Nauczycielka: Podejrzliwie obserwujemy kaszlących

- Nastroje wśród nauczycieli są podłe. Tak źle jeszcze nie było. Dla nas to już kompletna katastrofa oświaty. Pandemia obnażyła cały chaos i niekompetencję ludzi odpowiedzialnych za edukację. W dodatku szkoły nadal nie są przygotowane na zdalne nauczanie - napisała w liście do redakcji nauczycielka ze szkoły podstawowej z dużego miasta.

W tekście "Nauczyciele odchodzą ze szkół. Nie chcą "przyjmować na twarz żali i frustracji rodziców" pisaliśmy o tym, że w szkołach brakuje nauczycieli, odchodzą z pracy, nie zawsze ze względu na trudne czasy pandemii. Obawa o własne zdrowie i zdrowie najbliższych to nie jedyny powód rezygnacji z pracy w szkole. Po publikacji tego tekstu otrzymaliśmy m.in. list od nauczycielki ze szkoły podstawowej, w którym pedagog szczerze napisała o tym, dlaczego, mimo wszystko, nadal chce pracować w szkole. List - po redakcyjnych skrótach - publikujemy poniżej.

Hejt na nauczycieli mnie nie rusza

Czasem mnie irytuje, częściej bawi, ale mam grubą skórę. Wciąż lubię swój zawód, z wzajemnością na szczęście. Mam silną psychikę, jestem realistką twardo stąpającą po ziemi. Jestem też energiczna, aktywna, wysportowana, o dużym poczuciu humoru i z dużym dystansem do siebie i świata.

Uczę od ponad 30 lat, więc w szkole przetrwałam niejedno. Niestety na skutek polityki oświatowej, zwłaszcza w ostatnich latach, coraz trudniej mi odnaleźć sens swojej pracy. Mimo wszystko ciągle mi się jeszcze chce. Nie dojrzałam jeszcze do emerytury.

Mimo obaw nie odeszłam z pracy

Choć nie ukrywam, nie mam pewności, czy to mądre. Rozumiem wszystkich, którzy to zrobili. Urlop dla poratowania zdrowia rozważałam. Jeśli będzie źle, być może o niego się postaram. Zawsze mogę pójść na L4. I zrobię to. Lojalnie poinformowałam o tym dyrektora.

Co mnie jeszcze trzyma w szkole?

Niezrozumiałe dla większości ludzi zalety zawodu. Poza tym jestem niezależna w pracy. Sama decyduję, co i jak robię, mimo wszystko. Lubię i umiem to robić. Poza tym czuję się zaopiekowana. Przez jakiś czas będę jedyną nauczycielką mojego przedmiotu w szkole. Doceniam starania dyrektora o moje samopoczucie. Zależy mi na odbudowaniu szkoły, którą współtworzyłam i broniłam intensywnie przed likwidacją. Strach przyznać, że nauczyciel przyzwoicie zarabia. Pomostówka mi się nie uśmiecha.

W marcu byłam przerażona

To wszystko było nierealne. Zdawałam sobie sprawę, co nam grozi. I jak długo. Widziałam Wuhan, Bergamo. Słyszałam o chorobach współistniejących. Zostaliśmy pozostawieni sami sobie, z zawieszającymi się e-dziennikiem i pocztą służbową (zanim szkoła przeszła na Teamsy). Zamieniłam się w poradnię psychologiczną dla moich uczniów, zwłaszcza IV i VIII – klasistów. Pracowałam po 12 godzin dziennie. To mnie paradoksalnie ratowało. Nie mogłam spać, bolało mnie wszystko, łzawiły oczy. Miałam wrażenie, że niczego nie kontroluję, na nic nie mam wpływu. W święta doszłam do ściany. Potem pracowałam w Teamsach i zaczęłam inaczej funkcjonować.

Na szczęście się pozbierałam. Oswoiłam strach. Zaczęłam normalnie żyć. Wychodziłam z domu, chowałam się na łąkach i w lesie.

Zarazić się mogę wszędzie

Nie będę siedziała w domu, unikała kontaktów z innymi i bała się rodziny, bo zwariuję. Jak długo? Jeszcze rok? Dwa lata? Bez sensu. Na państwo nie liczę. Na MEN tym bardziej. Staram się o siebie zadbać sama. Od pół roku nie byłam w teatrze, kinie, na koncercie. To dla mnie bolesne, ale da się żyć. Czasem korzystam z restauracji, ale tylko na dworze. Nie podróżuję.

Zaszczepiłam się przeciwko pneumokokom. Czekam na szczepionkę przeciwko grypie, miasto organizuje szczepienia dla chętnych nauczycieli. Zachowuję się racjonalnie i bezpiecznie. Przeważnie.

Nie żałuję, że wróciłam we wrześniu do szkoły

Dzięki temu mam normalne życie, rutynę, która w tym przypadku jest zbawienna. W szkole czuję się w miarę bezpiecznie. Ale nie dzięki państwu. A już na pewno nie dzięki MEN-owi. Naprawdę zastanawiam się, do czego potrzebna jest ta instytucja? Na zebraniu z rodzicami rozczuliła mnie jedna matka stwierdzeniem: „Przecież państwu powinno zależeć na dobru nauczycieli i uczniów. Czy oni tego nie rozumieją?” Też mnie to ciekawi.

Póki jest ciepło, dzieciaki przerwy spędzają na podwórku. Starszym nie chce się wychodzić. Na szczęście możemy się rozmieścić na sporej przestrzeni, więc nie trzeba nikogo wyganiać na dwór, pilnujemy jednak, by klasy się nie spotykały. Młodsze klasy mają przerwy na zmianę.

Czego się boję?

Nastroje wśród nauczycieli są podłe. Tak źle jeszcze nie było. Dla nas to już kompletna katastrofa oświaty. Pandemia obnażyła cały chaos i niekompetencję ludzi odpowiedzialnych za edukację. W dodatku szkoły nadal nie są przygotowane na zdalne nauczanie. MEN w tej sprawie nie zrobił absolutnie nic. Nawet nie dostosował przepisów. Wykonał jedynie ruchy pozorowane, a teraz liczy na to, że jak zwykle sami sobie poradzimy.

Czy jeszcze będzie co zbierać? Jak starzy odejdą, skąd wezmą młodych? Za te pieniądze? Przy takim zarządzaniu? Jeszcze tego nie rozumieją?

Nie oczekujemy gwarancji zdrowia, ale poważnego potraktowania nas wszystkich. Przede wszystkim mamy poczucie prowizorki. Wypuścili nas z kamieniami na czołgi. Ewidentnie przyjęto założenie, że zarażenia będą. Zapewne też ofiary. Tego się nie da uniknąć, ale państwo jest gotowe na takie poświęcenie.

Jeśli dyrektor czy samorząd zgłasza wątpliwości, znaczy, że nigdy sobie nie radził. Nauczyciel nie ma prawa się bać, bo nie. 60-latek jak się boi, to ma wybór. Pewnie bym z niego skorzystała, ale jestem za młoda. Rodzice nie mogą ze strachu zatrzymywać dziecka w domu, bo 10000 zł kary. Wychowawca ma to stwierdzić. Sanepid wydaje zgody na hybrydowe czy zdalne nauczanie według sobie tylko znanych kryteriów. Specyfiki szkoły urzędnicy nie znają na pewno. Testów nie robimy, bo po co? Pieniędzy dla samorządów brak. Radźcie sobie sami.

Myć ręce, wietrzyć, dezynfekować i unikać gromadzenia się

Mycie i wietrzenie to norma. Dezynfekcja, jak nie zabraknie płynu. Opracowaliśmy wspólnie z dyrekcją procedury. Przestrzegamy ich, podobnie jak uczniowie i rodzice. Prawdę mówiąc, staramy się przestrzegać.

Nie sposób uczniów zawsze upilnować

Nie zawsze pamiętam, by trzymać ich 1,5 metra od siebie, nie zawsze zdążę przypomnieć „nie podchodź do mnie, załóż maseczkę”. Itp. Dzisiaj wypadła na mnie z sali klasa III. Wszyscy bez maseczek. Nauczycielka zagapiła się i nie zdążyła przypomnieć o maseczkach przed wyjściem na przerwę. A przecież nas jest mało. Co się dzieje w przepełnionych szkołach?

 Mieliśmy uczniów na kwarantannie, a członków ich rodzin w szpitalu. Niestety jedna osoba zmarła.To trochę otrzeźwiło wszystkich, którzy na początku lekceważyli zagrożenie. Oczywiście uczniowie wiedzą o tej sytuacji od siebie nawzajem. Dlatego też wystarczą przypomnienia o dezynfekcji, maseczkach (nosimy w częściach wspólnych, a nawet w klasie przy bliskich kontaktach z uczniami) itp. Dzieciaki nie chcą też powrotu do nauczania zdalnego. Choć poradziliśmy sobie ze zdalnym całkiem dobrze, skutecznie ich ten strach dyscyplinuje. Na razie.

Wczoraj zmroziła mnie matka rozmawiająca na boisku z inną

Opowiadała, jak dzień wcześniej oddawała kaszlące dziecko do przedszkola. „Powinnam pójść do lekarza. Ale jeszcze mi znajdzie jakąś koronę”.

Wielu nauczycieli pracuje w kilku placówkach. Boimy się, że coś stamtąd przyniosą. Tam są tłumy. Na szczęście tam też wszyscy dbają o bezpieczeństwo. Jeśli zamykanie szkół będzie się powtarzać, nastąpi rozprężenie wśród dzieciaków, nauczycieli. Niezwykle trudno będzie się zmobilizować do pracy. A przecież podstawa programowa to fundament polskiej szkoły. Nie da się jej zrealizować, a już na pewno w takich warunkach. Żal mi ósmoklasistów i maturzystów. Egzamin będzie bezlitosny. Rodzice dla nauczycieli też.

Niestety, widać efekty czterech miesięcy zdalnego nauczania

A na razie co jakiś czas wieczorem myślę sobie - znowu przetrwaliśmy. Rano czasem sprawdzam wiadomości, czy nie zamknięto mi szkoły. Nie ja jedna.

Boję się pogorszenia atmosfery w szkole. Już odsuwamy się od siebie. Staramy się nie rozmawiać o pandemii. Podejrzliwie obserwujemy kaszlących. Dzieciaki źle reagują na takich rówieśników. Szkoła to współpraca. Trudno o nią bez zaufania.

Komentarze rodziców pod adresem nauczyciela, który był na weselu, miał koronawirusa, a szkołę, w której pracował zamknięto we wrześniu, są zapowiedzią tego, co nas, nauczycieli, może czekać. Każda informacja o wirusie w szkole, żłobku czy przedszkolu koniecznie doprecyzowuje, kto był zarażony. Najczęściej nauczycielka. Przecież mogła złapać w pracy. Tyle że dzieci się nie testuje, jeśli nie mają objawów. Te ujawniają się u nauczycielki. Ale kogo to interesuje? Zresztą, jakie to ma znaczenie? Przecież nikt nie zaraża się dla zgrywy.

W tak wielu komentarzach słychać pretensje do nauczycieli

Czyżbyśmy mieli zamknąć się w bańkach? Jakim prawem mamy zarażać? A gdzie odpowiedzialność nauczycieli? To jakiś obłęd. Znowu szkoły, czyli my, staną się winne.

Tym razem nikt szkołom nie daruje (choć to MEN niczego nie przygotował), jeśli nauczanie zdalne się nie sprawdzi. A zapewne do niego dojdzie. To jeden z powodów odejścia wielu nauczycieli z pracy. W przedszkolu w moim mieście nauczycielki 50+ odeszły z pracy. Nie wiem, na jakich zasadach, ale poszły wszystkie. Jedna znajoma nauczycielka uznała, że nie może dalej przeciągać. Od lat chciała odejść i uznała, że to ostatni moment. Boi się, że będzie za późno. I nawet nie z powodu pandemii, tylko ma dość "polityki oświatowej”.

Od redakcji:

Ten rok szkolny jest trudny, zarówno dla nauczycieli, uczniów jak i rodziców. Tym bardziej cenimy listy od Naszych Czytelników. Zwracacie w nich uwagę na problemy w szkole, którymi warto się dzisiaj zająć i o których trzeba głośno mówić i pisać. Zachęcamy, przede wszystkim nauczycielki i nauczycieli, aby pisali do nas, odzywali się i pokazywali, z czym na co dzień boryka się dzisiaj polska szkoła. Bo oprócz pracy w warunkach reżimu sanitarnego jest jeszcze wiele innych palących tematów, o których warto pisać i rozmawiać. Po to, aby szkoła była przyjaznym miejscem i dla nauczycieli, i dla uczniów. Czekamy na Wasze listy pod adresem edziecko@agora.pl