Sanatorium w Rabce. "Źródło jednej z największych traum dzieciństwa, przeszłam przez piekło"

Joanna Biszewska
- Dorośli pokrzykiwali na dzieci. Rozebrane do naga, musiały przejść procedury medyczne. Ważenie, mierzenie, pobieranie krwi, wymaz z odbytu - wszystko na oczach innych. Potem koszarowanie do sal - o dzieciach Rabki, mówi pisarka, Beata Chomątowska, autorka książki o Rabce "Miasto dzieci świata".
Zobacz wideo W szkołach brakuje psychologów. Nie ma chętnych do pracy

Joanna Biszewska: "O, będziesz rozmawiać o Rabce? Jeździłem tam do sanatorium. Ciary" - wielu moich znajomych tak reagowało, kiedy mówiłam im o twojej książce. Ty nie byłaś w Rabce kuracjuszką, ale dobrze znasz to miejsce.

Beata Chomątowska: reporterka, pisarka: Rodzina ze strony mamy zakotwiczyła w Rabce na parę pokoleń. Moja babcia wyszła za górala, ciocia była lekarką w uzdrowisku. Jeździłam do Rabki z Krakowa w latach 80. i 90. prawie w każde wakacje, aż do pełnoletności.

Dobre wspomnienia?

Ambiwalentne. Z jednej strony cieszyła mnie górska przyroda, duży ogród dziadków, wspaniała biblioteka cioci, a z drugiej towarzyszyło mi w Rabce uczucie odosobnienia, odizolowania. Czułam się tam jak w komfortowym więzieniu. Nie miałam kontaktu z innymi dziećmi, mimo że w Rabce dzieci było przecież mnóstwo. Słuchałam tylko o nich, kiedy ciocia wracała z pracy i opowiadała o "trudnych przypadkach". Jednak o własnych związkach z Rabką zaledwie napomykam w książce. Skupiam się na doświadczeniach innych dzieci.

"Łazienka była duża. Z obu stron miała wanny, takie długie, niektóre dzieci wsadzano do jednej po kilkoro. Pielęgniarki ustawiły nas pod oknem i polewały z takiego wielkiego szlaucha". A także: "Znienacka do pokoju wpadła pielęgniarka, nawrzeszczała, przyrżnęła jednemu i drugiemu po głowie. Ja zdrętwiałam, leżałam pod kołdrą jak martwa i chyba tylko to mnie uratowało". I: "Studenci medycyny oglądali ją jako szczególnie ciekawy przypadek. W sanatorium musiała pohamować wstyd, rozbierać trzeba się było codziennie na oczach całej grupy" - tak w twojej książce ludzie wspominają pobyt w rabczańskich sanatoriach w latach 80.

To opowieść Katarzyny, jednej z moich rozmówczyń. Bardzo przeżyła powrót do tamtych doświadczeń, ale po latach potrzebowała je z siebie wyrzucić, dlatego zareagowała na mój apel w internecie do osób, które jako dzieci jeździły do Rabki i chciałyby podzielić się wspomnieniami. Kiedy była małą dziewczynką, w drugiej połowie lat 80., trafiła do sanatorium w Rabce, cierpiała na chorobę skórną. Opowiedziała o rytuale przyjmowania dzieci do sanatoriów. Przyjechała z mamą, ale na wejściu, poproszona, aby matka odjechała. Dzieci, czasem kilkuletnie, zostawały same.

I natychmiast ktoś kazał im się rozebrać, wszystkie rzeczy osobiste oddać do depozytu. Dorośli pokrzykiwali na dzieci. Nagie, szły pod zbiorowy prysznic, musiały przejść procedury medyczne. Ważenie, mierzenie, pobieranie krwi, wymaz z odbytu - wszystko na oczach innych, obcych dzieci. Potem koszarowanie do sal.

Mocne uderzenie na samym wejściu.

