Trener, nauczyciel wuefu: Każdy z nas zna kogoś, kto ma traumę związaną ze sportem

Joanna Biszewska
- Myślę, że większość z nas pamięta, kiedy ktoś z klasy został wyśmiany przez nauczyciela za to, że nie potrafi przeskoczyć przez kozła. Jakby było przyzwolenie na to, że żeby zrobić z kogoś zawodnika, to trzeba go złamać. Nie gnębi się dzieci, które są w dobrej sytuacji życiowej, to się nie udaje. Łatwiej jest znęcać się nad słabszymi - o przemocy psychicznej w polskim sporcie młodzieżowym mówi były zawodnik, trener, nauczyciel wuefu w szkole średniej w mieście wojewódzkim.

Joanna Biszewska: Dlaczego zgodził się pan ze mną porozmawiać na temat przemocy wobec dzieci/młodzieży uprawiających sport?

Nauczyciel, trener: - To wielki problem, który trawi polski sport. Dużym impulsem do zadziałania w tej sprawie był moment, kiedy na jaw wyszła afera w Polskim Związku Kolarskim, gdzie dochodziło do przestępstw na tle seksualnym. Wspomnienia i rozmowy byłych gimnastyczek o przemocy psychicznej też otworzyły nam głowy. Ostatecznym impulsem, który przesądził o tym, że chcę ten temat poruszyć medialnie była sprawa zawodniczek ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łomiankach. Ich trener niszczył je psychicznie przez lata. Wszyscy wiedzieli, ale nikt nie reagował.

Wierzę, że przypadek znanego trenera koszykarek, który poniżał dziewczyny, wyzywał, składał dwuznaczne propozycje, jest niechlubnym wyjątkiem.

Widziałem trenera w akcji, poziom jego bezczelności jest wyjątkiem, ale nie jest wyjątkiem system, który pozwala takim trenerom zaistnieć i latami wykonywać swoją pracę z młodzieżą.

Jakby było przyzwolenie na to, że żeby z kogoś zrobić zawodnika, to najpierw trzeba człowieka złamać. To zaczyna się już na wuefie. Myślę, że większość z nas pamięta, kiedy ktoś z klasy został wyśmiany za to, że nie potrafi przeskoczyć przez kozła.

Każdy - i ja, i pani i ktokolwiek, kogo byśmy na ulicy spytali - zna kogoś, kto ma traumę związaną z wuefem. Szczególnie te osoby, które chodziły do szkoły z początkiem lat 90. i wcześniej. W tamtych czasach takie sytuacje jeszcze uchodziły na sucho.

Dzisiaj świadomość nauczycieli i rodziców jest większa. Za poniżanie uczennicy czy ucznia można dyscyplinarnie stracić pracę. Kiedyś to było nie do pomyślenia.

To były czasy, kiedy w żaden sposób nie przejmowano się uczniem, czy zawodnikiem. Od wielu lat nauczyciele wuefu rezygnują z używania wspomnianego, legendarnego skoku przez kozła. Tego się teraz w szkołach nie robi, dlatego że sprawność młodzieży jest za niska, a poza tym, ludzie się boją tego, że stanie się jakiś wypadek, więc lepiej mieć święty spokój i nie narażać się na konsekwencje.

To, co dzieje się w szkołach jest dzisiaj kontrolowane, w dużym większym stopniu zwraca się uwagę na dobro dzieci i sytuacje przemocowe związane ze sportem czy aktywnością fizyczną należą już naprawdę do rzadkości i są, brutalnie to powiem, mniejszego kalibru, niż miało to miejsce kiedyś.

Jednak na treningach już tak nie jest. Dowodem tego mogą być zeznania byłych zawodniczek klubu w Łomiankach. Jedna z nich powiedziała, że najgorzej miały te dziewczyny, które pochodziły z trudnych domów np. takich, w których była choroba alkoholowa jednego z rodziców, ubóstwo.

Nie gnębi się dzieci, które są w dobrej sytuacji życiowej, bo to się najczęściej nie udaje. Łatwiej jest znęcać się nad słabszymi, osoby znęcające się mają wówczas poczucie władzy absolutnej. Widać to szczególnie w sporcie wyczynowym.

