych przedmiotów.

Dlaczego?

U nas pensje nie są zróżnicowane w zależności od wykonywanych obowiązków. Nauczyciele przedmiotów zawodowych i ogólnokształcących, zarabiają podobnie do nauczycieli wychowania fizycznego, katechetów i bibliotekarzy. A wiadomo, że nie wszyscy poświęcamy tyle samo czasu na szkolne obowiązki. Do tego szkolnictwo jest bardzo upolitycznione i od tego zależą dodatki motywacyjne i inne gratyfikacje.

To się odczuwa?

Nauczyciele odchodzą z najstarszych związków zawodowych, bo wiedzą, że należąc do nich, będą dostawali mniej nadgodzin, będą mieli obniżane dodatki motywacyjne.

Ludzie, którzy nie są z właściwego obozu politycznego, mają po kilkanaście okienek w tygodniu, dyżury na korytarzu i mało nadgodzin. Odkąd dziennik elektroniczny wszedł do szkół, my się praktycznie już nie spotykamy w pokoju nauczycielskim, nie mamy ze sobą kontaktu. Pandemiczna izolacja też zrobiła swoje.

Jaka jest atmosfera w pani placówce po dwóch latach nauczania zdalnego?

Czuję wyobcowanie, obojętność, strach. Kierownictwo zatraciło autonomiczność. Mam wrażenie, że w mojej szkole najważniejsze jest teraz celebrowanie uroczystości patriotycznych i religijnych, koniecznie z wykonaniem zdjęć i zaproszeniem gości. Na to fundusze, jakoś się znajdują. Katecheci są pod specjalną ochronką.

W jakim sensie?

Uczniowie przez wiele lat uciekali z lekcji religii, które były na pierwszych i ostatnich lekcjach. Znaleziono jednak na to sposób. Przeniesiono religię w środek dnia, a przedmioty ogólnokształcące odbywają się na ósmej godzinie lekcyjnej. Katecheci dostają nagrody finansowe od dyrekcji, samorządów i odznaczenia resortowe, my nie wiemy za co. Jakie mają być nastroje społeczne w gronie pedagogicznym?

Dla palących problemów edukacji wciąż brakuje rozwiązań?

Uczniowie i uczennice potrzebują wsparcia psychologicznego i indywidualnego podejścia. Jak to zrobić przy przeładowanej podstawie programowej, popandemicznej traumie w izolacji i kiepskich relacjach międzyludzkich?

Ile zarabia nauczycielka z 20-letnim stażem?

3700 zł netto z dodatkiem motywacyjnym - dodatek ulega zmianie. To jest bez nadgodzin. Z nadgodzinami 500 - 800 zł więcej - zależy, ile godzin przypadnie w miesiącu. Nie w każdym roku szkolnym są nadgodziny.

Przy obecnych podwyżkach i cenach to nie są pieniądze, za które można godnie wyżyć.

Po wprowadzeniu Polskiego Ładu otrzymuję wynagrodzenie o 200 zł mniejsze, a pracy przybywa. Po osiągnięciu stopnia awansu nauczyciela dyplomowego pensje się zatrzymują, to też nie motywuje. Młodzi nauczyciele, którzy przychodzą do zawodu, mają najniższą krajową. Po paru miesiącach nie wytrzymują, odchodzą do branż, w których lepiej się zarabia.

Czyli gdzie?

Językowcy najczęściej zostają w branży edukacyjnej, zakładają szkoły językowe, tradycyjne i online, udzielają korepetycji. Idą pracować do branży turystyczno-hotelarskiej. Informatycy w ogóle są w świetnej sytuacji, oni nie mają żadnych problemów ze znalezieniem pracy. Nauczyciele przedmiotów zawodowych znajdują pracę w zakładach produkcyjnych, przemysłowych i budowlanych.

A pozostali?

Nauczyciele wychowania fizycznego zakładają kluby i prywatne szkółki sportowe z różnych dyscyplin. Biolodzy - jeśli ukończyli biologię laboratoryjną - odchodzą do firm farmaceutycznych, jest sporo firm, które poszukują biologów molekularnych czy ludzi po biotechnologii - ale muszą być jeszcze młodzi - później szanse maleją.

W najmniej komfortowej sytuacji są poloniści, matematycy, fizycy, biolodzy pedagogiczni, chemicy i geografowie. Jednocześnie nauczycieli tych przedmiotów najwięcej brakuje, szczególnie w większych miastach.

Zawsze mogą udzielać korepetycji.

Może w dużych miastach. W tych mniejszych już nie ma aż takiego zapotrzebowania na korepetycje. Poza tym ubywa uczniów liceum i technikum, absolwenci szkół podstawowych wybierają szkoły branżowe I stopnia. Mało z nich wybiera się na studia. Korzystają z korepetycji najczęściej w sytuacjach zagrożenia oceną niedostateczną. Jest mniej uczniów, widać to po nauczaniu zdalnym.

Rzucili szkoły? Nie chcą kontynuować nauki?

W szkole, w której uczę, są uczniowie, którzy nie wrócili do nauki stacjonarnej po czasie lekcji zdalnych. Młodzież pełnoletnia podjęła pracę, wielu, którzy zostali, pracują popołudniami i w weekendy.

Nie wszyscy z uczniów, którzy zostali w szkole, deklarują chęć przystąpienia do egzaminu maturalnego z przedmiotów ogólnokształcących. Musimy jeździć po szkołach podstawowych na tzw. prezentacje naszej szkoły i zachęcać dzieci, aby przyszli do nas się uczyć.

Jaką ma pani frekwencję na lekcjach?

Zazwyczaj jest tak, że około 60 proc. uczniów klasy bierze udział w lekcji. Nie ma znaczenia, jaka jest to klasa, jaki przedmiot. Są uczniowie, którzy w szkole figurują tylko na liście uczniów lub uczestniczą w wybranych przez siebie lekcjach. Nie można ich sklasyfikować, bo częściej ich w szkole nie ma, niż są.

Jak to możliwe?

To są często uczniowie niedopilnowani w domu, z rodzin nieudolnych wychowawczo, w których nikt o dzieci nie dba. Często są to uczniowie, którzy już mają konflikt z prawem.

'Od lat proszę już kolejnego dyrektora o pomoce naukowe i remont sali lekcyjnej, nie ma funduszy. Kiedy chcę coś uczniom pokazać, odwracam psujący się laptop ekranem w ich stronę''Od lat proszę już kolejnego dyrektora o pomoce naukowe i remont sali lekcyjnej, nie ma funduszy. Kiedy chcę coś uczniom pokazać, odwracam psujący się laptop ekranem w ich stronę' Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl

I co się robi, kiedy uczniowie nie pojawiają się w szkole?

Na początku działamy polubownie. Wysyłamy do rodziców zawiadomienia, dzwonimy, zapraszamy do szkoły. Jeśli, po wielu próbach, nie udaje nam się skontaktować z rodzicami, musimy zawiadomić sąd rodzinny. Za spełnienie obowiązku szkolnego dziecka do 18 r. życia odpowiadają rodzice i opiekunowie prawni. To ich zawiadamiamy o tym, że dzieci nie pokazują się w szkole.

W przypadku braku reakcji ze strony rodziców organ prowadzący szkoły we współpracy z sądem może zażądać od rodziców zwrotu subwencji oświatowej. Tylko zanim do tego dojdzie, mija sporo czasu. Jest to nowa procedura, o której nie wszyscy jeszcze wiedzą.

Szkoły nie chcą tracić subwencji oświatowych.

Przyjmują różnych uczniów, do szkół ponadpodstawowych trafiają dzieci, które nie potrafią poprawnie czytać, czytelnie pisać, swobodnie wysławiać się, mają liczne orzeczenia i ograniczenia.

Przecież mamy klasy integracyjne, dla wszystkich dzieci powinno znaleźć się miejsce w szkołach, nawet jeśli są to dzieci z problemami. Szkoły specjalnie to nie zawsze najlepsze wyjście, to wiemy z pedagogiki i psychologii.

W zeszłym roku trafiły do naszej szkoły dzieci, które podstawówkę kończyły zdalnie. Sporo z tych dzieci ma orzeczenia, czasami o niepełnosprawności, różne opinie z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Te opinie zostały w większości przed nami zatajone, rodzice nie składali ich z podaniami.

Gdyby nauczyciele wiedzieli o problemach uczniów, mogliby wypracować bardziej indywidualne podejście do nich.

Gdybyśmy wiedzieli, że dzieci mają kłopoty, jako nauczyciele, przygotowalibyśmy się, dostosowalibyśmy wcześniej nasze wymagania do możliwości dzieci. Nie mając takiej szansy, dostajemy ucznia z orzeczeniem, z dysfunkcjami, nie wiemy o tym i dziecko na półrocze ma jedenaście jedynek. Wówczas rodzice przynoszą do szkoły dokumenty z poradni. I dostajemy informację, że dziecko ma np. opóźniony rozwój psychoruchowy. Albo, że jest w spektrum autyzmu, ma dysortografię i dyskalkulię. Dowiadujemy się o tym za późno.

Pojawia się kolejny stres, dostosowanie wymagań i narastająca biurokracja, bo przecież musimy rozliczać się z pracy z taką młodzieżą. Oczywiście nikt nas nie uczy, jak mamy to robić, więc jest to fikcja na papierze. Pedagodzy szkolni sobie nie radzą, a co dopiero my, laicy.

Jaka jest przyszłość takich uczniów, którzy na półrocze mają po kilka, kilkanaście jedynek?

Szkoła nie ma pomysłu na dzieci z problemami. Żeby nie tracić subwencji oświatowej, przepycha się takie dzieci z klasy do klasy

Wielu uczniów izoluje się sama, brakuje im kontaktu z rówieśnikami i nauczycielem, mimo że jesteśmy przez 45 minut w jednym pomieszczeniu. Pojawiła się u nich fobia szkolna. Uczę już wiele lat i nikt nie przygotowywał mnie do tego, jak pracować z dziećmi i młodzieżą, które mają problemy z czytaniem, pisaniem, mówieniem i funkcjonowaniem w grupie. Nie jestem oligofrenopedagogiem. Podobnie jest z wychowawstwem, też nikt nas do tej roli nie przygotowuje.

A to nie jest tak, że do roli wychowawcy się dorasta, że wraz z doświadczeniem zawodowym te umiejętności się nabywa?

Wychowawstwo dostają nauczyciele, którzy mają rok, dwa lata stażu. Nie uczestniczą wcześniej w pracach wychowawczych bardziej doświadczonych nauczycieli, nie wiedzą jak to robić.

Kończy się na tym, że rola wychowawcy ogranicza się do tego, aby wpisać plan lekcji do dziennika, przeprowadzić nudną lekcję wychowawczą, odebrać telefon od rodzica lub do niego zadzwonić albo wysłać pismo, przeprowadzić wywiadówkę stacjonarnie lub online. Nie weryfikuje się predyspozycji nauczyciela do tego, czy może być wychowawcą.

'Od wielu lat nie było w naszej szkole żadnego studenta na praktykach. Zastąpią nas może emeryci, którzy jeszcze chodzą, widzą i słyszą. My nie dajemy już rady. Straszny żal. To kawał naszego życia, jak je zostawić?''Od wielu lat nie było w naszej szkole żadnego studenta na praktykach. Zastąpią nas może emeryci, którzy jeszcze chodzą, widzą i słyszą. My nie dajemy już rady. Straszny żal. To kawał naszego życia, jak je zostawić?' fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl

Tych telefonów od rodziców jest na pewno sporo. Wiele razy słyszałam od nauczycieli o tym, że rodzice są roszczeniowi.

Roszczeniowi lub obojętni. Ale rodzic ma zawsze rację - taka tendencja jest w szkołach od wielu lat. Wkrótce nauczyciele będą sami ustawiać się do kąta za karę, aby zadowolić rodzica. Dyrekcja też młodego nauczyciela nie obroni w konfrontacji z rodzicem.

Rozumiem, że chodzi o to, że pewne obowiązki w szkole muszą być wykonane. Nauczyciele powinni się temu poddać, bez względu na to, czy są bardziej lub mniej do tego przygotowani.

Podczas nauczania zdalnego uczniowie nie mieli obowiązku, aby ich kamery były włączone. Wielu uczniów brak frekwencji i bierny udział w lekcji tłumaczyło zepsutym mikrofonem, brakiem kamerki czy słabym internetem. Nie mieliśmy kontroli, czy uczeń jest obecny na lekcji po sprawdzeniu frekwencji. Większości zależało tylko na jej zdobyciu. Plony tych działań widzimy obecnie.

To znaczy?

W zeszytach braki od listopada, a jest marzec. Oddawanie pustych kartek ze sprawdzianów pisemnych. Jeden zeszyt do kilku przedmiotów, brak podręczników na lekcji i wszędobylskie telefony komórkowe. Złe wyniki egzaminów i brak promocji do następnej klasy. Obowiązki leżą też po stronie ucznia! Niestety, mam wrażenie, że wymagania są tylko względem nauczycieli.

Uczniowie robią, co chcą?

Wiem od koleżanek z innych szkół, w których nauczyciele mieli obowiązek włączania kamerki, że jeden z uczniów podczas lekcji zdalnych robił zrzuty ekranu. Przerabiał później te zdjęcia z wizerunkiem nauczycieli na treści pornograficzne. Wysłał to do kilku nauczycieli wraz z obraźliwymi komentarzami. Niewielu pedagogów zgłosiło tę sprawę do dyrekcji i złożyło zawiadomienie do prokuratury.

Dlaczego nie zgłaszali?

Domyślam się, że nie chcieli mieć kłopotów, nie chcieli się afiszować, nie chcieli zawalczyć o swoje dobre imię. Niektórzy z nich obwiniali siebie za tę sytuację, uznali, że pewnie są złymi nauczycielami, skoro uczeń pozwala sobie na takie wybryki. Też bardzo się wstydzili.

Myślę, że ludzie w naszej grupie zawodowej często boją się wychylać, chowają głowy w piasek. Nie chcą mieć kłopotów, wybierają bierność

Nikt nie lubi chodzić na przesłuchania i uczestniczyć w postępowaniu sądowym. Uczniowie w takich sytuacjach dostają adwokata, nauczyciele takiego wsparcia z urzędu już nie mają, a przecież mają statut funkcjonariusza publicznego.

Kto pani pomaga w momentach kryzysowym, może pani liczyć na jakąś pomoc, np. psychologa?

Ja już nawet nie myślę, że potrzebowałabym wsparcia psychologa. Ci z nas, którzy mają rodziny, jakoś dają sobie radę, mamy wsparcie w domu. Ja marzę np. o tym, żeby przyjechał do mnie metodyk, zaobserwował moją lekcję i podpowiedział mi, co i jak mogę zrobić inaczej, nowocześniej, lepiej, jak prowadzić lekcje, aby uczniowie i uczennice przychodzili na nie z chęcią i z zainteresowaniem. Jak mogę to zrobić tylko z kredą i tablicą? Jest przecież XXI wiek!

W tym roku wypalenie zawodowe wpisano do Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych. Wiem, że w pani grupie zawodowej dużo ludzi odczuwa zmęczenie, niskie poczucie własnej wartości, problemy z koncentracją. Kiedy to się zaczęło?

Od strajków nauczycieli w 2019 r. Po tej akcji wielu strajkujących nauczycieli ukarano. Ucinano nam dodatki motywacyjne, zabierano nadgodziny, nie wypłacano wynagrodzenia. Nie przydzielano wychowawstw. To nam bardzo podcięło skrzydła. Nikt po strajku nie zatroszczył się o to, aby nas nie karać. Kolejnego takiego zrywu już nie będzie.

Czuję w pani wypowiedziach sporo goryczy.

Myślę, że nie jestem w swoich opiniach odosobniona. Ja wiem, że wielu z nas od lat przeżywa wypalenie zawodowe, jesteśmy zrezygnowani. Nikogo to nie interesuje.

Od lat proszę już kolejnego dyrektora o pomoce naukowe i remont sali lekcyjnej, nie ma funduszy. Kiedy chcę coś uczniom pokazać, odwracam psujący się laptop ekranem w ich stronę. Pomimo moich wieloletnich próśb nie ma w szkole pieniędzy na to, aby wyposażyć pracownie przedmiotów ogólnokształcących, mimo że rozporządzenie ministerialne wydało adekwatne standardy pozwalające na realizację podstawy programowej.

I jest ciągłe odbijanie piłeczki w stronę samorządów w sprawie finansów. Do dyspozycji mam więc od lat tylko kredę, tablicę i laptop - bo jest dziennik elektroniczny. Stare i nieaktualne pomoce zalegają w zapleczach. Nie mam już skąd czerpać inspiracji, poczucie misji zawodu też po latach walki z wiatrakami nie daje mi napędu do działania. Wszędobylski brak respektu, kultury i zrozumienia – to codzienni towarzysze mojej pracy.

'W szkole, w której uczę, są uczniowie, którzy nie wrócili do nauki stacjonarnej po czasie lekcji zdalnych. Młodzież pełnoletnia podjęła pracę, wielu, którzy zostali, pracują popołudniami i w weekendy''W szkole, w której uczę, są uczniowie, którzy nie wrócili do nauki stacjonarnej po czasie lekcji zdalnych. Młodzież pełnoletnia podjęła pracę, wielu, którzy zostali, pracują popołudniami i w weekendy' Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl

To, co będzie z dziećmi, skoro pani grupa zawodowa jest w tak złej kondycji psychicznej?

Młodzi nauczyciele nie garną się do zawodu, wielu zastanawia się nad zmianą pracy, ci starsi są zrezygnowani i wypaleni, chcą jakoś dotrwać do emerytury i mieć już spokój. Wygląda na to, że dobra edukacja stanie się dobrem luksusowym, tylko dla tych, których będzie na to stać.

Od wielu lat nie było w naszej szkole żadnego studenta na praktykach. Zastąpią nas może emeryci, którzy jeszcze chodzą, widzą i słyszą. My nie dajemy już rady. Straszny żal. To kawał naszego życia, jak je zostawić?

Nasza rozmówczyni jest nauczycielką z 20-letnim doświadczeniem pracy w szkole ponadpodstawowej. Uczy w niewielkiej miejscowości. Od dłuższego czasu myśli o tym, aby odejść ze szkoły. Jej koleżanki po fachu również przygotowują się do tego, aby pracować w innych branżach. Na serwisach społecznościowych w grupach nauczycielskich codziennie toczą się dyskusje o perspektywach pracy poza szkolnictwem. W polskich szkołach brakuje kadry. Tylko w wojewódzkie mazowieckim jest ponad 1000 ofert pracy dla nauczycieli. Nie ma chętnych.

Do polskich placówek dołączają w ostatnich tygodniach dzieci z Ukrainy. Aby stworzyć nowe klasy dla tych dzieci, dyrektorzy szkół będą mogli przydzielić nauczycielom godziny ponadwymiarowe ponad obecny limit 1,5 etatu. Wcześniej nauczyciele muszą się na to zgodzić. Według specustawy dyrektorzy szkół, aby załatać braki kadrowe, będą mogli zatrudniać nauczycieli pobierających świadczenie kompensacyjne (nauczycielską emeryturę pomostową). W szkołach, w których w tym roku zostanie utworzona klasa dla ukraińskich uczniów, będzie można zatrudnić osobę nieposiadającą obywatelstwa polskiego. Aby dostać posadę pomocy nauczyciela, wystarczy znać język polski w mowie i piśmie w stopniu umożliwiającym pomoc uczniom nieznającym naszego języka. Innych wymagań nie będzie.

Więcej o: