Dyrektorka szkoły podstawowej: Rodzice piszą do nas maile, że mają już dość

- Jeśli dzieci nie wrócą do szkół po feriach, to myślę, że zostanie przekroczona masa krytyczna. Kilka dni temu dostaliśmy maila od rodzica, który napisał nam, że ma dość, że już się wypisuje z edukacji zdalnej - o tym jak przetrwać kolejne tygodnie edukacji zdalnej mówi Ewa Pytlak, pedagog, nauczycielka kształcenia zintegrowanego, wicedyrektorka szkoły podstawowej nr 24 STO w Warszawie.

Joanna Biszewska: Szykują się najdłuższe ferie zimowe w powojennej historii polskiej oświaty, od świąt do 18 stycznia uczniowie są wolni. Ta przerwa zupełnie rozkojarzy dzieci?

Ewa Pytlak, pedagog, nauczycielka kształcenia zintegrowanego: Nie będzie to łatwy czas. Tym bardziej że zalecenia są takie, aby podczas tej przerwy nie wyjeżdżać do rodziny, nie spotykać się, zamknąć się w domu. To może nie wpłynąć dobrze na strukturę rodzinną. Rodzice pewnie będą wyczerpani. W czasie tej miesięcznej przerwy powinniśmy pomyśleć, co możemy zrobić, aby nawiązać porozumienie między szkołą a domem.

Jakie?

W naszej szkole mamy pomysł, aby tak przeorganizować pracę nauczycielom WF-u, aby podczas ferii pracowali i np. zapraszali na spacery pięcioosobowe grupy uczniów. O ile rodzice na to wyrażą zgodę.

Dzieci się dotlenią, wybiegają na świeżym powietrzu.

I realnie spotkają z rówieśnikami. A my jako dorośli pokażemy dzieciom, że nie trzeba czekać, aż ktoś za nas zbuduje relację, tylko sami szukamy rozwiązań, co zrobić, aby polepszyć sobie życie.

Jeśli z jakiegoś powodu dzieci nie wrócą do szkół po feriach, to myślę, że zostanie przekroczona masa krytyczna. Rodzice tego nie wytrzymają.

A dzieci i nauczyciele wytrzymają?

Wszyscy czujemy się zmęczeni, przepracowani, a efekty pracy nie są takie, jakich byśmy wszyscy chcieli. Nauczyciele mówią mi wprost, że prowadząc lekcje online, nie wykorzystują swoich możliwości nauczania, sporo czasu pochłaniają czynności, które w realnym spotkaniu w klasie w ogóle nie istnieją.

"Włącz kamerkę", "wyłącz kamerkę", "proszę pani, wyrzuciło mnie", "u kogo słychać odkurzacz?", "O, u kogoś młodsze rodzeństwo płacze". Ja to słyszę na co dzień z komputerów moich dzieci.  

Jeszcze miesiąc tak wytrzymamy.

A jeśli okaże się, że trzeba będzie dłużej?

Myślę, że drobne nieporozumienie między szkołą a domem doprowadzą do wybuchu emocji.

Pani poprosi o farbki na plastykę, rodzic przerwie swoją pracę online, przeszuka cały dom, nie znajdzie farbek i puszczą mu nerwy.

Kilka dni temu dostaliśmy bardzo długiego maila od rodzica, który napisał nam, że ma już dość, że  się wypisuje z edukacji zdalnej, że nie daje rady i żebyśmy coś zrobili, aby było lepiej.

Rodzice są sfrustrowani.

Dlatego uważam, że musimy próbować się wzajemnie zrozumieć.

A my zaakceptować, że nasz dom jest teraz szkołą.

A to oznacza, że kiedy dziecko jest na lekcjach, rodzic nie biega w bieliźnie wokół dziecka, ciocia nie wpada do pokoju, żeby się przywitać. Wiem od nauczycieli, że są uczniowie, którzy w kącie siedzą z komputerem na lekcjach online i nic nie słyszą, bo inni domownicy słuchaj głośnej muzyki. Albo dzieci łączą się z nauczycielami z łóżka w piżamie

W całej tej sytuacji zdalnego nauczania najbardziej jest mi żal dzieci. Szczególnie tych najmłodszych. Co to za pierwsza klasa przed komputerem.

W naszej szkole wdrożyliśmy system tutoringu. Pracujący z nami pedagodzy, psychologowie łączą się indywidualnie z uczniami, bywa, że codziennie. Podczas tych spotkań rozmawiają, ustalają plan dnia, połączeń, sprawdzają, co dziecko już zrobiło. Ten system się sprawdza.

Tylko że to nadal praca dziecka przed ekranem.

Wielu rodziców prosi o dodatkowe zajęcia dla pierwszaków. Najmłodsze klasy z reguły mają mniej lekcji niż te starsze, ale nie wszyscy rodzice mogą pozwolić sobie na to, aby nie pracować w czasie, kiedy szkoły są zamknięte. Znam rodziców, którzy zapisują swoje pierwszaki na dodatkowe zajęcia w klasach drugich, bo pracują bardzo długo i chcą dzieci czymś zająć.

Trudno przewidzieć jak zdalne nauczanie wpłynie na najmłodsze dzieci. To nie tylko wiele godzin przed ekranem, ale również brak realnego kontaktu z rówieśnikami, nauczycielami.

Najmłodsze klasy podzieliliśmy na dwie grupy. Nauczyciele łączą się z połówkami klas. Zakładamy, że szanse na interakcję z dziewięcioosobową grupą dzieci są większe niż z grupą osiemnastoosobową.

I jak to działa w praktyce?

Kiedy nauczyciele prowadzą lekcje online z jedną grupą uczniów, dzieci z tej drugiej mają do wykonania prace samodzielne. Nauczyciel ustala z dziećmi na lekcji, co mają robić w czasie, kiedy druga grupa łączy się online. I tak na przemian. Na koniec cała klasa łączy się z wychowawcą i to jest czas, żeby porozmawiać, pośpiewać razem. Zależy nam na tym, żeby nasi uczniowie nie siedzieli przed ekranem ciągiem.

Dla mnie nauka zdalna w najmłodszych klasach, przy całej okropności, jest jednak ogromną szansą na usamodzielnienie się dzieci. Jeżeli to mądrze zrobimy, to mamy szansę, że kiedy wrócimy do normalności, będziemy mieć samodzielne dzieckoDla mnie nauka zdalna w najmłodszych klasach, przy całej okropności, jest jednak ogromną szansą na usamodzielnienie się dzieci. Jeżeli to mądrze zrobimy, to mamy szansę, że kiedy wrócimy do normalności, będziemy mieć samodzielne dziecko fot: archiwum prywatne jb

I ten system się sprawdza?  

Na pewno lepiej niż jak na jednej lekcji jest prawie 20 uczniów. Nauczyciele chcą widzieć podczas lekcji każde dziecko, mieć przestrzeń, aby każde móc zagadać, żeby uczeń zbliżył zeszyt czy książkę do ekranu, a nauczyciel zobaczył, co dziecko zrobiło na lekcji, pochwalił.

Wiele osób uważa, że dzieci ze szkół prywatnych i społecznych mają lepiej zorganizowaną naukę zdalną niż te ze szkół powszechnych. Zgodzi się z tym pani?

Znam sporą grupę nauczycieli ze szkół publicznych, którzy już w marcu wystartowali z uczeniem online, nie wszyscy przesyłali rodzicom materiał do nauczanie się z dzieckiem przez Librusa. Mimo to uważam, że publiczna oświata jest w trudnej sytuacji, chociażby dlatego, że mają liczniejsze klasy, swoboda dyrektorów szkół w podejmowaniu różnych decyzji organizacyjnych jest tam ograniczona.

Dzieci ze szkół publicznych na tym tracą.

Gdyby ta sytuacja, którą dzisiaj mamy, trwała jeszcze rok, to pewnie moglibyśmy mówić o jakiejś różnicy. Natomiast jeśli nauczanie zdalne zamknie się w tym semestrze, to myślę, że dramatycznej różnicy między dziećmi nie będzie. Tym bardziej że bez względu na to, czy siedmiolatek jest w szkole prywatnej, czy publicznej, po dwóch trzech godzinach lekcji online marzy tylko o tym, aby już wyjść na podwórko, pobiegać, pobawić się klockami, poskakać.

Śledzę dyskusje rodziców w sieci na temat lekcji zdalnych. Piszą o tym, że nauczyciele gonią z programem, realizują kolejne partie materiału, kompletnie zginęło indywidualne podejście do ucznia.

Relacje powinny być podstawą edukacji. Myślę, że dzisiaj dobrym wyjściem byłyby indywidualnie konsultacje z uczniami. Nauczyciel ma godziny konsultacji, zaprasza każde dziecko na indywidualną rozmowę o emocjach, samopoczuciu ucznia, ewentualnych problemach. W tym czasie może też popracować z uczniem np. nad czytaniem. Sporo dzieci wstydzi się czytać głośno online, szczególnie kiedy mają z tym trudności.

Co dobrego dzieci wyniosą z lekcji online?

Dla mnie nauka zdalna w najmłodszych klasach, przy całej okropności, jest jednak ogromną szansą na usamodzielnienie się dzieci. Jeżeli to mądrze zrobimy, to mamy szansę, że kiedy wrócimy do normalności, będziemy mieć samodzielne dziecko.

Rodzic nie musi siedzieć za plecami pierwszoklasisty, aby pilnować, czy na pewno bierze udział w lekcji i nie myśli o niebieskich migdałach.

Nie musi, może za to powiedzieć: Słuchaj, ja mam swój plan dnia, mój plan dnia wygląda tak i tak, zobacz, w tym planie jest szansa na wspólne śniadanie, ale potem ja pracuję i nie możesz mi przeszkadzać, w związku z tym zastanów się, jak ty swoją naukę zaplanujesz, żebyś nie musiał mnie prosić o pomoc.

To się nie sprawdzi w każdym domu.

Ministerstwo dało nam taką furtkę, że dzieci medyków i ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi mają zapewnione zajęcia w szkolnej świetlicy. Szkolni pedagodzy, jeśli znają dzieci i uważają, że nie poradzą sobie na lekcjach online, lub wiedzą, że dom jest niewydolny, mogą zaproponować naukę dziecka w szkole.

Przed nami trudne tygodnie. Wielu z nas dowie się, że ktoś w rodzinie jest chory, nawet nie wiemy, czy będziemy mogli się spotkać podczas świąt z najbliższymi. Do tego edukacja zdalna przedłużona na cały grudzień, a później dodatkowo kolejne dwa tygodnie w zamknięciu w domach to rozwiązanie, które z psychologicznego punktu widzenia może mieć złe konsekwencje.

Często ostatnio rodzicom przypominam o zasadzie maski w samolocie. Pomóż sobie, zastanów się, o co tobie chodzi jako dorosłemu, zadbaj o swój dobrostan i komfort, bo tylko wtedy jesteś w stanie pomóc swojemu dziecku.

Ewa Pytlak: nauczycielka kształcenia zintegrowanego z 30-letnim stażem pracy, pracuje w Zespole Szkół Społecznego Towarzystwa Oświatowego na Bemowie jako wicedyrektorka szkoły podstawowej nr 24 i nauczycielka, terapeutka pedagogiczna. Zajmuje się uczniami ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Jest autorką publikacji z zakresu edukacji ekologicznej i edukacji międzykulturowej, autorką programu nauczania zintegrowanego, prowadzi zajęcia ze studentami Wydziału Pedagogicznego UW.

Więcej o: