Dyrektor liceum: Edukacja w Polsce bardzo się rozwarstwi

Joanna Biszewska
- Konserwator czy pani woźna widzą rzeczy, których my, nauczyciele nie jesteśmy w stanie zobaczyć. Każdy, kto pracuje w szkole, musi wiedzieć, że kiedy uczeń wygląda na zdruzgotanego lub płacze w kącie to trzeba podejść - o kondycji psychicznej licealistów, a także o tym, co szkoła może zrobić i jak się zmienić, aby uczniowie, nauczyciele i rodzice czuli się w niej dobrze, mówi Leszek Janasik, dyrektor Społecznego Liceum Ogólnokształcącego nr 5 w Milanówku.

Pandemia koronawirusa wywróciła polski system edukacji do góry nogami. Uczniowie na kilka miesięcy zostali w domach, a nauczyciele z dnia na dzień musieli nauczyć się, jak pracować w nowej, "zdalnej" rzeczywistości.

1 września szkoły znów będą pełne. W nowej odsłonie cyklu "Jak będzie" weźmiemy pod lupę to, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach i co czeka teraz uczniów, nauczycieli i rodziców.

Teksty znajdziecie codziennie w dniach 24-28 sierpnia na Gazeta.pl oraz pod tym linkiem.

Z kolei w poniedziałek 31 września już od godz.7.15 rano czekamy na Was w Poranku "Szkoła w czasie pandemii" na Gazeta.pl. Wraz z dziennikarzami radia TOK FM i redakcji Wyborcza.pl będziemy rozmawiać m.in. z ekspertami i dyrektorami szkół o tym, czy Polska jest odpowiednio przygotowana na powrót uczniów do placówek od 1 września.

***

Joanna Biszewska, serwis eDziecko.pl: Panie dyrektorze, jak pan myśli, w jakiej kondycji psychicznej licealiści wrócą we wrześniu do szkół?

Leszek Janasik, dyrektor Społecznego Liceum Ogólnokształcącego Nr 5 Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Milanówku, nauczyciel geografii: Myślę, że wakacje były takim momentem, kiedy uczniowie, w miarę możliwości, wrócili do kontaktu z rówieśnikami. Mam nadzieję, że do szkoły przyjdą w dobrej kondycji psychicznej, bo łatwo nie było.

Wielu rodziców skarżyło się, że ich dzieci podczas zdalnego nauczania popadły w apatię. Najchętniej siedzieli w pokoju. Rodzice nie mogli ich „wypchnąć” z domu. Wyjście z psem na spacer było dla nich problemem.

Byłoby fatalnie, gdyby nie udało się wyrwać uczniów z tego stanu, w którym znaleźli się przed wakacjami. Myślę, że ten rok szkolny będzie bardzo dużym wyzwaniem wychowawczym dla szkoły, dla pedagogów, dla naszej kadry.

Na czym będzie polegało to wyzwanie?

Żeby tak mądrze poprowadzić zajęcia, aby ten rok nie był powrotem do „starej szkoły”, czyli takiej, w której ważne są tylko wymagania i formalna realizacja programu. Trzeba znaleźć w szkole czynnik ludzki i żeby był ważniejszy niż do tej pory.

Ma już pan jakiś pomysł?

Szkolnictwo w Polsce pachniało skansenem, jeśli chodzi o koncepcje edukacyjne. W Milanówku zdawaliśmy sobie z tego sprawę, między innymi dlatego, od przynajmniej sześciu lat, prowadziliśmy powolną i spokojną cyfryzację szkoły. Dla naszej placówki przejście na nauczanie zdalne nie było problemem. Mieliśmy gotowe platformy, konta służbowe uczniów, nauczycieli, powszechny dostęp do takich prostych i tanich urządzeń jak Chromebook. W przypadku naszej szkoły nauczanie hybrydowe jest spełnieniem pewnej wizji, którą od sześciu lat próbujemy realizować.

Czyli nie chodzi o to, aby uczeń przyszedł do szkoły i odhaczył obecność każdego dnia.

Kilka lat temu chcieliśmy w naszym liceum wprowadzić jeden dzień zdalny. Uważaliśmy, że takie doświadczenie przygotuje młodzież do wejścia na rynek pracy, który bazuje na świecie cyfrowym, na pracy w chmurze, obiegu informacji. System edukacji w Polsce nie był gotowy mentalnie. Dominowało myślenie, że „szkoła to musi być szkoła”.

Aż nagle okazało się, że nauczanie zdalne musi być wprowadzone, aby dostosować szkoły do realiów współczesnego świata.

I do umiejętności, które są potrzebne na rynku pracy. W tym roku zrealizujemy to, co chcieliśmy zrobić kilka lat temu. Nie czekając na wytyczne ministerstwa edukacji, zaczęliśmy przygotowywać taki plan, aby każda klasa miała jeden dzień nauki zdalnej. Bez względu na sytuację epidemiologiczną w Milanówku. Chodzi nam o to, aby uczniowie na poziomie licealnym cały czas doskonalili swój warsztat pracy online i aby nauczyciele nie stracili tego, czego się nauczyli, przez ponad trzy miesiące pracy zdalnej. Czy to w Milanówku, czy w Krakowie, Hrubieszowie, czy gdziekolwiek indziej, wszyscy wykonaliśmy gigantyczną pracę. Moim zdaniem szkoda byłoby, aby to zaprzepaścić.

Szkoła musi nadążać za królikiem, który ucieka.

Żeby szkoła była ciekawym miejscem dla uczniów i żeby przychodzili do niej z przyjemnością, to musi być w niej widać współczesny świat, a nie tylko tablicę i kredę. Z całym szacunkiem dla tablicy i kredy, bo to też jest przydatne, nie przekreślam tego. Potrzebna jest równowaga.

Boję się, że gdyby pandemia minęła zupełnie, to wszystko wróciłoby na stare tory. Byłby to największy błąd, jaki moglibyśmy zrobić. Kryzys trzeba wykorzystać do tego, żeby się rozwinąć. A jak wiadomo, każdy kryzys jest po to, żeby coś zrobić lepiej, inaczej, czegoś się nauczyć.

Nie każda szkoła sobie z tym poradzi. Co innego szkoła prywatna czy społeczna, a co innego niedofinansowana szkoła państwowa.

Edukacja w Polsce na poziomie średnim bardzo się rozwarstwi. Niektóre szkoły doświadczenie minionych miesięcy wykorzystają jak trampolinę do tego, żeby poprawić jakość edukacji i urealnić ją do świata, który jest wokół nas, do rynku pracy, do umiejętności, które są potrzebne w dorosłym życiu, a niektóre wrócą na stare tory.

Wszystko się zmienia, tylko nie szkoły. Tak to trochę wygląda.

Potrzebujemy ewolucji myślenia o edukacji, a nie kolejnej rewolucji. Niezbędny jest długofalowy plan i przede wszystkim odpowiedź na szereg fundamentalnych pytań: po co nam szkoła? Jaki powinien być absolwent? Co powinien umieć i wiedzieć? Do tego potrzebny jest system kształcenia i doskonalenia nauczycieli, wsparcie organów prowadzących i MEN, zmiany w wyposażeniu szkół itp. Jednorazowy napływ pieniędzy niewiele zmieni, a na pewno nie zmieni sposobu myślenia. To proces na wiele lat.

To już było widać podczas edukacji zdalnej. Niektóre szkoły poradziły sobie świetnie, kadra wiedziała, jak zaangażować uczniów do nowego systemu pracy, ale wielu uczniów zostało pozostawionych samym sobie. Zasypywani ogromem prac domowych i materiałem do samodzielnego popracowania stracili chęci do nauki.

Są szkoły, które nauczanie zdalne robiły na zasadzie „zróbcie swoje, nauczcie się, wpiszemy zrealizowany temat, zrobimy sprawdzian”. Są też szkoły, które bardzo się postarały, nauczyciele włożyli masę wysiłku w to, żeby się czegoś nauczyć i rozwinąć. Mam intuicyjne przeczucie, że bardzo rozwarstwi się nam edukacja, jeśli chodzi o jakość kształcenia.

Jedni uczniowie podążą z duchem czasu, a inni utknął w systemie, który nie ma wiele do zaoferowania oprócz stosu prac domowych.

Do tej pory wszyscy trzymaliśmy się w miarę jednej koncepcji edukacyjnej. Były szkoły bardzo dobre, które miały renomę i były szkoły niżej notowane w nieszczęsnych rankingach, czyli te pozornie słabsze. Chociaż moim zdaniem nie ma szkół słabych. Każda szkoła robi dobrą robotę na miarę swoich możliwości. Czy przyjdzie uczeń bardzo dobry, czy przyjdzie uczeń średni, czy słaby, to jest drugorzędna sprawa. Najważniejsze jest to, kto wyjdzie.

Często jest tak, że szkoła jest na końcu rankingu, ale to, patrząc na edukacyjną wartość dodaną, może być świetna szkoła, bo przyjmuje średnich i słabych uczniów i pozwala im rozwinąć się, zdobyć umiejętności i wiedzę.  Bo przyjęcie samych bardzo dobrych uczniów, to w miarę prosta sprawa, przychodzą olimpijczycy i wychodzą olimpijczycy. Oczywiście, trzeba monitorować ich pracę, ale to jest samonapędzający się mechanizm.

Tyle tylko, że szóstkowi licealiści z prestiżowych szkół nie dają rady psychicznie. Wiem, że wielu pacjentów psychiatrów to uczniowie prestiżowych liceów. Młodzi ludzie nie wytrzymują presji bycia najlepszymi.

Zupełnie się temu nie dziwię. Bardzo staram się, żeby przez przypadek nasza szkoła nie weszła w taką ślepą uliczkę. Trzeba bardzo mądrze prowadzić politykę szkoły, żeby każdy, kto jest zaangażowany w szkołę, wiedział, że nie chodzi o wyścig szczurów, bo w edukacji najważniejsze jest to, co damy uczniom i jak im pomożemy się rozwinąć. Czy uczeń dostanie dwójkę, czy dostanie szóstkę, to naprawdę powinno być drugorzędne.

Ale nie jest. Szkoły średnie to często wyścig szczurów.

I młodzi ludzie tego nie wytrzymują psychicznie. Po prostu. To jest dla nich bardzo obciążające, w szczególności, że coraz młodsze dzieci przychodzą do liceum, bo reforma spowodowała obniżenie się wieku uczniów, a te młodsze dzieci są bardziej delikatne. Niestety, w przypadku lat piętnastu jeden rok w górę lub w dół robi dużą różnicę, to jest zupełnie inny rozwój psychologiczny dziecka. Jako kadra musieliśmy przestawić się na to, że nagle zamiast 15-to czy 16-latków przychodzą 14-letnie dzieciaki. Wrzucenie takiego dziecka w wyścig szczurów to katastrofa. Oni tego nie wytrzymują, potrzebują porady psychologa czy psychiatry w ekstremalnych przypadkach.

Zobacz wideo Jak wspierać osobę chorą na depresję?

Tegoroczna ośmioklasistka, 14-latka, opowiadała mi, że jej koleżanki mają zdiagnozowaną depresję, biorą antydepresanty, leki na koncentrację, na sen, niektóre się samookaleczają. To przerażające.

Depresja i problemy psychiczne młodzieży to już epidemia.

Jak pan myśli, dlaczego tak jest?

Przyczyny są złożone i nie śmiałbym diagnozować, dlaczego tak jest. Podejrzewam, że po części jest to efekt zmian społeczno-ekonomicznych. Dzieci są wychowywane w dobrych i przyjaznych warunkach w domu, nieprzygotowywane są przez rodziców do życia w świecie zewnętrznym. Przede wszystkim do samodzielnego radzenia sobie z problemami. Rodzice w dobrej wierze wyręczają dzieci w wielu płaszczyznach życia codziennego. Za duża bańka ochronna jest nad nimi. W momencie, kiedy wchodzą w świat, idą do szkoły średniej, zaczynają się problemy, bo wymagania są stawiane dla nich jak dla dzieci sprzed lat, które były bardziej gruboskórne. Pracuję w szkolnictwie ponad 20 lat, kiedyś mieliśmy sporadyczne przypadki depresji, w tej chwili mamy wielu uczniów w szkole z poważną depresją.

Dobrze, że jest diagnozowana. Można uczniom pomóc.

Zdarza się, że już w momencie, kiedy kandydaci składają dokumenty, to od razu niektórzy rodzice przynoszą zaświadczenie, że dziecko ma depresję. Mimo że my nie wymagamy medycznych dokumentów, to sami nas uprzedzają, że na przykład na rozmowie kwalifikacyjnej dziecko może wypaść umiarkowanie, bo ma depresję. I to nie są wcale sporadyczne sytuacje. To jest zjawisko, które zaczyna być niepokojąco powszechne.

Na szkoły spada odpowiedzialność za to, aby wyłapać uczniów z problemami.

Tak, ale i rodzice powinni reagować. To oni mają najlepszy wgląd w to, jak dziecko się rozwija od momentu urodzenia do momentu dojścia do poziomu szkoły ponadpodstawowej. Rodzic ma czas, aby obserwować, jak dziecko zachowuje w domu. Tylko że z tym czasem jest pewien problem, bo trochę jako społeczeństwo zagalopowaliśmy się. Sam mam dwójkę dzieci, wiem, że tego czasu dla nich dużo nie mamy.

Często jest jednak tak, że to szkoła jako pierwsza wyłapuje, że dziecku trzeba pomóc. Zdarza się, że uczeń więcej powie szkolnemu pedagogowi, psychologowi niż rodzicowi.

My dostajemy młodego człowieka, który ma 14 -15-lat. Problemy nie pojawiają się nagle. One się nawarstwiają i mogą eksplodować na poziomie licealnym. Jako instytucja staramy się pomóc. Kadra jest uwrażliwiona na to, żeby obserwować uczniów. Bardzo zwracamy uwagę na relacje w szkole. Dobra relacja młodego człowieka z nauczycielem, wychowawcą jest ważna, to podstawa. Nie chodzi o to, żeby nauczyciele kumplowali się z uczniami, skracali dystans, tylko bardziej o to, żeby to był partnerski model relacji. A to jest trudne, bo wymaga od kadry predyspozycji, przygotowania, bacznego obserwowania uczniów i odpowiedniego reagowania.

Poda pan przykład?

Uczeń popłakał się, bo dostał jedynkę ze sprawdzianu. Wiele może być powodów. Może źle mu to zostało zakomunikowane przez nauczyciela? Może ma jakieś głębsze problemy? A może jest to po prostu chwila słabości, kiedy jest na siebie zły, że mu nie poszło. Mamy pedagoga w szkole, ma coraz więcej pracy, uczniowie zgłaszają się na rozmowy. Jeśli pedagog zauważy poważniejsze problemy, kieruje ucznia, uczennice do specjalisty zewnętrznego. Jesteśmy w kontakcie i z rodzicami, i z psychologami, w ostateczności z psychiatrami.

'Zdarza się, że już w momencie, kiedy kandydaci składają dokumenty, to od razu niektórzy rodzice przynoszą zaświadczenie, że dziecko ma depresję. Mimo że my nie wymagamy medycznych dokumentów''Zdarza się, że już w momencie, kiedy kandydaci składają dokumenty, to od razu niektórzy rodzice przynoszą zaświadczenie, że dziecko ma depresję. Mimo że my nie wymagamy medycznych dokumentów' Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Ten rok szkolny będzie trudny. Uczniowie wrócą do szkół po miesiącach izolacji, wyjdą z różnych domów. Pandemia sprawiła, że kryzysów i konfliktów w rodzinach jest w ostatnich miesiącach znacznie więcej. To się odbije na dzieciach i młodzieży?

Środowisko szkolne jako społeczność powinno być wyczulone na to, co dzieje się z uczniami. Mówię tutaj o wszystkich. Nie tylko o nauczycielach. To też dyrektorzy, administracja i osoby, które w szkole sprzątają i które często mają kontakt z uczniem na zupełnie innej płaszczyźnie niż nauczyciele. Konserwator, pracownicy sekretariatu czy pani woźna widzą pewne rzeczy, których my, nauczyciele nie jesteśmy w stanie zobaczyć na lekcji. Widzą, że uczeń wychodzi z lekcji, idzie w kąt i pochlipuje, albo siedzi w szatni i wygląda na zdruzgotanego.

Każdy, kto pracuje w szkole, musi wiedzieć, że kiedy uczeń płacze w kącie, to trzeba podejść, porozmawiać, zapytać i ewentualnie zgłosić sprawę wychowawcy czy pedagogowi, że jest ktoś, kto po zajęciach pęka. To jest praca całego zespołu, całej instytucji.

Chodzi o to, aby nie zostawiać uczniów samym sobie?

Dokładnie tak. Szkoła, w której pracuję, istnieje od 30 lat. Ludzie, z którymi mam przyjemność pracować to pasjonaci edukacji o niespotykanym etosie pracy. Tegorocznym maturzystom przesunięto matury z maja na czerwiec. Uczniowie skończyli naukę w kwietniu i mieli półtora miesiąca niezagospodarowanej przerwy. Nasi nauczyciele pracowali w maju i czerwcu z maturzystami, a nie musieli tego robić. Nikt z naszych nauczycieli nie powiedział, „ale zaraz, nie pracuję w czerwcu, nie muszę, nie mam w umowie napisane, że mam pracować”. Teoretycznie w umowie nie ma, pensja jest uśredniona na cały rok. Nauczyciele mogli powiedzieć: „nie”.

I maturzyści chętnie korzystali z dodatkowych lekcji?

Zajęcia ciągnęliśmy do momentu rozpoczęcia matur. Stwierdziliśmy, że to nasz moralny obowiązek, aby pomóc uczniom dobrze przygotować się do egzaminów. Mówiąc językiem sportowym, utrzymać ich w gotowość startowej. Młodzież była psychicznie przygotowani na egzaminy na początek maja. Kadra stanęła na wysokości zadania i młodzież to doceniła. Frekwencja na zajęciach majowych i czerwcowych, a podkreślę wyraźnie były to nieobowiązkowe zajęcia, bo szkoła oficjalnie skończyła się w kwietniu, była nierzadko lepsza niż w czasie, kiedy szkoła była „legalna”. Nasze „tajne komplety” szkolne, przez to, że były nieobowiązkowe, nie było tam ocen, nie było sprawdzianów, okazały się taką czystą kwintesencją edukacją.

Czystą edukacją, czyli ciekawością, nieprzymuszoną chęcią poznawania i uczenia się. Świetnie byłoby, aby uczniowie we wszystkich szkołach mieli takie podejście do zdobywania wiedzy.

Szkoła musi być elastyczna i musi się zmieniać. A wiem, że czasami dla uczniów jest koszmarem. Na przykład w większości szkół obowiązuje zakaz używania telefonów. Dla mnie to absurdalne.

To chyba dobrze, że telefony nie rozpraszają uczniów, nie kuszą ich, aby zaglądać na Instagrama np. na lekcji geografii.

Kiedyś nie pozwalano pisać długopisami, bo były pióra. Dlaczego dzieciaki nie mogłyby skorzystać z telefonów na zajęciach? Dlaczego nie możemy uczyć mądrego korzystania z urządzenia? Nie mamy 20 czy 30 komputerów, żeby na chwilę wnieść do sali, ale prawie każdy ma w kieszeni smartfona, a w naszej szkole jest od dawna ogólnodostępne wifi. Ja na swoich lekcjach mówię: „Drodzy, kochani uczniowie, wyciągajcie telefony i szukamy takich a takich informacji”. W czasach sprzed pandemii zdarzało się nam  robić sprawdziany cyfrowe. Uczniowie rozwiązywali testy online. Telefon to nie zbrodnia. Takich małych rzeczy, które powodują, że szkoła staje się elastyczną i nowoczesną instytucją jest masa. Nie wszystkie wymagają dużych nakładów finansowych.

Co jeszcze?

Mówię naszym nauczycielom, że musimy troszeczkę pomyśleć o szkole jak o firmie. Obieg informacji powinien być adekwatny do czasów. Nasi nauczyciele i uczniowie mają służbowy adres mail. To niezwykle usprawnia komunikację. Każdy uczeń może napisać do nauczyciela, o coś zapytać, na co np. gdy zabrakło czasu nie lekcji. Szkoła dzisiaj nie może być zamkniętą twierdzą, musi być element komunikacji równoległej, kiedy nie jest możliwy kontakt bezpośredni. Oczywiście muszą być ustalone zasady np. na e-mail odpowiadamy do godziny 17. Tak, aby wszyscy szanowali swoją pracę i czas na odpoczynek.

Instytut Edukacji Pozytywnej zrobił badanie, według którego 70 proc. uczniów w polskich szkołach ma objawy wypalenia uczniowskiego. To spadek motywacji, stres, niska samoocena. Co możemy zrobić, żeby dzieci i młodzież w nadchodzącym, bardzo trudnym roku szkolnym, nie czuły, że szkoła to przykry i stresujący obowiązek.

Próbujmy budować relacje. Partnerskie i pozytywne. To jest dla mnie podstawa. Po prostu bez dobrych relacji nie może być dobrej jakości kształcenia. Chcemy szacunku, to pokażmy, jak należy okazywać ten szacunek. A szacunek najlepiej okazać przez partnerskie relacje, w szczególności na poziomie licealnym. Pracowałem w gimnazjach i liceach publicznych, katolickich i społecznych. Nigdy nie pracowałem w szkole podstawowej, ale myślę, że tam dzieci też doceniają, jeśli się ich traktuje poważnie, a nie jak przykra konieczność. Tylko to wymaga procesu zmiany nastawienia i świadomości. Nie da się tego tak zrobić z dnia na dzień, powiedzieć, że od 1 września będą nowe relacje.

Opowie pan o dobrej relacji nauczyciela z uczniem. Jako panu się to udaje?

Można postawić jedynkę uczniowi i tak to zakomunikować, że poczuje się najgorszym człowiekiem świata, niemądrym głupkiem, który nie jest w stanie nauczyć się prostych rzeczy z geografii. Nie sztuka powiedzieć „jesteś głupi, dostałeś jedynkę i zawsze będziesz miał jedynkę”. Sztuką jest zmotywować ucznia, stawiając mu gorszą ocenę. Pokazać, że jest to punkt wyjścia, powiedzieć: Trudno, dzisiaj dostałeś jedynkę, może masz jakieś pytania, spróbujmy razem się zastanowić, w jaki sposób to można poprawić. To jest jeden z elementów tych relacji, traktowanie uczniów jak partnerów, a nie jak wrogów czy rozwrzeszczanych dzieciaków.

Społeczność szkolna to również rodzice. Co możemy z siebie dać, żeby szkoła była miejscem, które kojarzy się z dobrymi relacjami.

Współpracować z nami. Jeśli chcemy budować relacje, to nie tylko nauczyciel jest za nie odpowiedzialny, ale wszyscy. Jeśli w domu mówimy „ten głupi nauczyciel”, to jak uczeń, który idzie potem do szkoły, patrzy na tego nauczyciela? I odwrotnie, jeśli rodzic przychodzi na wywiadówkę i spotyka się z nauczycielem, który mówi o uczniu tylko w negatywnym świetle to brak wzajemnego zaufania tylko się nakręca. Trzeba spróbować to odkręcić, zacząć mówić w drugą stronę. Komunikować się inaczej. O tych samych sprawach można powiedzieć różnie, można kogoś obrazić i psychicznie go zmaltretować, a można powiedzieć to tak, że potraktuje to konstruktywnie i wyciągnie z tego pozytywne wnioski.

Co jest dzisiaj w szkole najważniejsze?

W wakacje przyszła do mnie grupa tegorocznych maturzystów porozmawiać o tym co jest w naszej szkole dobre, a co funkcjonuje nie najlepiej. Podziwiam ich odwagę cywilną, zaufanie jakie mają do instytucji i osób w niej pracujących. Wiedzą, że ich wysłucham i pewne przemyślenia będą punktem do dalszego rozwoju.Według mnie, dialog, szacunek i zaufanie to powinna być podstawa edukacji.

Leszek Janasik - dyrektor Społecznego Liceum Ogólnokształcącego nr 5 Społecznego Towarzystwa Oświatowego w MilanówkuLeszek Janasik - dyrektor Społecznego Liceum Ogólnokształcącego nr 5 Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Milanówku Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta

Leszek Janasik jest od 21 lat nauczycielem geografii i wiedzy o społeczeństwie. Od 2017 roku jest dyrektorem Społecznego Liceum Ogólnokształcącego Nr 5 Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Milanówku.

W najnowszym rankingu Perspektyw prowadzona przez Leszka Janasika szkoła zajęła 12. miejsce na Mazowszu i 28. w Polsce.

Czekamy na maile i komentarze nauczycieli dotyczące powrotu do szkół. Jak funkcjonują Wasze placówki? Czy kadra i uczniowie stosują się wytycznych? Piszcie na adres: listydoredakcji@gazeta.pl.

?