W jaki sposób?

W momencie, kiedy - najczęściej na poziomie szkoły średniej - dziewczyna czy chłopak, wybierze sport jako zawód. Wówczas stają się całkowicie zależni od swoich trenerów, bo to oni decydują czy zawodniczka/zawodnik zrobią karierę, czy nie. To jest wręcz forma niewolnictwa.

Aż tak jest źle?

Trener ma numer telefonu do wszystkich prezesów klubów. Wystarczy, że zadzwoni i powie, że zawodniczka Iksińska, czy zawodnik Kowalski jest dobry, będzie u nich grał. Taka jest ścieżka robienia kariery w sporcie. Albo inaczej, łatwiejszy start do zrobienia kariery. Niestety jest to pokłosie "systemu szkolenia centralnego" ze Szkołami Mistrzostwa Sportowego.

Bardzo słabe.

Tym bardziej że do systemu trafiają często ludzie, którzy mają problemy z radzeniem sobie z emocjami, z poczuciem własnej wartości, muszą mieć poczucie wyższości i władzy. Trafiając do systemu, który premiuje takie zachowania, mamy gotową receptę na katastrofę.

Dla wielu rodzin kariera dziecka w sporcie jest marzeniem. Kiedy rodzice zobaczą, że dziecko jest zwinne, świetnie gra w piłkę, w tenisa, rewelacyjnie pływa, posyłają do sportowej podstawówki lub na profesjonalne treningi w klubach sportowych. A pan teraz mówi, że środowisko szykujące dzieciaki na zawodników jest zepsute.

Ale to nie jest też tak, że zachowania przemocowe, o którym mówimy, da się ukryć. Nie. Te zachowania prędzej czy później wyjdą na jaw. Niestety, wciąż dzieje się tak, że kiedy zawodnicy zaczynają mówić o tym, co dzieje się na treningach, środowisko trenerskie zaprzecza. A dużo łatwiej uwierzyć doświadczonemu, znanemu trenerowi, niż dziecku.

A szkoda, bo dzieci, kiedy już mówią, że cierpią, to znaczy, że tak jest.

Skąd by też miały mieć podstawy do fantazjowania na takie tematy? Młodsze dzieci bardzo często mają ochronę w swoich rodzicach, którzy przychodzą na treningi, na zawody, widzą pewne zachowania.

Największy problem, jeżeli chodzi o przejawy przemocy, jest w sporcie młodzieżowym. To już nie są dzieci, które robią coś, bo mama kazała, tylko to są ludzie, którzy sami pukają do drzwi sportu profesjonalnego. I tu jest największe pole do nadużyć. To właśnie ten czas, kiedy zaczyna się koszmar.

Może, żeby temu zapobiec, na każdym treningu powinien być ktoś niezależny, po to, aby obserwować, co się dzieje.

Z finansowych powodów to jest niewykonalne i chyba też nie bardzo to zawodnikom pomoże. Do nadużyć najczęściej dochodzi w zamkniętych pomieszczeniach, w szatniach, podczas rozmów jeden na jeden np. trenera z zawodniczką.

Poza tym agresywne zachowania trenerów wobec zawodników podczas meczów przy publiczności często nie są dla nikogo problemem. Gdzieś mamy zakodowane - z czasów słusznie minionych - że, na pewnym poziomie, trener musi być agresywny, wulgarny, musi stosować przemoc psychiczną. Wszystko po to, żeby przesuwać zawodnikowi granicę.

Nawet dzisiaj, kiedy tak dużo mówi się o nadużyciach wobec zawodników, studentów, wobec początkujących aktorów, aktorek, baletnic, sportowców, itd.

To myślenie jest wciąż aktualne. W myśl zasady, że na pewnym poziomie, w pewnym momencie, żeby zawodnika stworzyć, najpierw go trzeba złamać. Kiedyś metody ze Związku Radzieckiego działały, mieliśmy setki młodych ludzi, dla których sport to była jedyna szansa wyrwania się z rzeczywistości PRL-u. Oni wiedzieli, że jak już przetrwają to całe bagno, to będą najlepsi na świecie.

A później ci zawodnicy zostali trenerami i przenieśli doświadczenia i wzorce ze swoich treningów na podopiecznych.

Bardzo częsta i bardzo popularna sytuacja. Obecni trenerzy, kiedyś zawodnicy, stosują te same metody, które wobec nich stosowano z gorszym lub lepszym efektem. To jest taki kołowrotek. Robię to, co robił mój trener, a mój trener robił to, bo robił to jego trener. I tak wracamy do ciemnych czasów Średniowiecza.

To może zacznijmy zmiany od edukowania dzieci. Mówmy im, że pewnych granic człowieka nikt nie może przekroczyć.

Powinna być to wiedza dostępna dzieciom, żeby wiedziały, na co trener nie może sobie pozwolić. To nie dotyczy zresztą tylko trenerów. To dotyczy też mnie, jako nauczyciela WF-u, i nauczycieli każdego innego przedmiotu w szkole, wszystkich dorosłych wobec dzieci. Być może, dzięki edukacji dzieci byłoby mniej nadużyć w sporcie młodzieżowym. Bo na tym poziomie jest najwięcej problemów, kiedy dzieciaki zaczynają samodzielnie myśleć.

'Trener ma numer telefonu do wszystkich prezesów klubów. Wystarczy, że zadzwoni i powie, że zawodniczka Iksińska, czy zawodnik Kowalski jest dobry, będzie u nich grał. Taka jest ścieżka robienia u nas kariery w sporcie''Trener ma numer telefonu do wszystkich prezesów klubów. Wystarczy, że zadzwoni i powie, że zawodniczka Iksińska, czy zawodnik Kowalski jest dobry, będzie u nich grał. Taka jest ścieżka robienia u nas kariery w sporcie' Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta

I co myślą?

Że jak ja zniosę pewne sytuacje, których nie chcę, to może to przyniesie efekt. Ale nie powiem mamie czy tacie, bo mam już 15 lat. Więc głupio będzie się skarżyć. Mama wjedzie do szkoły, do klubu, na trening, i wszyscy się dowiedzą, i ja będę pajacem w swoim środowisku.

Nie wiemy w ilu przypadkach, młodzi zawodnicy milczą.

Dlatego, nad instytucjami, które prowadzą szkolenia sportowe, powinien być nadzór. Wiem, że to myślenie kompletnie życzeniowe, bo do takiej sytuacji nie dojdzie. Oficjalnie, z powodów finansowych, mimo że nie są to sprawy finansowo przerażające na poziomie sportu wyczynowego w tym kraju.

To z jakich powodów?

Ze strachu przed utratą pełnej kontroli.

Szkoda.

Druga rzecz, która powinna mieć miejsce i to jest rzecz do zmiany natychmiast, to jest to, aby na jak najniższym poziomie sportowym, do pracy z młodzieżą dopuszczać profesjonalistów. Mam na myśli trenerów mentalnych i psychologów sportowych, fizjoterapeutów, trenerów motoryki. Jest też dużo do zrobienia w temacie edukacji trenerów, bo poziom jest zbyt niski, a braki w edukacji objawiają się tym, że poczucie własnej wartości jest ogromne.

Zawodowo często mam do czynienia z ludźmi, którzy uważają się za superprofesjonalnych, wspaniałych i nie są gotowi na to, żeby uzyskać pomoc od profesjonalistów swojej dziedziny. Czasy, kiedy jedna osoba jest trenerem, psychologiem, masażystą, trenerem motoryki i kierowcą busa powinny już minąć. Sport na świecie tak nie wgląda.

U nas trener wciąż jest dla młodzieży wyrocznią?

I często pod wpływem alkoholu.

Alkohol i sport nie idą ze sobą w parze.

Ogromnym problemem polskiego sportu jest picie. To jest środowisko przesiąknięte problemami alkoholowymi. Bardzo wielu trenerów nie jest w stanie przetrwać stresującego meczu bez alkoholu.

To są ludzie, którzy potrafią napić się kieliszek wódki na rozluźnienie przed meczem i na lepszy nastrój, albo na podtrzymanie dobrego nastroju, po meczu, piją na turniejach młodzieżowych

Sposób na łagodzenie stresu?

Trzeba przyznać, jest to praca, która bywa ogromnie stresująca. Proszę mi wierzyć, że prowadzenie meczu, czy bycie na ławce rezerwowej w meczu o mistrzostwo Polski, czy na zgrupowaniu reprezentacji Polski w koszulce z orzełkiem na piersi, to naprawdę są ogromne emocje. Niektórzy łagodzą je alkoholem. I zawodnicy to widzą.

A po meczu co się dzieje?

Pije się dalej, na bankietach dla trenerów, na których leje się tyle wódki, co na weselach. I nikt mi nie powie, że jeżeli trener skończył imprezę o czwartej rano, na której wypito po pół litra wódki na głowę, to o dziewiątej rano jest trzeźwy i może opiekować się niepełnoletnią młodzieżą. Sam, jeszcze jako zawodnik, miałem na obozach pijanych trenerów.

'Dzięki presji rodziców i otoczenia sport się zmienia na lepsze. Młodzi trenerzy kształcą się, wiedzą gdzie i jak szukać wsparcia i pomocy. Promując profesjonalistów, możemy sprawić że sytuacje o których mówiłem nie będą miały miejsca''Dzięki presji rodziców i otoczenia sport się zmienia na lepsze. Młodzi trenerzy kształcą się, wiedzą gdzie i jak szukać wsparcia i pomocy. Promując profesjonalistów, możemy sprawić że sytuacje o których mówiłem nie będą miały miejsca' Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Rozmawiamy nie po to, żeby nastraszyć młodzież i rodziców, tylko po to, żeby przyjrzeć się, jaka jest sytuacja i może zastanowić się, co możemy zrobić, aby było lepiej.

Może ktoś naszą rozmowę przeczyta i przypomni sobie, że trener dziecka z jakiegoś powodu nie chce z rodzicami rozmawiać i ma mętny wzrok. A jeśli dziecko czy nastolatek mówi nam, że od trenera na treningu lub na obozie było czuć alkohol, to trzeba zareagować.

Dziecko mi mówi, że trener na obozie sportowym popijał piwo wieczorem i mam dzwonić na policję?

Lepiej zareagować przesadnie. Policja, kuratorium oświaty reagują na takie rzeczy natychmiastowo, bo takie zachowanie zagraża bezpieczeństwu. Nie chodzi mi o to, żeby od razu zakładać, że trener jest alkoholikiem, że jest pijący, ale o to, żeby zapewnić dzieciom bezpieczeństwo. Bardzo często rodzice nie zdają sobie sprawy, jak bardzo emocjonalnie obciążająca jest praca trenera.

Dlaczego nie chce pan ujawnić swojego nazwiska?

Jeśli rozmawiałbym teraz pod nazwiskiem, musiałbym pożegnać się z pracą.

To, co pan mówi, nie nastraja optymizmem. Po naszej rozmowie miałabym problem z tym, aby wysłać dziecko na obóz sportowy. A przecież nie o to chodzi. Ja wierzę, że patologie w sporcie młodzieżowym nie są nagminne. Że jest dużo trenerów i trenerek, którzy wiedzą jak pracować z dziećmi i młodzieżą i robią to bardzo dobrze.

Wysyłając dziecko na obóz, zapisując do klubu sportowego, powinniśmy mieć pewność, że działają tam profesjonaliści. Popytać innych rodziców, dowiedzieć się czegoś o osobach, które będą trenowały z dziećmi. Robimy tak w przypadku wielu codziennych usług, róbmy też tu, bo chodzi o psychike dzieci. Jest to szczególnie istotne, jeśli okaże się, że dziecko pójdzie dalej drogą sportu. Miejmy świadomość, że w pewnym momencie sport zajmie mnóstwo czasu, zaangażowania i emocji dziecka. Sprawmy, żeby w takiej sytuacji było pod opieką profesjonalistów.

Na szczęście, dzięki presji rodziców i otoczenia sport się zmienia na lepsze. Młodzi trenerzy kształcą się, wiedzą gdzie i jak szukać wsparcia i pomocy. Promując profesjonalistów, możemy sprawić że sytuacje o których mówiłem nie będą miały miejsca.

Więcej o: