"Tylko trójka, co tak słabo?". Nauczyciel: Dla rodziców ocena jest miernikiem jakości dziecka

- Tak długo, jak rodzice nie będą sugerować zmian, działać z tymi nauczycielami, którzy rozumieją potrzebę zmian i chcą je wprowadzić, to nic w szkołach na dobre się nie zmieni - Mikołaj Marcela, pisarz, nauczyciel, uważa, że jeśli chcemy, aby dzieci "wyszły na ludzi", to mentalnie musimy wyjść ze szkoły, którą sami znamy.

"Dialog z korytarza: - Mamo dziś wybraliśmy przewodniczącego. - Cudownie! I co, zostałaś przewodniczącym? - Nie. - A dlaczego nie Ty? W przyszłym roku musi ci się udać! Dziecko nie miało czasu odpowiedzieć, kto został wybrany ani jak, ani jakie emocje wyborom towarzyszyły" - to komentarz nauczycielki, który znalazłam na profilu Budzącej się szkoły pod postem o tym, że szkoła nie zmieni się, dopóki rodzice nie będą gotowi na zmiany.

Większość rodziców oczekuje, że szkoły zrobią to, czego chcą niemal wszyscy. Uczynią z ich dziecka zwycięzcę dziecięcego wyścigu, pozwalającego mu/jej dostać się na prestiżową uczelnię i zdobyć dobrą, interesującą, poważaną, dobrze płatną posadę. Żadna szkoła, żadna reforma szkoły, niezależnie od tego, jak dobra, nie przetrwa, o ile nie zdoła przekonać rodziców, że zrobi z ich dzieci zwycięzców

- czytamy w poście Budzącej się szkoły, oddolnej inicjatywy, której celem jest propagowanie kultury uczenia się opartej na rozwoju potencjału uczniów, nauczycieli i szkół.

Rozmawiając z rodzicami dzieci w wieku szkolnym, opowiadamy sobie, że chcemy szkoły empatycznej, przyjaznej dzieciom. Ale odbierając dzieci ze szkoły, często pierwsze, o co pytamy to: "Co dostałaś z testu?", i "Jak ci poszedł sprawdzian?". Niektórzy z nas nawet idą dalej i pytają o to, co dostały inne dzieci w klasie. Porównujemy i wierzymy, że to nasze dziecko wypadło najlepiej. A kiedy na zabraniu wychowawca informuje, że szkoła zrezygnowała z dzwonków, większość z nas nie chce się na to zgodzić, bo co ta za szkoła bez dzwonka? Interesują nas oceny, wyniki testów, paski na świadectwach, mamy poczucie, że musimy cisnąć, a nauczyciele muszą zadawać prace domowe, żeby dzieciaki czegokolwiek się nauczyły.

Mikołaj Marcela, autor książki "Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem. Edukacja, w której dzieci same chcą się uczyć i rozwija" uważa, że jeśli chcemy, by dzieci "wyszły na ludzi", musimy mentalnie wyjść z dotychczasowej szkoły. To, czy edukacja skrzywdzi dzieci, w największym stopniu zależy od nas, rodziców. To nasze wybory i działania każdego dnia wpływają na proces ich kształcenia. Zapytałam wykładowcę akademickiego m.in. o to, co w tym roku szkolnym możemy - jako rodzice - zrobić, aby szkoła była miejscem, w którym dzieci uczą się, a nie są nauczane.

Joanna Biszewska, serwis Edziecko.pl: "I jak było w szkole?”. To bardzo często pierwsze pytanie, które zadajemy dzieciom po lekcjach. Kiedy byliśmy mali, rodzice pytali nas o to samo.

Mikołaj Marcela nauczyciel, pisarz: Pytamy: "Jak było?”, a w podtekście chcemy się dowiedzieć, jakie dziecko dostało oceny, jak wypadło, czy się sprawdziło.

I dziecko mówi, że dostało trójkę czy czwórkę. A my zaraz: "Co tak słabo, dlaczego nie lepiej?”

Dajemy konkretny komunikat, że zależy nam przede wszystkim na ocenach. Stopień jest miernikiem jakości dziecka. I średnia na świadectwie. Uczniowie, z którymi pracuję, nierzadko dostają nagrody od rodziców za odpowiednio wysoką średnią.

W idealnych warunkach uczymy się nie dla nagrody, lecz dla przyjemności ze zdobywania wiedzy.

Kiedyś poszedłem do piekarza po bułki i przysłuchałem się rozmowie dwóch ekspedientek. Jedna z nich powiedziała, że zna świetny sposób na to, jak zmotywować dziecko do tego, żeby zdobyło czwórkę. Jej syn miał z historii trójkę z plusem, a jej bardzo zależy na tym, żeby miał dobry. Powiedziała, że odwołała korepetytora i to, co płaciła korepetytorowi, dopłaci dziecku do kieszonkowego, jeśli będzie czwórka z historii na świadectwie. I matka płaciła 50 zł dziecku za to, żeby podniosło ocenę o pół, tylko dlatego, że lepiej to będzie wyglądało na świadectwie. Niestety to trochę jak tresowanie zwierząt.

Zawsze lepiej mieć czwórkę niż tróję.

Wydaje nam się, że sukces, czyli dobre wyniki w szkole zagwarantują dzieciom szczęście.

Mnie to nie dziwi. Tak zostaliśmy wychowani. Takie wzorce wynieśliśmy z domów.

Mentalność człowieka jest najtrudniej zmienić. Znacznie łatwiej jest zmienić środowisko, w jakim funkcjonujemy, ewentualnie spróbować stworzyć nowe nawyki. Szkoły wprowadzają zmiany, to np. metoda zielonego długopisu, wiele szkół w Polsce już z niej korzysta. Gdybyśmy ją wprowadzili na poziomie systemowym, odbiłoby to się z korzyścią na dzieciach. To metoda, która akcentuje pozytywy, a nie negatywy.

(Od redakcji: metoda zielonego ołówka (długopisu) odnosi się do sposobu poprawiania prac pisemnych. Nauczyciel, zamiast podkreślać czerwonym długopisem popełnione błędy, zaznacza na zielono to, co wyszło dobrze. Dzięki metodzie zielonego ołówka dzieci poznają prawidłowe odpowiedzi, a nie tylko dowiadują się, jakie popełniły błędy)

Szkoła bez dyktanda pokreślonego czerwonym długopisem to jak nie szkoła.

Wszyscy na początku boimy się nowego, mamy problem ze zmianami. Uważamy, że jak coś funkcjonuje od kilkadziesiąt lat, to po co to zmieniać. Szkoły, które wprowadziły metodę zielonego długopisu, spotkały się na początku z nieufnością ze strony rodziców.

Dyktando w drugiej klasieDyktando w drugiej klasie fot: archiwum prywatne

Ale finalnie okazało się, że jednak tak jest lepiej.

Uczniowie ze szkół, w których nauczyciele stosują tę metodę, mają niezłe poczucie własnej wartości, są nastawieni na rozwój. Dostając sprawdzian, widzą, co robią dobrze, a nie tylko to, co robią źle, mają możliwość samodzielnego poprawienia siebie, znalezienia swoich błędów. To jest zupełnie inne podejście do nauki, niż kiedy dostają listy błędów zaznaczonych na czerwono, jeszcze ze złośliwym komentarzem, bo to też niestety się zdarza.

A po szkole jeszcze rodzic dołoży, że ma w domu nieuka.

Tak mamy skonstruowany mózg, że wolimy, kiedy ktoś nam mówi pozytywne rzeczy. Wydziela się dopamina, neuroprzekaźniki pozytywne, jesteśmy znacznie bardziej otwarci i skorzy do pracy. Kiedy ktoś nas krytykuje, wytyka błędy, raczej się zamykamy, wydziela się hormon stresu. A wydaje nam się, że właśnie tak motywujemy ludzi do działania. Warto pamiętać, że to nie działa.

To jak mamy rozmawiać z dziećmi o szkole?

Pozwólmy dzieciom wypowiadać się, zachęcajmy do przedstawienia własnego zdania, analizy i samodzielnego szukania rozwiązania, zadawajmy otwarte pytania. Pytajmy je o szkołę w sposób otwarty. Nie: "Czemu dostałeś tylko trójkę?”, tylko ewentualnie: "Co mogłoby ci pomóc przygotować się lepiej na następny raz?". Albo: "Jak myślisz, w czym tkwi problem, że nie potrafiłeś się przygotować do tego sprawdzianu?". Warto wspólnie spróbować wypracować lepszą przestrzeń do komunikacji.

U mojej dziesięcioletniej córki w szkole zamiast ocen są literki. Rodzice dopasowują je do ocen. S czyli super to 6, W czyli wspaniale 5, itd. My myślimy w skali 1-6.

Znam kilka szkół, w których nauczyciele chcieli znieść oceny, ale rodzice zareagowali na to alergicznie i się nie udało. Wiele szkół ma problem ze zniesionymi ocenami wyrażanych cyfrą w nauczaniu wczesnoszkolnym, czyli w klasach 1-3. Rodzice dostają opisową ocenę swoich dzieci i pytają nauczycieli: "Ale jaka to jest ocena, czy to trójka, czwórka?". Opis nic im nie mówi. Ciężko im się przestawić.

Podobnie jest z pracami domowymi. Rodzice nigdy nie są jednogłośni. Część chce, aby ich nie było, przynajmniej w pierwszych kilku klasach szkoły podstawowej, a inni nie wyobrażają sobie szkoły bez prac domowych.

Mamy już sporo szkół, w których nauczyciele w pierwszych klasach szkoły podstawowej w ogóle nie zadają prac domowych. Jedynie sugerują, żeby uczniowie w czasie wolnym czytali to, co lubią. Dzieciaki mają zeszyty, do których wpisują przeczytane książki, do trzeciej klasy szkoły podstawowej mają przeczytanych po kilkadziesiąt książek, czasami takich po 300-400 stron.

Czas wolny dziecka w domu możemy przeznaczyć na to, żeby siedziało nad ćwiczeniami i bezmyślnie, mechanicznie powtarzało to samo lub możemy ten czas przeznaczyć na zabawę i na rozwijanie zainteresowań. Badania duńskie nad zadaniami domowymi pokazują, że do 14. roku życia nie ma sensu wprowadzać zadań domowych, bo one nie mają wpływu na polepszenie nauki

W swojej książce, którą adresuje pan do rodziców, czytamy też o tym, że w szkole nie są potrzebne dzwonki. To kolejny relikt przeszłości, od którego trudno się nam uwolnić.

Dzieci czekają na przerwę, bo wiedzą, że wtedy mogą odpocząć, a z kolei dzwonek na lekcje jest dla nich wezwaniem do czegoś stresującego. O ile ciekawsza byłaby edukacja, podczas której dzieci same chcą się uczyć, rozwijać. To się rzadko zdarza w szkołach. Bo tam są nauczane, nauczyciele stosują najmniej efektywną metodę wykładu, która w dzisiejszych czasach właściwie w ogóle się nie sprawdza. Są uczone posłuszeństwa, uległości, myślenia w kluczu, czyli tego wszystkiego, czego nie potrzebujemy w kulturze i w pracy. I w społeczeństwie, jeśli zastanawiamy się, dlaczego żyjemy w takim kraju i świecie, w jakim żyjemy, odpowiedzią jest właśnie edukacja.

Dlatego tak długo, jak rodzice nie będą tego rozumieć, nie będą sugerować zmian, działać z tymi nauczycielami, którzy rozumieją potrzebę zmian i chcą je wprowadzić, ale nierzadko - paradoksalnie - są blokowani przez innych rodziców, to nic w szkołach na dobre się nie zmieni. To wszystko nie jest czarno-białe i to nie jest tak, że są świadomi rodzice i nieświadomi nauczyciele, czy na odwrót.

Świadomy rodzic, czyli jaki?

