Tata dziewczyny z renomowanego liceum: Wymieniamy się numerami do psychiatrów i korepetytorów [LIST]

- Słyszałem o wielu próbach samobójczych licealistów z prestiżowych szkół. O tym się nie pisze w mediach. Niektórzy trafiają przed maturą do szpitali psychiatrycznych, bo kompletnie nie radzą sobie z tym, że zawsze byli najlepsi, a nagle okazało się, że nie dają sobie rady - pisze w liście do redakacji tata licealistki.

W tekście "Jak powstają rankingi? "Wykopuje się ucznia ze szkoły, żeby nie zaniżał statystyk" pisaliśmy o tym, że niektóre licea budują swój prestiż na takich mechanizmach, żeby odrzucić uczniów, którzy mogą ten prestiż obniżyć. Jak odrzucają? Różnie. Nie dopuszczają do matury rozszerzonej, uczniowie dyskretnie są proszeni o to, aby zmienili szkołę.

Publikowany poniżej list jest reakcją na nasz tekst. Nasz rozmówca jest tatą trzecioklasistki, zgodził się na publikację listu, ale prosił o zachowanie anonimowości ze wglądu na dobro córki, jej koleżanek i kolegów. Jego córka uczy się w renomowanym liceum.

"Nauczyciele jedną ręką piszą na tablicy, a drugą ręką ścierają"

Ilość materiału i tempo przerabiania tego materiału jest zawrotne. Córka jest w trzeciej klasie, czasami w tygodniu wygospodaruje godzinkę, żeby iść na trening. Czasami się spotka z koleżankami. To są bardzo rzadkie momenty w jej życiu.

Lekcje są prowadzone na zasadzie wykładu, w szkole  nie robi się zadań, doświadczeń, nie docieka. Jak to wygląda w praktyce? Nauczyciele jedną ręką piszą na tablicy, a drugą ręką ścierają. Jak uczniowie zdążą przepisać z tablicy, to jest dobrze.

Jeżeli ktoś w zeszłym roku szkolnym  nie miał  korepetycji, albo nie ma rodziców naukowców lub specjalistów z danej dziedziny, to w tym roku szkolnym nie radzi sobie w szkole.

Nauczycieli przeszłość nie interesuje, na pewno nie to, że cały zeszły rok uczniowie przesiedzieli w domu przed komputerami na lekcjach zdalnych. Oni traktują swoich uczniów i uczennice tak, jakby w ogóle nie było zdalnego i nauczanie odbywało się w sposób stacjonarny i na odpowiednim, czyli bardzo wysokim poziomie.

"W klasie córki wszyscy uczniowie mają korepetycje"

Córka bardzo dużo czasu poświęca na samodzielną naukę. Cztery, pięć godzin dziennie, oczywiście łącznie z weekendami. Ma korepetycje z dwóch przedmiotów. Przydałyby się też z innych, ale nie ma już na to czasu. Nie wszystkich też na to stać. Poza tym dobrych korepetytorów dla licealistów z prestiżowych szkół nie ma na rynku wielu.

Rozmawiałem z kilkoma, do których dostałem kontakty, mówili, że mają przynajmniej cztery telefony dziennie od rodziców, których dzieci potrzebują pomocy. Muszą odmawiać. Nie ma specjalistów, którzy znają i rozumieją specyfikę czołowych liceów. Są nieliczni, bardzo oblegani. Dostanie się do nich na prywatne lekcje graniczy z cudem.

W klasie córki wszyscy uczniowie mają korepetycje, przynajmniej z dwóch przedmiotów, ale nie wszyscy się do tego przyznają. Nie chcą, żeby nauczyciele ze szkoły się o tym dowiedzieli. To nie zawsze jest miło widziane. Może dlatego, że korepetytor jest w stanie zweryfikować to, co robi nauczyciel i jakie są umiejętności ucznia.

'Kiedy koledzy i koleżanki córki zgłosili, że chcą podejść do matury rozszerzonej, to nagle zaczęli dostawać jedynki w zatrważającym tempie pomimo korepetycji i ogromnego nakładu nauki. Niektórzy z nich już odpuścili, nie dali rady. Wycofali się z matury rozszerzonej i nauczyciele dali im spokój''Kiedy koledzy i koleżanki córki zgłosili, że chcą podejść do matury rozszerzonej, to nagle zaczęli dostawać jedynki w zatrważającym tempie pomimo korepetycji i ogromnego nakładu nauki. Niektórzy z nich już odpuścili, nie dali rady. Wycofali się z matury rozszerzonej i nauczyciele dali im spokój' Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl

Słyszałem od innych matek i ojców, że nauczyciele z lekcji prywatnych mówił im, że ich dzieci wszystko rozumieją, wszystko umieją, a mimo to dostają oceny niedostateczne. Dlaczego? Bo w szkole sama wykuta wiedza nie wystarcza. Trzeba jeszcze umieć rozwiązywać testy na czas. Te dwóje biorą się stąd, że się nie wyrabiają.

Na sprawdzianach i testach dostają bardzo trudne zadania i na ich rozwiązanie mają ekstremalnie mało czasu. Skończyłem uczelnię techniczną, orientuję się w przedmiotach ścisłych. Widziałem niektóre zadania z matematyki, są trudniejsze niż te na maturze rozszerzonej. A mimo to, na klasówkach czasu na ich rozwiązanie jest o połowę mniej niż na egzaminie dojrzałości. Na maturze uczniowie mają około 12 minut na zadanie z matematyki, na sprawdzianie w klasie 5-6 minut. Wiedza, zdolności i umiejętności nie wystarczą. Wszystko trzeba robić na czas, bardzo szybko.

"Nagle zaczęli dostawać jedynki w zatrważającym tempie"

Wielu licealistom bardzo zależy na maturze rozszerzonej, bo dzięki niej mogą zdawać na wybrane przez siebie kierunki. Zwykła matura zamyka drzwi do wielu uczelni. Uczniom, którzy zadeklarowali, że chcieliby przystąpić do matury rozszerzonej, nauczyciele stawiają wyższe wymagania na klasówkach. Czasami tak wysokie, że się poddają i zmieniają szkołę.

Kiedy koledzy i koleżanki córki zgłosili, że chcą podejść do matury rozszerzonej, to nagle zaczęli dostawać jedynki w zatrważającym tempie pomimo korepetycji i ogromnego nakładu nauki. Niektórzy z nich już odpuścili, nie dali rady. Wycofali się z matury rozszerzonej i nauczyciele dali im spokój.

Ocenę szkół kształtują rankingi. Rodzicom przyszłych licealistów wydaje się, że ranking jest wyznacznikiem jakości szkoły. Nie jest. Jest wyznacznikiem zdawalności matur na odpowiednim poziomie. Te rankingi nie mówią nam o tym, ilu uczniów z liceum dostało się na wybrane uczelnie wyższe, tylko informują nas o tym, jaki jest średni poziom na maturze, czyli ilu uczniów zdało i na jakie oceny.

Renomowane szkoły, aby nie spaść w rankingu na niższe miejsca, nie dopuszczają do rozszerzonej matury uczniów, którzy nie zagwarantują im wyniku z egzaminu powyżej 90 proc. Zrobią przesiew, dopuszczą wyselekcjonowaną garstkę. W innych szkołach średnich - nie tych topowych - uczeń czy uczennica spokojnie mogliby przystąpić do matury rozszerzonej, dostaliby dodatkowe punkty, które pozwoliłyby im dostać się na wymarzony kierunek.

"Atmosfera w szkole jest nijaka"

Nie ma czegoś takiego jak poczucie wspólnoty, nie ma robienia wspólnych projektów, podczas których uczniowie i uczennice muszą się spotkać, żeby coś razem zrobić, a potem wspólnie swój projekt obronić. Jest wyścig szczurów. Do mety dobiegnie ten, kto więcej obłoży się korepetycjami i potrafi rozwiązywać testy na czas. Szkoła jest jak korporacja, w tym złym znaczeniu tego słowa. Dużo jest przecież korporacji, które fajnie podchodzą do pracowników, ale są też takie, w których liczy się tylko wynik, nic więcej. W szkole córki to jest wynik matur. Inne rzeczy są zupełnie nieistotne.

Dobro psychiczne uczniów, wzmacnianie postawy, aby czuli się świadomymi obywatelami, integracja, rozbudowywanie dobrych cech - tego nie ma. Uczniowie najlepszych szkół z rankingu mają być bardzo dobrzy ze wszystkiego, żeby nie zaniżali średniej na maturze. Jest atmosfera strachu, strachu przed tym, czy zostanie się dopuszczonym do matury rozszerzonej, czy zostanie się stłamszonym, po to, aby zrezygnować z pomysłu zdawania matury rozszerzonej.

Z rodzicami dzieci z klasy córki wymieniamy się trzema kontaktami. Do dobrego korepetytatora, dobrego psychologa i dobrego psychiatry. W takiej kolejności. Nasze dzieci są w złej kondycji psychicznej. Mają co prawda rewelacyjną wiedzę encyklopedyczną, ale to ich psychicznie nie wzmacnia.

Są zagonieni, zestresowani, niedospani, mają poczucie ogromnej presji. Przez to zaczynają być agresywni, najczęściej agresję kierują na siebie samych.

"W kieracie jeszcze jakoś funkcjonują, odtwarzają schematy, wyuczają się"

Słyszałem o wielu próbach samobójczych licealistów z prestiżowych szkół. O tym się nie pisze w mediach. Niektórzy przed maturą trafiają do szpitali psychiatrycznych, bo kompletnie nie radzą sobie z tym, że zawsze byli najlepsi, a nagle okazało się, że nie dają sobie rady, nie rozumieją, co się od nich chce.

Kiedy człowiek znajdzie się w skrajnej sytuacji, bo ktoś chce do niego strzelać, to nagle nieruchomieje, przestaje myśleć. I podobnie dzieje się z psychiką licealistów. Kiedy są w kieracie, to jeszcze jakoś funkcjonują, odtwarzają schematy, wyuczają się. Ale kiedy wchodzą do prawdziwego życia, są już wypaleni, nie ma w nich entuzjazmu, nie wiedzą jak radzić sobie z problemami życia codziennego. Nieruchomieją.

30. Finał WOŚP poświęcony jest okulistyce. Przez naukę zdalną w pandemii wiele dzieci ma problemy ze wzrokiem30. Finał WOŚP poświęcony jest okulistyce. Przez naukę zdalną w pandemii wiele dzieci ma problemy ze wzrokiem Fot. Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.pl

"Nauczyciele są różni. Niektórzy są bardzo postępowi, odchodzą do szkół prywatnych"

Od licealistów topowych szkół wymaga się, żeby ze wszystkich przedmiotów mieli kosmiczne wyniki. Byli świetni z polskiego, informatyki, matematyki i biologii. W tym wyścigu zapomina się, że przyszli absolwenci nie muszą być specjalistami od wszystkiego. Nie ma takiej możliwości, żeby człowiek był we wszystkim doskonały.

Rodzice są różni. Są tacy, którzy są nieświadomi. Naciskają na dzieci, uważają, że jeszcze za mało się uczą, dlatego mają gorsze oceny. Nie rozumieją, że celem szkoły jest ranking, a nie nauczenie i nie to, aby młodzież po maturze dostała się na uczelnie wyższe. Dokładają dzieciom jeszcze więcej korepetycji, bo najważniejsze jest dla nich, żeby ich dzieci skończyły szkołę z jak najlepszymi wynikami.

Widzę też, że część rodziców jednak odpuszcza. Mówią, "dobra, jak skończysz, to skończysz, poszukamy ci studiów prywatnych, tam zdobędziesz zawód i będzie normalniej, będziesz realizował swoje pasje, w których jesteś najlepszy".

Nauczyciele też są różni. Niektórzy są bardzo postępowi, mają fajne podejście do swoich uczniów, potrafią zbudować w nich ciekawość wiedzy. Ale oni często odchodzą do szkół prywatnych, albo w ogóle odchodzą z zawodu, bo nie są w stanie przebić się ze swoimi pomysłami.

"Dobro ucznia nie ma znaczenia"

Gdybym miał jeszcze raz wybierać z córką liceum, nie sugerowalibyśmy się tymi topowymi szkołami z rankingu. To, że szkoła jest w pierwszej dziesiątce, wcale nie znaczy, że lepiej uczy, tylko poprzeczka jest bardzo wysoko postawiona i nic więcej. Dobro ucznia nie ma znaczenia. Dzisiaj wybrałbym takie liceum dla córki, które pasuje do jej przyszłych studiów. Starałbym się skierować dziecko do takiej placówki, w której poziom przedmiotów, które są rozszerzeniami, był dobrze prowadzony, to znaczy dobrze uczony. I aby celem szkoły było wypuszczenie na tyle przygotowanych uczniów w danych dziedzinach, żeby mieli szansę dostania się na odpowiednie kierunki studiów.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Więcej o: