Polonistka: Zdalnie to możemy sobie porozmawiać przez telefon, ale nie uczyć

Joanna Biszewska
- Nie wyobrażam sobie, że kiedy wrócimy do szkół i wejdziemy do klasy, to od razu zabierzemy się za "Pana Tadeusza" czy podmiot i orzeczenie. Nie widzę takiej możliwości ani potrzeby. Obawiam się, że rodzice będą oczekiwali, że po powrocie od razu będziemy uczyć i stawiać stopnie i to jak najlepsze - mówi Małgorzata Próchniak, polonistka z wrocławskiej szkoły podstawowej.

4 marca mija rok od stwierdzenia w Polsce pierwszego przypadku zakażenia koronawirusem. Nikt nie przeczuwał jeszcze wtedy, jak najbliższe miesiące zmienią naszą rzeczywistość pod wieloma względami. Tysiące Polaków straciło bliskich, zmagało się z problemami zdrowotnymi, walczyło o przetrwanie w biznesie i na rynku pracy. Po 12 trudnych miesiącach pokazujemy w Gazeta.pl pandemiczną codzienność z różnych perspektyw. Spoglądamy także w przyszłość - z ostrożnością, ale i nadzieją. Wszystkie teksty na ten temat znajdziesz tutaj.

***

Joanna Biszewska, Co panią ostatnio w szkole wzruszyło?

Małgorzata Próchniak, polonistka z ponad 30-letnim stażem, wrocławianka: Jakiś czas temu wybrałam się do szkoły, miałam coś do załatwienia. Muszę przejść przez całą szkołę, żeby dotrzeć do sali polonistycznej. To przejście przez głuchy korytarz, pustą szkołę z pustymi salami było przygnębiające i przykre. Zrobiłam zdjęcia w klasie, wysłałam do uczniów i uczennic. Zobaczyć salę do polskiego - to była największa atrakcja tamtego dnia.

Tęskni pani za swoimi uczniami?

Wolałabym wrócić do szkoły, być z dzieciakami realnie, byłoby łatwiej i im, i mnie. A poza tym, co to za praca nauczyciela zdalnie? Zdalnie to możemy sobie porozmawiać przez telefon, ale nie uczyć.

Były plany, aby starsze klasy wróciły do szkół w lutym. Teraz już wiemy, że prawdopodobnie cały marzec będą uczyć się zdalnie. Mają już dość?

Jestem przerażona. Dzieciom, które jeszcze do niedawna marzyły o powrocie do szkoły, od kilku tygodni jest już to obojętne. Często na naszych lekcjach rozmawiamy o powrocie i martwi mnie to, że coraz więcej dzieciaków już nie chce wracać do szkoły. Ale nie dlatego, że szkoła jest czymś złym, one się już przyzwyczaiły. Im już jest wszystko jedno. Wszyscy już mamy dosyć, wszyscy.

Wielokrotnie słyszałam o tym, że nauczyciele powinni teraz nie tylko uczyć, ale być też wsparciem psychologicznym dla swoich uczniów. To trudna rola.

Tak i niezbędna. Od samego początku nauki zdalnej skupiam się na tym, abyśmy wspierali się wzajemnie. Zdarzało się, że organizowałam pomoc psychologiczną dla swoich uczniów, a nawet dla ich rodzin. Na szczęście mamy w szkole psychologa. To jednak nie wystarcza.

Od razu pani wiedziała, jak realizować podstawę programową online?

Podstawa programowa tak naprawdę jest dla mnie obecnie ważna tylko w ósmej klasie, którą przygotowuję do egzaminu. W przypadku młodszych klas uznałam, że wszystko zdążę nadrobić, a nawet jeżeli nie, to trudno, to nie jest teraz najważniejsze. Trzeba się liczyć z tym, że pewnych partii materiału nie uda się zrealizować. Nie ma takiej możliwości. To nierealne.

A co jest ważniejsze od podstawy programowej w szkole online?

Musimy to przetrwać i wyjść jak najmniej poturbowani. Ostatnio, zamiast zajmować się wierszem, przegadaliśmy całą lekcję o przyjemnościach, o emocjach. To było dzień przed Tłustym Czwartkiem, od wspomnienia o nim się zaczęło. Czuję, że teraz najważniejsze jest, abyśmy się wspierali i byli ze sobą.

Ma pani poczucie, że dzieci lubią spotykać się z panią online?

Czasem. Mam nadzieję, że dzieciaki lubią ze mną przebywać.

To co pani robi, aby lekcja była ciekawa?

Staram się zmieniać metody pracy, zależy mi, aby lekcje nie były nużące. Często bazuję na aktywności uczniów, zawsze coś udostępniam, jakiś filmik, coś prezentuję, piszę, a nawet rysuję na bieżąco, dzieciaki coś przygotowują, korzystam z Internetu, z materiałów multimedialnych, z e-podręczników – teraz baza jest lepiej przygotowana niż wiosną. Bardzo dużo rozmawiamy. Raz na jakiś czas stawiam ocenę za aktywność. Nie stawiam plusików, bo nawet bym nie umiała za każdą wypowiedź plusik stawiać, za dużo się dzieje. Mam nadzieję, że się ze sobą nie nudzimy. Pozwalam mówić każdemu, kto potrzebuje, oczywiście zachowując porządek.

Dużo pani zadaje prac domowych?

Staram się nie przerzucać pracy na dom. Nie dlatego, że mi rodziców szkoda. Uważam, że jeżeli rodzice dzieci ze starszych klas podstawówki wciąż odrabiają z nimi lekcje, to jest ich problem. Nie chcę obciążać dzieci, zadaję tylko tyle, ile naprawdę muszę. Skupiam się na tym, żeby pracować jak najefektywniej na lekcji.

Ciężko było przestawić się pani na tryb pracy zdalnej?

To zupełnie inny charakter pracy. W szkole od zawsze jesteśmy przyzwyczajeni, że możemy liczyć tylko na siebie. Jeżeli sami sobie czegoś nie zorganizujemy, to tego nie będziemy mieli. Nie liczymy ani na miasto, ani tym bardziej na ministerstwo. Nie miałam problemów z cyfryzacją, poza tym dla mnie to była kwestia ambicjonalna. Jak ja mam uczyć dzieci zdalnie, nie umiejąc poruszać się w sieci? Jak czegoś nie umiem, to mam poczucie wstydu, szybko staram się douczyć. Wbrew obiegowej opinii to wcale nie jest kwestia wieku.

'Jestem przerażona tymi dziećmi, które jeszcze do niedawna marzyły o powrocie do szkoły, ale od kilku tygodni jest im już to obojętne. Ale nie dlatego, że szkoła jest czymś złym, one się już przyzwyczaiły. Im już jest wszystko jedno. Wszyscy już mamy dosyć, wszyscy''Jestem przerażona tymi dziećmi, które jeszcze do niedawna marzyły o powrocie do szkoły, ale od kilku tygodni jest im już to obojętne. Ale nie dlatego, że szkoła jest czymś złym, one się już przyzwyczaiły. Im już jest wszystko jedno. Wszyscy już mamy dosyć, wszyscy' fot: archiwum prywatne

Jak pani wspomina pierwsze tygodnie nauki zdalnej?

To była wolna amerykanka. Sprzeczne komunikaty z ministerstwa. Uczyć, nie uczyć, oceniać, nie oceniać. Każdy jakoś pracował, bo wiedział, że trzeba.

Bazowaliśmy na dzienniku elektronicznym, na wysyłaniu kart pracy, to była mordęga. Pracowaliśmy non stop, odpowiadaliśmy na dziesiątki maili dziennie, przesyłaliśmy, czytaliśmy, sprawdzaliśmy, wszystko się zawieszało. Naprawdę zamieszkaliśmy w pracy, choć w przestrzeni publicznej krążyły legendy o naszym lenistwie, wygodnictwie i braku kompetencji. Możliwość przejścia na Teams’a była wybawieniem. Po wakacjach jestem dużo mądrzejsza. Lepiej umiem o siebie zadbać, efektywniej wykorzystuję czas na organizowanie swoich zajęć.

"Dostaną szczepionkę i jeszcze marudzą". "Siedzą w domach w papuciach, piją kawę, za chwilę dwa miesiące wakacji" – takich komentarzy o nauczycielach w sieci są tysiące. To panią boli?

Uczę od dawna, przywykłam do tego. Mam świadomość, że nauczyciel to jest taki dyżurny chłopiec do bicia. Nic mnie już nie dziwi. Niestety. Ludzie się na nas wyżywają, nie mając pojęcia, na czym polega nasza praca. Odbyłam wiele trudnych rozmów z rodzicami. Udaje mi się panować nad emocjami. Gdybym miała się przejmować tym, co ludzie o nas mówią czy piszą, chyba bym dawno zrezygnowała z zawodu. Moje młodsze koleżanki nie mają jeszcze takiego dystansu.

Przejmują się?

Niektóre bardzo. Tłumaczę im, że nie mogą tego brać do siebie, że zawsze trzeba kogoś zdołować, skopać. Mam poczucie, że to, co robię, robię dobrze. Oczywiście nie jestem ideałem i też popełniam błędy. Staram się ich nie powtarzać i myślę, że nie muszę się wstydzić swojej pracy.

Budujemy z dzieciakami dobre relacje, dogaduję się z rodzicami. Naprawdę miałabym przejmować się opinią kogoś obcego, kto wypisuje bzdury w internecie? Kogoś, kto nie zna mnie, nie wie, jak pracuję, i kto ma swoje wyobrażenia o szkole? Mnie to nie rusza.

A czego dzisiaj pani się boi w swoim zawodzie? Czego boją się pani koleżanki i koledzy?

Że to wszystko diabli wezmą. Kilka razy wypełniałam ankietę dotyczącą koronawirusa. Pamiętam, któregoś razu pojawiło się pytanie: Co cię ratuje? Wie pani, co napisałam?

Co?

Napisałam, że ratuje mnie praca. Ale w ankiecie było też pytanie, do jakiego wniosku doszłam po kilku miesiącach pracy zdalnej. Miałam kilka odpowiedzi. Wybrałam taką, "że moja praca nie ma sensu”. I nie dlatego, że boję się pandemii, ale dlatego, że czuję, że jesteśmy zupełnie opuszczeni.

My się boimy, że to się wszystko rozsypie, że uda się rozwalić oświatę do końca. Teraz jesteśmy na etapie totalnego rozgardiaszu, z którego albo coś się zrodzi nowego, w co coraz bardziej wątpię, albo nie. Boję się, że nie doczekam. Ale ja i tak swoje będę robić.

Dzieci w końcu wrócą do szkoły, pandemia się skończy. Jest pani gotowa na ten powrót?

Ostatnio z dzieciakami zastanawialiśmy się, jaki będzie nasz pierwszy wspólny dzień po powrocie.

Jaki?

Dzieci najchętniej mówiły o tym, że będą się wspólnie wygłupiać, że pójdziemy na stołówkę, że wszyscy siądziemy przy stolikach, pożartujemy sobie, pogadamy, pośmiejemy się. Zmartwiło mnie, że nie potrafiły sobie niczego więcej wyobrazić. Ja nie widzę możliwości powrotu do takiej szkoły, jaka była. Za dużo rzeczy się po drodze wydarzyło.

Myślę, że każdy z nas doświadczył trudnych emocji. Rodzice tracą pracę, umierają bliscy, niektóre rodziny rozpadły się. To są dla dzieci dramaty.

Dlatego, jeśli już wrócimy do szkół, wszyscy będziemy musieli przede wszystkim pozbierać się psychicznie, na nowo rozpoznać. Ja wiem, że niektóre dzieciaki przeżywają załamanie nerwowe, mam uczniów, którym ktoś bliski umarł na COVID-19. Myślę, że na tych emocjach trzeba będzie się skupić i spróbować odbudować społeczność szkolną.

Wielu uważa, że po powrocie do szkół trzeba będzie szybko nadrabiać materiał, gonić z podstawą, powtarzać, utrwalać.

Nie wyobrażam sobie, że wejdziemy do klasy i od razu zabierzemy się za  „Pana Tadeusza” czy podmiot i orzeczenie. Nie widzę takiej możliwości ani takiej potrzeby. Szkoła się powinna zmienić, bo świat się zmienił. Moja klasa ma na szczęście cały czas stałe wsparcie psychologa, myśmy jeszcze we wrześniu zaczęli takie cykliczne spotkania dla uczniów organizować. Ale przecież to za mało. Obawiam się oczekiwań rodziców.

Dlaczego?

Boję się, że rodzice będą oczekiwali, że szkoła od razu zrobi coś fantastycznego dla ich dzieci, a przede wszystkim nadal będzie uczyć i stawiać stopnie i to jak najlepsze stopnie.

A szkoła po pandemii powinna być miejscem spotkań, socjalizacji, integracji. Oceny ze sprawdzianów mogą okazać się drugoplanowe.

Po powrocie do szkoły nadal będę uczyć, ale to przy okazji. W nauce zdalnej wybierałam, co i jak będę omawiać na lekcjach. Z niektórych elementów musiałam zrezygnować, żeby później do nich wrócić, na inne położyć szczególny nacisk. Specyfika mojego przedmiotu daje mi takie szanse.

Mam świadomość, że z pewnych rzeczy nie mogę zrezygnować, ale mogę zdecydować, jak i w jakiej kolejności je zrealizuję. Niestety nie przy wszystkich przedmiotach nauczyciel ma taką możliwość. Jednak okoliczności wymuszają na nas szczególną elastyczność i gotowość do zmian.

Wracając do pani wątpliwości, po powrocie ważniejsze będzie odbudowanie dzieciaków, odbudowanie więzi, relacji, stworzenie szkoły na nowo. To poważne zadanie. Sprawdziany na pewno będą, ale mam nadzieję, że nie okażą się najważniejsze. W tym zawodzie trzeba mieć odwagę i gotowość do zmian.

I dostosowywania się do rożnych warunków.

Pierwszego dnia, kiedy pojawiły się informacje, że nauczyciele będą szczepieni, moja cała klasa była pobudzona. Kiedy zapytałam, skąd ta radość, uczniowie mówili: "Proszę pani, będą szczepienia, wracamy do szkoły".

Szczęśliwi byli?

Tak. I to był taki dzień wielkiej energii, radości. Ale częściej zdarza się, że czują marazm, są markotni, bez energii. Wtedy szukam punktu zaczepienia, aż trafi się jakiś temat, ktoś coś powie i dzieci się ożywiają, wraca energia i możemy pracować. Jakbym miała jeszcze zasypywać je zadaniami, wiem, że nie miałoby sensu. Nie to jest teraz najważniejsze. Ja jestem wymagającą nauczycielką. Nie jest tak, że całkiem odpuszczałam. Może trochę. Ale uważam, że są rzeczy ważne i ważniejsze.