Dający dziecku zaufanie i wsparcie. My, dorośli, mamy grupy przyjaciół. Kiedy sobie ufamy, możemy liczyć na wsparcie ze strony przyjaciół. Prowadzimy dialogi, działamy, tworzymy fajny, zgrany zespół, podobnie może być w domu. To nie jest tak, że rodzic ma być nadzorcą czy osobą, która wyznacza reguły gry. Rodzina to zespół, który może na siebie liczyć. Szkoła też powinna być takim zespołem.

To daleka droga.

Dlatego szukajmy rodziców, którzy mają podobne podejście do edukacji jak my. Ludzi, którzy myślą w podobny sposób, wspierajmy się nawzajem, przedyskutowujmy problemy, szukajmy wspólnie rozwiązań, stwórzmy grupa wsparcia dla rodziców. Myślę, że to też może zdziałać bardzo dużo dobrego dla dzieci i szkoły.

Co Pan ma na myśli, mówiąc "grupa wsparcia dla rodziców”. Mamy się wzajemnie po wywiadówkach online "terapeutyzować"?

Bardziej chodzi mi o to, żeby się zaprzyjaźnić z innymi rodzicami. Moi rodzice do dzisiaj utrzymują kontakty z rodzicami moich kolegów i koleżanek z podstawówki. Zakolegowali się, bo mieli podobne podejście do edukacji. Często się spotykali, rozmawiali, omawiali różne rzeczy. Wspierali się na wywiadówkach, kiedy były dyskutowane rozmaite sprawy. Wydaje mi się, że to jest też ciekawy sposób na życie.

Bo mamy poczucie życia we wspólnocie. To zawsze daje pozytywnego kopa.

Brakuje nam synergii działań wśród rodziców, brakuje synergii na poziomie szkół, wśród nauczycieli. W Finlandii to jest naturalne, że nauczyciele wymieniają się swoimi doświadczeniami. Mają konsylia nauczycielskie, w których dyskutowane są nowe metody, nowe przypadki i próbuje się wspólnie rozwiązać problemy. Brakuje nam też synergii wśród dyrektorów szkół, takiego uczenia się od siebie, podglądania najlepszych rozwiązań. My się uczymy od siebie nawzajem na każdym poziomie, aż do ostatnich lat naszego życia. Warto to robić i warto się wspierać i podglądać to, co najlepsze.

A jeśli nic się nie zmieni? Bo każdy z nas z początkiem roku szkolnego będzie zaganiany, zapracowany, zmęczony, w wiecznym niedoczasie.

To będziemy mieli słabą edukację, wśród dzieci i młodzieży wskaźniki depresji, samobójstw, słabej samooceny będą się tylko pogarszać. Tego bym nie chciał, dlatego piszę swoje książki.

Mikołaj MarcelaMikołaj Marcela Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

Mikołaj Marcela - pisarz, nauczyciel, na Uniwersytecie Śląskim uczy na kierunkach sztuka pisania, filologia polska oraz twórcze pisanie i marketing wydawniczy. Prowadzi warsztaty dla dzieci. Autor książek dotyczących edukacji dzieci. Jego pierwsza książka "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku. Wszystko, co możesz zrobić, żeby edukacja miała sens" ukazała się w 2019 r., od 12 sierpnia w księgarniach jest dostępna druga książka autora "Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem. Edukacja, w której dzieci same chcą się uczyć i rozwija". To praktyczny poradnik dla rodziców, o tym, jakiej edukacji potrzebujemy, aby dzieci wyrosły one na szczęśliwych ludzi, o tym, że nauka może sprawiać radość i co zrobić, aby dzieci same chciały się uczyć i rozwijać.

Czytaj również:

Dyrektor liceum: Edukacja w Polsce bardzo się rozwarstwi

Najlepszą metodą oceny dzieci w szkołach są testy? Nauczyciel: System edukacji cierpi na egzaminozę

Finlandia: Dyrektor cieszy się, kiedy dzieci biegają po korytarzu. A u nas? Pedagog: Różni nas wszystko