"Pierwszy raz stanąłem przed uczniami jako nauczyciel w 1977 roku. Od tamtej pory, obserwuję postępującą degradację zawodu"

Resort edukacji zdecydował o powrocie do tradycyjnych zajęć w szkołach. Nauczyciel fizyki w jednym z warszawskich liceów wysłał do nas list, w którym krytykuje rząd, za podejmowane dotąd decyzje. Stwierdził, że "zapłaci za to młodzież oraz rodzice uczniów". - Zaczynają płacić już dziś za bezmyślną politykę oświatową związaną z pandemią, a w zasadzie za kompletny brak tej polityki - napisał.

Pierwszy raz stanąłem przed uczniami jako nauczyciel w 1977 roku (jeszcze będąc studentem). Od tamtej pory, obserwuję postępującą degradację zawodu nauczyciela, bez względu na opcje polityczne wówczas rządzącej władzy, bez względu na to, kto stał na czele resortu edukacji.

"Każdy następny minister jest gorszy od poprzedniego"

Patrząc na poczynania wszystkich władz oświatowych na przestrzeni ponad 50 lat, poczynając od Wacława Tułodzieckiego i Henryka Jabłońskiego po Annę Zalewską i Dariusza Piontkowskiego, odnoszę niepokojące wrażenie, że każdy następny minister jest gorszy od poprzedniego, że każdy zdołał w oświacie popsuć dodatkowo to, co poprzednikowi się nie udało naprawić. Już myślałem, że po Annie Zalewskiej może być tylko lepiej, ale obecny minister wydaje się pukać od spodu. Tych wszystkich ministrów, pospołu z wszystkimi ekipami rządzącymi, łączy co najmniej jedno: Nie wynieśli ze szkół tego co wynieść powinni, aby móc stanowić o losie państwa, a zwłaszcza oświaty.

Wielu z nich to uznane autorytety naukowe z tytułami profesorskimi, ale jak mówi stare powiedzenie, żadne wykształcenie wyższe nie zastąpi dobrego podstawowego

Nigdy nie zauważyłem oprócz pustych frazesów na Dzień Nauczyciela, aby jakakolwiek władza miała na uwadze to, co utrwaliła we mnie moje polonistka ze szkoły podstawowej, to co powiedział ponad 400 lat temu patron mojego liceum, Jan Zamoyski, że: Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie. Dla władzy, zwłaszcza obecnej władzy - myśl o przyszłości ogranicza się do własnej przyszłości i przyszłości wszelkiego rodzaju ich pociotków przyssanych do lukratywnych posad i urzędów. Jeżeli pokazują społeczeństwu wizję przyszłej wielkiej Polski, to są infantylne brednie skierowane do tzw. suwerena w celach politycznych, bez jakiejkolwiek szans na realizację. Przykładem mogą być wizje miliona samochodów elektrycznych do 2025 roku czy wiele, wiele innych.

"Zapłaci za to obecna młodzież i jej rodzice" 

Celem obecnej władzy jest tylko sama władza i wszystko to, co się ze sprawowania tej władzy da wyciągnąć. Bez względu na konsekwencje, bez względu na to, że za bizantyjskie programy i pomysły bez pokrycia zapłacą wszyscy tylko nie oni, że zapłacą przyszłe pokolenia. Zapłaci też obecna młodzież szkolna i ich rodzice, co więcej zaczynają płacić już dziś za bezmyślną politykę oświatową związaną z pandemią, a w zasadzie za kompletny brak tej polityki. MEN, na czele z panem ministrem Piontkowskim, zmarnowało dwa miesiące, jakby wierząc w to, co mówił premier, że wirus jest w odwrocie, że pandemia się wypłaszcza, że Polska jako ogólnoświatowy lider w walce z pandemią da sobie doskonale radę itp. banialuki – ergo od 1 września dzieci do szkoły. Zignorowano kompletnie sugestię dyrektorów szkół (wiem o warszawskich), aby rozpocząć naukę w systemie hybrydowym.

Nauka hybrydowa, oczywiście raczej dla dzieci od V, VI klasy szkoły podstawowej, ma zalety nauki zdalnej i zalety nauki tradycyjnej, a jest pozbawiona ich wad, zwłaszcza w okresie pandemii

Nauka hybrydowa w dobie pandemii byłaby realizacją starej łacińskiej zasady "Morbum evitare quam curare facilius est" (lepiej zapobiegać niż leczyć). Pozwoliłaby zmniejszyć zagęszczenie o połowę nie tylko w szkołach, ale co równie istotne, we wszelkiego typu środkach komunikacji zbiorowej oraz w dużym stopniu również na ulicach, w sklepach i innych obiektach publicznych. Pozwoliłaby uczynić bardziej realną zasadę "odstępu sanitarnego" w klasach i podczas przerw. Nie zapobiegłoby to oczywiście całkowicie powstawaniu nowych zakażeń, ale w znacznym stopniu zmniejszyłoby prawdopodobieństwo ich rozprzestrzeniania. Ministerstwo, zamiast jednak zastosować się do tej zasady Hipokratesa, zastosowało inną, też dobrze znaną z historii zasadę tzw. rozpoznania bojem. Ta leninowsko-stalinowska zasada jest stosowana zawsze przez tych, dla których koszty osobowe zwolenników odmiennej opcji politycznej, są de facto plusami.

Nauczyciele nie są w większości elektoratem obecnej władzy, toteż straty w tej grupie społecznej są niejako władzy na rękę. A straty wśród młodzieży? To jeszcze nie elektorat, a jak stanie się elektoratem, to się rozkręci propagandową akcję przez zmonopolizowane media, że to wina Tuska i jego popleczników. Jakby powiedział guru propagandowej ideologii obecnej władzy Jacek Kurski - "ciemny lud to kupi", zwłaszcza kiedy zacznie coraz bardziej brakować nauczycieli, tj. tych, którzy mogliby przez naukę krytycznego myślenia zmniejszyć (oczywiście niepotrzebnie) stopień społecznej wiary w prawdziwość propagandowych haseł.

"Przychodzi czas na zaciskanie pasa"

Zwolennicy leninowsko-stalinowskich metod walki z koronawirusem w szkołach, wysuwają też przeciwko nauce hybrydowej argumenty natury ekonomicznej, że państwa nie jest stać na znaczne zwiększenie finansowania oświaty, bo państwo całe swoje finanse przeznaczyło już na wspieranie obywateli i kasa zaczyna być już pusta

A z pustego to i Salomon nie naleje, toteż przychodzi czas na zaciskanie pasa, a nie na kosztowne i przedwczesne edukacyjne eksperymenty. Z tezą o pustej kasie, to się można akurat zgodzić, ale kasa może nie byłaby jeszcze pusta, gdyby nie szastanie przez państwo na prawo i lewo na różne mniej lub bardziej absurdalne pomysły jak Centralny Port Komunikacyjny, przekop Mierzei Wiślanej, finansowanie ponad wszelką przyzwoitość Kościoła katolickiego w tym finansowanie biznesmena Tadeusza Rydzyka, permanentne wspieranie od lat deficytowego górnictwa, Polska Fundacja Narodowa, Komisja Macierewicza, pięciokrotne przepłacenie za nieotrzymane respiratory, sprowadzenie przez największy samolot na świecie bezużytecznego sprzętu medycznego z Chin, zakup maseczek co to miały być niepotrzebne według byłego ministra Szumowskiego, ale gdy się okazało, że rodzina i znajomi ministra mogą się na maseczkach nieźle obłowić, to okazały się nagle potrzebne (też wielokrotnie przepłacone).

Nauka hybrydowa wcale nie musi wiązać się z dodatkowymi godzinami pracy dla nauczycieli i związanymi z tym dodatkowymi kosztami

Spróbuję to przedstawić na prostym przykładzie. Załóżmy, że jestem nauczycielem chemii (nie jestem i chemii nie lubię, ale załóżmy). Według planu zajęć jutro rozpoczynam zajęcia z całą klasą. Przez dziennik elektroniczny lub w inny dostępny sposób przesyłam dzisiaj uczniom temat lekcji np. "Reakcje jonowe w roztworach". Uczniom podaję linki do stron internetowych, oraz odpowiednie zadania i ćwiczenia do wykonania. Najczęściej z tych stron lub ze zbioru zadań. Na drugi dzień do szkoły przychodzi tylko połowa klasy i z nią prowadzę lekcję na temat przesłany internetem, rozwiązujemy zadana i ćwiczenia podane w dniu wczorajszym lub inne. Druga połowa siedzi w domu i opracowuje samodzielnie temat lekcji i rozwiązuje (w miarę indywidualnych możliwości) zadania i ćwiczenia. Za tydzień jest tak samo, tylko grupy się zamieniają. Ci, którzy byli w szkole, pracują w domu, a ci, którzy byli w domu, przychodzą do szkoły.

Prowadzę lekcję, a przy okazji sprawdzam efekty ich domowej pracy. Klasy są mniej liczne, co czyni naukę bardziej efektywną, jednocześnie przez pracę w domu uczniowie nabywają umiejętności być może ważniejszych niż ta cała chemia, tj. posługiwanie się różnymi aplikacjami jak Word, Excel, Power Point czy wiele innych

Jeżeli na COVID-19 zachoruje uczeń "domowy" to tylko on będzie przebywał w domu, aż wyzdrowieje. Jeżeli zdrowie mu pozwoli, będzie też mógł się uczyć zdalnie. Jeżeli zachoruje uczeń "szkolny", to on też siedzi w domu, aż wyzdrowieje, a reszta jego kolegów i nauczyciel (inni nauczyciele) idą do domu na kwarantannę i prowadzą naukę zdalną. Jak nie mają objawów po tygodniu lub nieco dłużej wracają do szkoły i system hybrydowy dalej się kręci. Oczywiście system należałoby dopracować w szczegółach, ale na to był czas, chociażby w sierpniu. Teraz też należałoby go wprowadzić, bo może on przynieść tylko same korzyści i pozwoli dotrwać edukacji (i nie tylko) w lepszej kondycji do efektywnej szczepionki lub skuteczniejszych metod leczenia.

A najlepiej by było, aby ten wredny koronawirus polazł w Warszawie na ulicę Nowogrodzką gdzie w starciu z Wodzem Narodu z pewnością poległby z pewnością jak amen w pacierzu i mielibyśmy wreszcie święty spokój. 

*Cytaty pochodzą od autora listu (imię i nazwisko do wiadomości redakcji)