Sanatoryjnym dzieciom towarzyszył reżim, brak zaufania ze strony opiekunów i poczucie, że rodzice są daleko. Nawet kontakt telefoniczny z bliskimi był pod kontrolą. Kiedy dzieci zaczynały się żalić, pielęgniarki rozłączały rozmowę. Szczęście miały te, które trafiły na ludzi oddanych swojej pracy, empatycznych, jakąś pielęgniarkę lub wychowawcę, który zainteresował się tym, co czują, wspierał. Wówczas było im nieco łatwiej przetrwać kurację.

Zakład Leczniczo-Wychowawczy Rodziny Kolejowej im. Aleksandry Piłsudskiej w Rabce, 1938 r.Zakład Leczniczo-Wychowawczy Rodziny Kolejowej im. Aleksandry Piłsudskiej w Rabce, 1938 r. fot: Narodowe Archiwum Cyfrowe

W broszurach, gazetach, w programach telewizyjnych - pamiętam to z dzieciństwa - Rabka-Zdrój była przedstawiana i opisywana jak raj na ziemi dla dzieci, dziecięcy pałac zdrowia, Miasto Dzieci, taka nasza perła, chluba narodowa. Uzdrowiska miały takie piękne nazwy: Świtezianka, Primavera, Krasnoludek, Zorza, Słońce, Lotos, Szarlotka.

Za sanatoryjnymi oknami było pięknie. Kiedy dzieci szły z opiekunami na spacer, czasem po raz pierwszy widziały niektóre gatunki ptaków, zimę w górach, różnorodną przyrodę rabczańską. Ale większość czasu spędzały zamknięte w pomieszczaniach sanatoryjnych, odizolowane od otoczenia.

To najczęściej były przedwojenne budynki, ciemne, wymagające remontu, albo położone z dala od centrum, na wzniesieniu, stąd skojarzenia z zamkiem. Wieczorami zdarzało się, że dzieci podsłuchiwały rozmowy opiekunek i opiekunów, o tym, że niedaleko są cmentarze i groby dzieci.

Dzisiaj widzimy to wyraźnie, że w latach 70., 80., jeszcze na początku lat 90., to co czuły dzieci, mało kogo przejmowało. "Rabka - koszmar mojego dzieciństwa". "Okazuje się, że osób z takim doświadczeniem jest dużo więcej" - to z komentarzy pod postem o twojej książce.

Oczywiście złe lub ambiwalentne wspomnienia z sanatoriów rabczańskich to tylko fragment większego obrazka i sprowadzanie historii Miasta Dzieci tylko do tego wątku byłoby nadużyciem. Są też osoby, którym w Rabce było dobrze. Uderzyła mnie jednak skala wspomnień przykrych, wręcz traumatycznych, bo one zdecydowanie dominują i wciąż ich przybywa. Trudno więc je negować, zapewne odbija się w nich część prawdy o sanatoryjnej rzeczywistości.

W dwóch rozdziałach „Miasta Dzieci Świata" przytaczam - pod nazwiskami - wypowiedzi kilku rozmówców, ale przy każdej wzmiance o książce odzywają się do mnie kolejni, dorośli już dziś ludzie w różnym wieku, którzy jako dziecięcy pacjenci w Rabce mieli podobne przejścia.

Być może lepiej pamięta się to, co złe, a być może przy okazji - bo książka nie opowiada tylko o tym -  uchyliła się puszka Pandory, być może nikt nie weryfikował dotąd doświadczeń małoletnich pacjentów zamkniętych zakładów leczniczych, a standardy opieki nad nimi w tamtych czasach były odległe od tego, co dziś byłoby akceptowalne.

Dzieci w takich ośrodkach traktowano zbiorowo i dość przedmiotowo, bez sentymentów.

Zakładając, że nie ma powodów się nad nimi "rozczulać", a dorośli wiedzą lepiej, czego im potrzeba. Z dziecięcej perspektywy wyglądało to inaczej. A w Rabce wszystko skupiało się jak w soczewce, ze względu na profil uzdrowiska.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że wielu malców faktycznie odzyskało w Rabce zdrowie i wielu uratowano życie. Ale złe wspomnienia i skojarzenia więzienne, obozowe nadal w nich tkwią. Adekwatną odpowiedzią wydaje się współczucie i refleksja nad przyczynami tego stanu rzeczy. Może to jest potencjalny temat badawczy dla naukowców, psychologów?

Katarzyna w twojej książce opowiada: "Bo do dziś, jako dorosła osoba, gdy widzę jakieś zdjęcia dokumentalne czy filmy dotyczące obozów koncentracyjnych, to od razu… Przepraszam, może to dziwne, że takie człowiek ma skojarzenia, ale to chyba po prostu świadczy o tym, jak strasznie mi tam było".

Trudno zaprzeczać tym odczuciom - to perspektywa dziecka, jakim była wtedy moja rozmówczyni. A mi zależało właśnie na tym, aby o Rabce, Mieście Dzieci, opowiedzieć z perspektywy doświadczeń dziecięcych. Taki był zasadniczy pomysł na książkę.

I wydobyłaś historie dzieci nie tylko sanatoryjnych, ale też miejscowych. Kiedy Rabka na przełomie XIX/XX wieku zapisywała się w narodowej świadomości jako raj dla chorych dzieci, nikt właściwie nie wspominał o tym, że żyły tam miejscowe, góralskie dzieci, tzw. pnioki. I że ich los był koszmarny.

Historia Rabki-Zdrój sprzed stu lat najmocniej skupia się na dzieciach przyjezdnych. One miały być reklamą powstającego uzdrowiska. Dzieci miejscowe, co najwyżej, występowały jako element uzdrowiskowej egzotyki. Krakowska artystka Anna Gramatyka-Ostrowska, malowała portreciki małych rabczan, które reprodukowano na pocztówkach. Mała góralka i góral, w regionalnym stroju. Sprzedawano je na pocztówkach. Letnicy "z miasta" czasem dla kolorytu fotografowali się na tle rabczańskich dzieciaków, bosonogich, pasących krowy.

Te portreciki dają złudne wyobrażenie o rodowitych dzieciach Rabki. Ich życie nie wyglądało tak, jak na obrazkach.

Galicja, w której leżała Rabka w latach zaboru austriackiego, była ironicznie nazywana Golicją i Głodomerią. W XIX w. choroby zakaźne, takie jak szkarlatyna, krztusiec i angina dziesiątkowały galicyjską ludność. Także dzieci umierały masowo. Zmarłych było tyle, że w pewnym momencie zabrakło dla nich miejsca na miejscowym cmentarzu - niechrzczone niemowlęta grzebano poza jego murami.

W twojej książce jest taki wstrząsający fragment: "Mrą jak, nie przymierzając, muchy. 'Rozalia Żmuda. Wiek: 1 rok i 8 miesięcy. Przyczyna zgonu: Nędza' (..). 'Umiera na schodach domu plebańskiego po nieszporach (wiek: ok. 14 lat)'. 'Nieznana dziewczyna. Wiek: 12 lat. Przyczyna zgonu: Znaleziona martwa na polu Tamalów obok drogi publicznej'. 'Maleńka dziewczynka w worku pod kostnicą cmentarną złożona". Dziesiątego roku życia nie dożywa w Rabce ponad połowa dzieci - to statystyki jeszcze z początku XX w.

A te dzieci, które przeżyły, nie miały żadnych praw, choć zarazem bardzo wcześnie pracowały jak dorośli. Zgodnie z przepisami obowiązującymi w całej Galicji, były całkowicie zależne od opiekunów do 24. roku życia. Dla rodziców, już od małego, stanowiły dodatkowe ręce do pracy.

Pisała też o tym choćby Joanna Kuciel-Frydryszak w "Chłopkach". Kilkulatki pomagały w gospodarstwie, ciężko pracowały w polu, zajmowały się młodszym rodzeństwem.

Wstrząsającą lekturą są zachowane kroniki szkolne ze Słonego i Rdzawki (części Rabki) od końca XIX w. do lat 30. XX w. Kiedy władze austriackie wprowadziły obowiązek szkolny dla chłopskich dzieci, tylko nieliczne miały czas na to, aby w ogóle bywać w szkole.

Pocztówka z Rabki (zbieranie poziomek) 1906 r.Pocztówka z Rabki (zbieranie poziomek) 1906 r. fot: Biblioteka Narodowa

Kto prowadził te kroniki?

Kierowniczki szkoły i zarazem nauczycielki. Pisały o tym, że podczas wykopków albo innych prac polowych dzieci przez kilka tygodni w ogóle nie chodziły do szkoły. Rodzice nie traktowali edukacji priorytetowo.

Kiedy spadł śnieg albo podczas roztopów dzieci nie były w stanie dotrzeć do klas, bo nie miały butów. Gmina nieszczególnie chciała łożyć na szkołę, więc lekcje przerywano czasem na tydzień lub dwa również z powodu mrozu, bo pomieszczenia były nieogrzewane.

Nauczycielka, o której mówisz, w swojej kronice, w 1917 r. zapisała też takie zdanie: "Podpisują się trzema krzyżykami, za to katechizm znają na wyrywki. Ciemnota, pijaństwo, obejście prostackie, fałsz na każdej stronie, dzieci tępe".

Ten fragment należy czytać w szerszym kontekście. Po pierwsze, zanim Rabka przekształciła się w zdrojowisko i otwarto w niej pierwsze szkoły powszechne z prawdziwego zdarzenia, nauczaniem dzieci - z braku innych możliwości - zajmował się Kościół. Siłą rzeczy dbał więc raczej o edukację religijną.

Ta wypowiedź jest też trochę krzykiem rozpaczy osoby, która podjęła się swojej pracy z powołania i zależało jej na miejscowych dzieciach, więc walczyła latami o to, aby szkoła w ogóle funkcjonowała, ale zderzyła się z oporem miejscowych, dla których nie było to priorytetem.

Wziewalnia w zakładzie kąpielowym w Rabce, 1933 r.Wziewalnia w zakładzie kąpielowym w Rabce, 1933 r. fot: Ilustrowany Kurier Codzienny

I kiedy w Rabce powstawały sanatoria i uzdrowiska, to miejscowe dzieci leczył znachor. Ten najsłynniejszy to Bulanda. Przykładał dzieciom do boku rozgrzaną cegłę. Po co?

Wśród miejscowych górali zagórzańskich bardzo długo utrzymywały się wierzenia ludowe oparte m.in na zasadzie, by podobne leczyć podobnym.

Gorącą cegłą wyciągano z dzieci gorączkę. Żeby pozbyć się kataru, smarowano wydzieliną z nosa klamkę sąsiadów. Katar miał przejść na innych.

Te procedury stosowano jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym. Postęp medycyny długo docierał do najbiedniejszych i zapóźnionych rejonów Galicji.

To paradoks.

Owszem. Z jednej strony mamy historię rabczańskich sanatoriów i prowadzonego w nich lecznictwa - jak na tamte czasy - na bardzo wysokim poziomie, ale ono było przeznaczone dla przyjezdnych. Miejscowe dzieci leczono wciąż ludowymi, nieco magicznymi sposobami.

Piszesz też, że kiedy umierały chłopskie dzieci, rodzice zwykli mawiać: "Bóg dał, Bóg wziął".

Śmierć dzieci w XIX-wiecznej Galicji była na tyle powszechna, że naprawdę liczono się z tym, że niewiele z nich dożyje ósmego czy dziesiątego roku życia. Jakkolwiek by to strasznie nie brzmiało, ludzie traktowali ją jako część porządku natury, musieli się z nią oswoić. Pocieszali się mówiąc: "Bóg dał, Bóg wziął".

