Najlepszą metodą oceny dzieci w szkołach są testy? Nauczyciel: System edukacji cierpi na egzaminozę

"Polskie szkoły w ostatnich latach przeżywają inwazję testów ze wszystkich przedmiotów i na różnych poziomach kształcenia" - o tym co z systemem edukacji robią liczne sprawdziany, testy i egzaminy w książce "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku" pisze dr Mikołaj Marcela.

Mikołaj Marcela, pisarz, nauczyciel akademicki, współautor i współkoordynator kierunku Sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim w książce "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku. Wszystko, co możemy zrobić, żeby edukacja miała sens" porusza kilka wątków ważnych dla rodziców dzieci w wieku szkolnym. Podpowiada, co robić, aby być mądrym rodzicem, jak motywować dzieci do nauki. Punktuje, czego brakuje w polskich szkołach, pokazuje, że nauka w szkołach zamienia się w mechaniczną i sformalizowaną procedurę "przerabiania materiału", która jest przygotowaniem do rozwiązywania testów.

Testy. Oddzielają zwycięzców od przegranych

Marcela w jednym z rozdziałów (fragment cytujemy poniżej) namawia rodziców, aby nie koncentrowali swojej uwagi tylko na tym, co dziecko dostało z testu, sprawdzianu, jaki ma wynik egzaminu. Uważa, że system edukacji od wielu lat cierpi na pozornie nieuleczalną chorobę: egzaminozę. Jakie są jej objawy? Autor wymienia je w punktach:

  • "Rosnąca na całym świecie z roku na rok liczba sprawdzianów, testów i egzaminów na każdym etapie kształcenia – dla przykładu w USA w przeciągu kilku lat liczba obowiązkowych egzaminów, do których muszą podchodzić uczniowie, wzrosła z sześciu do czternastu! Polskie szkoły w ostatnich latach także przeżywają inwazję testów ze wszystkich przedmiotów i na różnych poziomach kształcenia.
  • Próba coraz większej standaryzacji wszystkich możliwych obszarów edukacji, co z kolei wiąże się z wprowadzaniem coraz większej liczby "obiektywnych" testów. Przez test rozumiem taki sprawdzian stopnia przyswojenia danych, w którym można udzielić tylko jednej odpowiedzi i który nie zostawia miejsca na swobodną interpretację.
  • Szkolna nauka zamienia się w mechaniczną i sformalizowaną procedurę "przerabiania materiału", która w istocie jest przygotowaniem do rozwiązywania testów.
  • System edukacji staje się układem testocentrycznym, który zakłada, że jakość szkół i nauczania można mierzyć za pomocą doprecyzowywania podstawy programowej oraz systemu kontroli przyswajania informacji przekazywanych na lekcji.
  • Rośnie znaczenie egzaminów jako instrumentów selekcji, które pozwalają na oddzielenie zwycięzców od przegranych.

Mam wrażenie, że wszyscy godzimy się na taki stan rzeczy, ponieważ sami, zaraz po ukończeniu naszej przygody z edukacją, wyparliśmy jej absurd. Pomyślcie, w jakiej sytuacji na co dzień są dzieci: od siódmego (a często od szóstego) roku życia aż do ukończenia szesnastu lat muszą chodzić pięć dni w tygodniu do instytucji, w której grupa ludzi ma prawo poddawać je różnego rodzaju testom, sprawdzianom i w końcu egzaminom. A jeśli nie spełniają stawianych im wymagań, kierowane są na dodatkową terapię edukacyjną – albo w formie powtórzenia klasy, albo indywidualnego toku nauczania lub dodatkowych zajęć reedukacyjnych.

Dobre stopnie uzyskane na organizowanych przez system egzaminach dają nadzieję na uzyskanie odpowiedniej posady, bo te przecież - zgodnie z naszymi wyobrażeniami - najczęściej zajmują osoby z wysokimi ocenami. Ale tak nie jestDobre stopnie uzyskane na organizowanych przez system egzaminach dają nadzieję na uzyskanie odpowiedniej posady, bo te przecież - zgodnie z naszymi wyobrażeniami - najczęściej zajmują osoby z wysokimi ocenami. Ale tak nie jest Fot. Jakub Włodek / Agencja Gazeta

Dobre stopnie dają nadzieję na uzyskanie dobrej posady?

Szkoła wymaga od dzieci wykazywania się znajomością tysięcy informacji całkowicie nieistotnych z ich perspektywy. Jeśli nie udowodnią, że je znają, szkoła nie da im żyć. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że sami bardzo dobrze o tym wiecie, bo też byliście tymi - pozornie -  chorymi młodymi pacjentami, którzy poddani zostali tej edukacyjnej terapii.

Dlaczego więc nie chcemy zmienić tego systemu i wyleczyć go z toczącej go egzaminozy? Dlaczego ciągle mu wierzycie, gdy głosi, że najlepszą metodą oceny dzieci są egzaminy wstępne albo końcowe? To proste: dzieje się tak, ponieważ system wpływa zarówno na standardy przyjmowania na studia, jak i do pracy, którą można po nich dostać.

Dobre stopnie uzyskane na organizowanych przez system egzaminach dają nadzieję na uzyskanie odpowiedniej posady, bo te przecież – zgodnie z naszymi wyobrażeniami – najczęściej zajmują osoby z wysokimi ocenami. Ale tak nie jest.

Ostatecznie o sukcesie decydują zupełnie inne rzeczy – zdolności i umiejętności, wyjątkowe cechy charakteru. W dorosłym życiu nikogo nie będzie obchodzić, czy wasze dziecko miało trójkę, czy czwórkę z matematyki. Za to liczyć się będą na przykład umiejętności przywódcze albo zdolność do krytycznego myślenia.

A dzieci są różne i wyjątkowe

Możecie oczywiście stwierdzić, że to filozoficzne dywagacje. Niemniej zastanówcie się nad jedną rzeczą: czy to normalne, że wszystkie dzieci w danym roczniku poddawane są na przykład temu samemu egzaminowi ośmioklasisty czy maturze z polskiego i matematyki? Jeśli macie więcej niż jedno dziecko, wiecie, jak są one od siebie różne i przede wszystkim wyjątkowe. Gdyby ktoś chciał je "ustandaryzować" i odebrać im to, co właśnie w nich niepowtarzalne, przypuszczam, że z własnej nieprzymuszonej woli nie zgodzilibyście się na taki pomysł. A jednak, godząc się na funkcjonowanie dzieci w systemie testocentrycznym, cierpiącym na egzaminozę, pozwalacie na to.

Co zamiast testów i egzaminów? Stara matura z języka polskiego

To wszystko nie oznacza jednak, że sprawdziany i egzaminy jako takie są złe. Mogą i powinny one być niezwykle pomocne w systemie edukacji, ale muszą pełnić inną funkcję niż do tej pory. Czyli jak mogłyby wyglądać sprawdziany?

  1. Po pierwsze, powinny umożliwić dziecku wykazanie się posiadaną wiedzą, a nie służyć tylko jako wykrywacze niewiedzy.
  2. Po drugie, powinny być okazją do uzyskania informacji zwrotnej, która byłaby podstawą dalszej nauki, a nie do porównywania, czy wasze dziecko jest lepsze, czy gorsze od innych uczniów.
  3. Po trzecie, idealną sytuacją byłoby przygotowywanie zindywidualizowanych testów i sprawdzianów, które dostarczałyby informacji na temat konkretnych uczniów. Innymi słowy, testy i sprawdziany – wbrew dominującym tendencjom – powinny odchodzić od standaryzacji i być okazją do wydobycia z  dzieci tego, co w nich najlepsze.

Podobnie rzecz się ma z egzaminami. Pamiętajcie, że wywierając presję na nauczycieli i swoje dzieci, by wyniki na egzaminach były jak najlepsze, jednocześnie utrudniacie pedagogom pracę w szkole nad rozwojem kluczowych dla uczniów umiejętności i zdolności.

Skupienie się na przygotowaniu do standaryzowanych egzaminów negatywnie wpływa na innowacyjność, kreatywność, komunikację, myślenie krytyczne, współpracę czy w końcu pogłębianie wiedzy w obszarze zainteresowań dzieci. Zresztą, to nie tylko szkodliwe dla dzieci, lecz także dla naszej kultury, społeczeństwa i rynku pracy.

Dlatego warto przemyśleć to, jak może wyglądać egzamin i co powinien sprawdzać. Co w takim razie należałoby zmienić?

Egzamin w dzisiejszych czasach nie powinien sprawdzać wiedzy encyklopedycznej, a więc stopnia przyswojenia materiału przerobionego na zajęciach. A już na pewno nie powinien przyjmować formy pisemnego testu. Zamiast tego powinien być okazją do wykazania się przez ucznia umiejętnością zastosowania zdobytej wiedzy w praktyce. Powinien, na ile to możliwe, bazować na pytaniach otwartych – a zatem takich, na które nie ma jednej właściwej odpowiedzi.

Dzięki temu uczniowie mieliby okazję do zademonstrowania umiejętności krytycznego myślenia oraz przede wszystkim przedstawienia własnego zdania. Pod tym względem uważam, że dużo lepszym rozwiązaniem była stara matura z języka polskiego – esej, na którym uczniowie wypowiadali się na jeden z trzech tematów. To, co odróżniało ją od obecnych testów i egzaminów, to brak "klucza" odpowiedzi, w który należało się wpisać. Esej zresztą równie dobrze sprawdziłby się w naukach ścisłych czy przyrodniczych, co pokazuje praktyka tutoringu.

Idealnym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie egzaminu krytycznego, na którym młodzi ludzie nie tyle referują wiedzę na dany temat, co przedstawiają krytykę zagadnienia, z którym się nie zgadzają, wcześniej przygotowując się oczywiście do tego rodzaju krytyki.

W czasie rozmowy o pracę coraz rzadziej pyta się o to, co potrafi kandydat

Czemu o tym wszystkim piszę? Bo najprawdopodobniej najważniejsze egzaminy, którym poddane będą wasze dzieci, nie nastąpią w czasie ich edukacji. Nie będzie to egzamin ośmioklasisty czy matura, nie będzie to też egzamin licencjacki czy magisterski. Najistotniejsza może się okazać rozmowa o pierwszą pracę.

A dziś – co pokazują historie Elona Muska, twórcy Tesli, SpaceX i wielu innych przedsięwzięć, Richarda Bransona, założyciela Virgin Group, czy Laszlo Bocka, szefa HR-u w Google - w czasie rozmowy o pracę coraz rzadziej pyta się o to, co potrafi i umie kandydat do pracy, a coraz częściej stawia się przed nim rozmaite zadania:

• Zagadki: "Stoisz na powierzchni Ziemi. Idziesz jedną milę na południe, jedną milę na zachód i jedną milę na północ. Wracasz do miejsca, z którego wyruszyłeś. Gdzie jesteś?" • Trudne i niejednoznaczne pytania otwarte: "Czy mógłbyś podać przykład czegoś, co według Ciebie jest prawdą, ale w czym praktycznie nikt się z Tobą nie zgadza?".

• Pytania odwołujące się do wcześniejszych doświadczeń kandydatów, które pokazują, w jaki sposób widzą oni świat i jak podchodzą do rozwiązywania problemów: "Podaj przykład trudnego zadania analitycznego, które rozwiązałeś w ostatnim czasie".

Czy to nie byłyby również dobre pytania na egzamin dojrzałości młodych ludzi?"

***

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Książka dostępna w księgarniach od 29 stycznie, 2020Książka dostępna w księgarniach od 29 stycznie, 2020 fot: materiały prasowe

Książka "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku", wyd. Muza będzie dostępna w księgarniach od 29 stycznia 2020 r. Z książki dowiecie się, dlaczego polska szkoła mogłaby spokojnie funkcjonować bez ocen, bez podstawy programowej i bez sprawdzianów.