Pedagog o pracach domowych: Rodzice w prywatnych szkołach chcą, aby było zadawane

"Nauczyciel to łysa kobyła, chłopiec do bicia, który obrywa za wszystko, co właściwie od niego nie zależy" - czytamy w poście pedagog m.in. na temat zadawania prac domowych w polskich szkołach. Komu najbardziej na nich zależy? Rodzicom? Nauczycielom? Dyrekcji?

O tym, że polscy uczniowie sporo czasu spędzają w domu nad książkami, wiemy z różnych źródeł, m.in. statystyk. Na prace domowe poświęcają średnio siedem godzin tygodniowo. Średnia europejska to nieco poniżej pięciu godzin – dowiadujemy się z badań przeprowadzonych przez OECD przy okazji badań PISA z 2012 roku (więcej o badaniach PISA: Polscy uczniowie w czołówce. Broniarz: Likwidacja gimnazjów była ogromnym błędem).

Zobacz wideo

Etat w firmie to 40 godzin. Uczeń pracuje prawie 50

Łatwo policzyć ile czasu w tygodniu uczniowie muszą przeznaczyć na naukę. W szkole spędzają średnio 40 godzin tygodniowo, do tego siedem pracują w domu. I to jest wersja optymistyczna, bo ci ze starszych klas uczą się w domu o wiele dłużej. Czasami trzy godziny dziennie. O tym, jak wygląda odrabianie prac domowych w polskich domach, opowiadała matka w naszym tekście: Rywalizacja w szkołach. Córka zajęła ostatnie miejsce w zawodach. Dyrektor jej pogratulował.

Pełen etat dla dorosłego człowieka wynosi 40 godzin tygodniowo. Uczniowie pracują więcej niż 47 godzin w tygodniu. Są przepracowani, nie mają czasu na odpoczynek, sport i sen.

O tym, że obecny model nauki narusza prawa dzieci i rodziców do wypoczynku, życia rodzinnego i społecznego, wszechstronnego rozwoju informował niedawno rzecznik praw obywatelskich. Adam Bodnar wraz z kilkoma organizacjami pozarządowymi ogłosili projekt #zadaNIEdomowe.

"Nadmierne obciążenie uczniów obowiązkami szkolnymi ma negatywny wpływ na życie całych rodzin, jest też niezgodne z nowoczesnymi trendami edukacyjnymi" - czytamy na stronie RPO. I dalej: "Zadania domowe nie zawsze pomagają w procesie uczenia się, mogą natomiast doprowadzić do wzrostu zniechęcenia uczniów i pogłębienia się nierówności społecznych".

"Pretensje rodziców powinny być adresowane do dyrekcji i wyżej"

Psycholog Agnieszka Stein w tekście magazynu "Dziecko" pt. Psycholog: W interesie szkoły leży, by rodzice przejmowali się ocenami, bo pracują one na ranking szkoły opowiedziała o niemieckiej zasadzie 10 minut:

"Podoba mi się niemiecka zasada dziesięciu minut. To maksymalny czas odrabiania lekcji dla pierwszoklasisty. Z każdą kolejną klasą się wydłuża o 10 minut. W drugiej klasie będzie to więc 20 minut, w trzeciej - 30 itd. Po upływie tego czasu uczeń przerywa pracę, a rodzic podpisuje się w jego zeszycie, poświadczając, że dziecko pracowało przez ustalony czas".

Do zacytowanej wypowiedzi psycholog odniosła się w swoim poście na portalu społecznościowym pedagog, Agnieszka Szarek. Zwróciliśmy na niego uwagę, bo wpis nauczycielki z Wrocławia pokazuje, że w relacji rodzic - nauczyciel jest jeszcze dyrektor szkoły, kuratorium, MEN. Komu bardziej zależy na stawianiu ocen, na zadawaniu prac domowych? Nauczycielom, rodzicom, dyrekcji szkoły? Agnieszka Szarek pisze tak:

"Wracamy do punktu wyjścia i tego, co jest od wielu lat w tym kraju. Nauczyciel to łysa kobyła, chłopiec do bicia, który obrywa za wszystko. Tymczasem to nie nauczyciel jest adresatem ich [rodziców] pretensji w większości przypadków, a dyrektor danej placówki albo kuratorium oświaty, albo MEN" - czytamy w poście nauczycielki, która opisuje swoje zawodowe doświadczenia:

"Jeśli ja nie będę realizować tego, czego wymaga ode mnie dyrektor, nawet jeśli sama będę uważać jego wytyczne za głupie, bezsensowne czy niezgodne z aktualną wiedzą o rozwoju dzieci, to jedyne, co mnie czeka, to zwolnienie z pracy przy pierwszej nadarzającej się okazji" - wyjaśnia nauczycielka. Opisuje też sytuację, z której wynika, że wielu rodziców oczekuje, iż szkoła będzie zadawała dzieciom prace domowe.

W poście pedagog przeczytamy:

"Kiedy szukałam nowej pracy, poszłam na rozmowę do szkoły prywatnej. Pomyślałam sobie, że będzie mniej sformalizowana niż publiczna. Będę mieć więcej wolności w stosowaniu metod i form pracy, jakie uważam za stosowne.

Kiedy na ich pytanie: "A jaki ma Pani stosunek do zadawania prac domowych?" odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że w I klasie szkoły podstawowej w ogóle nie widzę potrzeby zadawania zadań domowych, usłyszałam od dyrekcji: "Rodzice w naszej szkole oczekują, że dzieci będą miały zadawane"

- czytamy w poście wrocławianki.

Prace domowe to nie konieczność

Z punktu widzenia obowiązującego prawa nie ma żadnych podstaw do zadawania dzieciom prac domowych. Na temat zadań domowych wprost mówi ustawa z dnia 14 grudnia 2016 r. - Prawo oświatowe. Według ustawy nauczyciel, zadając pracę domową, powinien brać pod uwagę obciążenie uczniów wynikające z realizacji pozostałych przedmiotów oraz inne kwestie, np. czy wykonanie zadań w domu nie będzie zbyt czasochłonne. Zadawanie prac domowych powinno uwzględniać także konieczność zapewnienia uczniowi czasu wolnego po lekcjach.

Zadawanie prac domowych nie jest zatem konieczne. Jednak według analizy przeprowadzonej przez doktora Pawła Grygiela z Instytutu Badań Edukacyjnych tak uważa zaledwie dwa procent nauczycieli. Pozostali są przekonani, że pozbawieni prac domowych uczniowie nie potrafiliby utrwalić materiału, systematycznie pracować czy przygotować się do sprawdzianu.

W raporcie Instytutu Badań Edukacyjnych dr Grygiel nie zaprzecza, że zadania domowe sprzyjają nauce krytycznego myślenia, przetwarzania informacji czy rozwiązywania problemów, jednak nadużywane wyrządzają więcej szkody niż pożytku.

Cały raport Instytutu Badań Edukacyjnych w Warszawie "O pracach domowych - czyli, czy więcej znaczy lepiej?" tutaj>>

O tym jak wygląda odrabianie prac domowych w naszych domach czytaj w tekście:

Rodzice ślęczą z dziećmi nad pracami domowymi. Mama 12-latki: 'Mogłabym się z nią nie uczyć, ale byłaby czwórkowa. A jestem ambitna'