Nauczyciel opisuje swoją pracę. "Po pierwszych czterech godzinach jestem trupem"

Nauczyciel ze szkoły podstawowej w Bytomiu wysłał do nas list otwarty, w którym opisuje realia swojej pracy w polskiej szkole. Jak zaznacza, w tekście stara się obnażyć kilka podstawowych stereotypów dotyczących pracy nauczyciela.
Zobacz wideo

Jestem nauczycielem wychowania fizycznego i wychowawcą świetlicy. Po szkole pracuję w klubie piłkarskim. Zwykle mój dzień wygląda tak, że wychodzę koło 8.00-9.00 i wracam do domu o 20.00.

Pociągnę tak maksimum jeszcze 3-5 lat.

Zacznę od legendarnych 18 godzin w pracy. W moim przypadku to nie jest 18 godzin, ponieważ na świetlicy etat wynosi 26 godzin, więc mam uśrednienie i pracuję 22 godziny na etacie. Ale załóżmy, że byłbym tylko nauczycielem wychowania fizycznego i miał 18 godzin. Do tego musimy dołożyć dwie „godziny kartowe”, czyli darmowe dwie godziny pracy z dziećmi. Minister Zalewska je oficjalnie zdjęła, ale nieoficjalnie pozostały. U nas w szkole realizuje je 100 procent nauczycieli. Czyli mamy 20 godzin.

Co miesiąc rada pedagogiczna i zebrania lub konsultacje - łącznie minimum cztery godziny - razem 21 tygodniowo. Librus (dziennik elektroniczny) - mnie, jako wychowawcy, który bardzo swobodnie operuje na komputerze, pozaszkolna obsługa go (frekwencja, dyżurni, wydarzenia szkolne, zebrania, spotkania, zmiany w harmonogramach, plany lekcji, kontakty z rodzicami) zajmuje około dwóch godzin tygodniowo (to jest naprawdę minimum). Dziennik zajęć pozalekcyjnych - kolejna godzina tygodniowo. To już 24 godziny. Spotkania i rozmowy (telefoniczne bądź osobiste) z rodzicami poza wyznaczonymi terminami zebrań - kolejna godzina tygodniowo, razem 25. Przygotowywanie do lekcji - minimum dwie godziny w tygodniu, to już 27. Sprawdziany, kartkówki, prace, zeszyty, ćwiczenia (mnie to omija) - ok. 2-4 godzin w tygodniu, razem około 30 godzin. Przygotowywanie apeli, wydarzeń szkolnych, występów - trudne do policzenia. Zawody, konkursy, warsztaty - trudne do policzenia. Pisanie opinii o dzieciach, konspekty, sprawozdania i inne dokumenty szkolne - trudne do policzenia. Wyjazdy, wycieczki - trudne do policzenia.

Ciekawym przykładem jest tu jednak Zielona Szkoła, na którą, jako młody (pełen energii) nauczyciel, jeździłem przez swoich pierwszych sześć lat pracy w szkole. Żeby było jasne - mówimy tutaj o 14 dniach opieki, 24 godziny na dobę, nad dwudziestką dzieci.

Całościowej opieki, tzn. z koniecznością radzenia sobie z sytuacją posikanego łóżka, ubrudzonych majtek, kradzieży dokonanych przez dzieci, chorób, wiecznych konfliktów w pokojach, pukania do drzwi o północy, wymiotów, płaczu za matką, usypiania, a później wstawania o 6.00 wskutek biegania dzieci między pokojami.

Wszystko bez żadnego dodatkowego wynagrodzenia.

Jest jeszcze kwestia okienek, które dotyczą niemal wszystkich nauczycieli. Ja mam dwa, to i tak niewiele, niektórzy mają po cztery. W praktyce jest to 45 minut przerwy między jedną lekcją a drugą. Nieodpłatnej przerwy. Nic w tym czasie nie zrobisz, bo musisz wrócić przed dzwonkiem. Darmowe godziny w szkole.

Teraz pieniądze. Po ośmiu latach pracy w szkole, będąc zatrudnionym na pełnym etacie, z przygotowaniem magisterskim, zarabiałem niecałe 1950 złotych. Moja partnerka, trzeci rok w szkole, po studiach pedagogicznych, bez magisterski, na etacie zarabia około 1600. Minister Zalewska wydłużyła staż młodym nauczycielom (w praktyce zmniejszyła ich wynagrodzenia), więc Sylwii* zajmie znacznie dłużej osiągnięcie mojego etapu, nawet jeśli będzie pokonywała kolejne szczeble awansu tak szybko, jak to możliwe (...).

Obecnie moje wynagrodzenie zasadnicze, bez nadgodzin, to około 2100 złotych.

Wracając do mnie: dziś był piątek i to jest mój najtrudniejszy dzień w tygodniu. Pracuję od 8.00 do 15.30, bez przerwy, z czego sześć godzin na sali gimnastycznej, reszta w sali lekcyjnej.

Po pierwszych czterech godzinach jestem trupem. Pracuję na pełnych obrotach do około 11.30, później jadę na rezerwach paliwa.

Nie da się. Hałas na sali gimnastycznej rozsadza głowę po około 3-4 godzinach. Sam hałas. A tutaj masz 15 konfliktów na 15 minut. Na pierwszej lekcji reagujesz szybko, celnie, dobrym komentarzem. Dzieciaki czują, że stoi przed nimi gość, który jest pełen energii i czasem odpuszczają.

Ale na piątej lekcji już cię nie ma. Jesteś wrakiem.

Czterdziestka dzieci na sali, dwóch płacze, jeden kopie w kaloryfer, ktoś znowu rusza piłki bez pozwolenia i zaczyna kozłować, kiedy tłumaczysz ćwiczenie; dwie dziewczyny i jeden chłopak stoją nad tobą i skarżą się, że tamta nazwała ją idiotką, a ten fauluje, a jeszcze inny ukradł mu bułkę. Masz trzy sekundy, żeby rozwiązać te trzy konflikty, bo jeśli zajmie ci to dłużej, ktoś inny to wykorzysta. Możesz operować krzykiem, wrzeszczeć na dzieciaki. Do pewnego etapu to nawet zdaje egzamin, przynajmniej pozornie, w jakimś pragmatycznym sensie. Ale jak dzieci są starsze, to ci odpowiadają, że masz na nie nie krzyczeć, a rodzice piszą pisma do dyrekcji i kuratorium. Zresztą i tak piszą, czy krzyczysz, czy nie. Piszą, że sobie nie radzisz z ich dzieckiem, a przecież od tego jesteś.

Najpierw słyszysz od dzieciaka, że jesteś frajerem, a później czytasz pismo od matki, że sobie nie radzisz - to jest prawdziwa historia, nie z mojej szkoły, ale prawdziwa (...).

Są oczywiście fajne klasy, gdzie idziesz z przyjemnością,

ale generalnie jest naprawdę bardzo ciężko. Ludzie pękają, serio, i będą rezygnować. Płaczą po nocach, są znerwicowani, zastraszeni, za dwa tysiące miesięcznie.

Czy zabieram pracę do domu? Jak mógłbym nie zabierać!? Większość moich kolegów i koleżanek zabiera. Siedzimy później w sobotę o północy u jednej z nich i obiecujemy sobie, że nie będziemy wracać do tego, co usłyszeliśmy w trakcie tygodnia, jak potraktowali nas uczniowie, jakie dramaty przeżywa dziewczynka, z którą rozmawialiśmy po lekcjach. Obiecujemy sobie, ale i tak rozmawiamy. Wykrzykujemy to, co nas boli, później przekonujemy się nawzajem, że musimy się zdystansować, że trzeba to olać, że jesteśmy coraz bardziej roztrzęsieni i za chwilę wylądujemy u psychiatry.

Ale za moment znowu krzyczymy. Z poczucia totalnego braku szacunku, ale też z powodu bezradności, która jest dziś chyba najczęściej towarzyszącym nauczycielowi uczuciem w pracy. Jedna strona, to to, że nie potrafisz pomóc sobie, druga, że nie możesz pomóc tak wielu dzieciakom (...).

Jeszcze odnośnie retorycznej kalki w stylu: wiedziałeś, na co się piszesz, jak ci się nie podoba, to zmień pracę. To bardzo głupie pisać w ten sposób. Mam świadomość, że za tą naiwnością stoi fundamentalna wiara w nieomylną i działającą nieprzerwanie, niewidzialną rękę wolnego rynku, która ma rzekomo w magiczny sposób prowadzić do równowagi w kosmosie, a już na pewno do samoregulacji kraju. Ale to nie działa. Rozumiem, że byliśmy tym karmieni przez ostatnie dekady, ale to naprawdę nie działa.

Nie możemy wszyscy być programistami. Znajdźcie sobie wykres, przedstawiający ilość aktywnych pielęgniarek w konkretnych grupach wiekowych w Polsce. Za dwie dekady czeka nas zderzenie ze ścianą, jeżeli dziś rząd nie zrobi wszystkiego, by praca pielęgniarki była godnie opłacana. W tym miejscu od razu dodam, że moim zdaniem pielęgniarki są w jeszcze trudniejszym położeniu niż nauczyciele. Nie wspominając o wychowawcach domów dziecka, wychowawcach świetlic środowiskowych i innych zawodach, które są skandalicznie nisko opłacane.

*) imię zostało zmienione