Rabczańskie dzieci ciężko fizycznie pracowały. Przy pracach rolnych, żniwach, przy zwózce snopów. Zajmowały się też obsługą letników. Kiedy Rabkę odwiedził panicz Henryś, mleko i świeże bułeczki na śniadanie przynosiła mu mała góralka. Ale chłopczyk nie poświęcał dziewczynce żadnej uwagi. Od bosych i obdartych dzieciaków z okolicy, wolał towarzystwo innych przyjezdnych chłopców.

Stosunki społeczne przenosiły się z dorosłych na dzieci. W Rabce dzieci dzieliły się na biedne i bogate, miejscowe i przyjezdne. Dzieci, które z początkiem XX w. zaczęły przyjeżdżać do Rabki do sanatoriów, też oddzielone od siebie nie stykały się z nimi, a nawet z dziećmi z innych placówek, bo te też były przeznaczone dla dzieci rodziców z różnych grup społecznych i zawodowych.

Miejscowe żyły obok siebie, ale niekiedy w skrajnie różnych rzeczywistościach. Ich światy rzadko się spotykały, choć czasem były między nimi punkty styczne. Pokazuje to choćby historia Tadeusza Fuss-Kadena, nieślubnego syna właściciela Rabki i prostej kobiety, łaziebnej w tamtejszym zakładzie kąpielowym. Tadeusz miał szczęście, bo po śmierci ojca przyjęto go do pańskiej rodziny. Został przybranym synem własnej siostry, wychowywał się w komforcie. Jednocześnie musiał wyrzec się części siebie, oderwano go jako trzylatka od matki, która jako chłopka miała niewiele w tej sprawie do powiedzenia.

Strona z folderu reklamowego 'Rabka - zdrojowisko górskie' z lat 30. XX w.Strona z folderu reklamowego 'Rabka - zdrojowisko górskie' z lat 30. XX w. fot. Jan Bułhak

W Rabce, przed wojną, istniała elitarna szkoła dla dobrze urodzonych chłopców, polskie Eton. Jak to się stało, że sporadycznie, ale jednak, do szkoły trafiali chłopcy z najuboższych warstw, mimo że czesne było bardzo wysokie?

Właściciel szkoły, Jan Wieczorkowski, doktor filozofii po Uniwersytecie Jagiellońskim, wżenił się w rodzinę właścicieli Rabki i dzięki temu mógł uruchomić taką placówkę we dworze, z którego Kadenowie w międzywojniu się wyprowadzili. Do szkoły z internatem uczęszczali zarówno Polacy, jak i Żydzi. Czesne było wysokie, ale dyrektor za darmo lub półdarmo przyjmował też zdolnych chłopców z ubogich góralskich rodzin. W tej szkole akurat zdarzały się przyjaźnie w poprzek statusu społecznego i majątkowego. Ale i tak najlepiej urodzeni i najbogatsi trzymali się razem.

Kolonie letnie dla dzieci ze Śląska.Dzieci podczas gimnastyki porannej. 1929 r.Kolonie letnie dla dzieci ze Śląska.Dzieci podczas gimnastyki porannej. 1929 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wciąż mam poczucie, że za mało mówimy o historii widzianej oczami najmłodszych. Moje dzieci, które uczą się w szkole podstawowej, często mnie pytają, dlaczego w podręcznikach do historii nie ma nic o dzieciach?

Też o tym myślałam. Tym bardziej że z psychologii wiemy, że dzieciństwo jest fundamentalnym okresem w życiu człowieka. To jest czas, kiedy kształtuje się nasza psychika, wzorce zachowań społecznych. Doświadczenia dziecięce są niezmiernie ważne, rzutują na całe późniejsze życie.

Nic dziwnego, że potem, gdy niektórzy z nas trafiają na terapię, sięgają do nich - choćby w ramach koncepcji wewnętrznego dziecka, która opiera się na pewnej metaforze, pomagającej odkryć, gdzie tkwią źródła różnych zachowań, które w dzieciństwie pomagały przetrwać, a w dorosłym życiu przeszkadzają czy wręcz bywają szkodliwe.

Dopiero konfrontacja z tamtą odległą przeszłością pomaga nauczyć się nowych trybów działania. Dlatego tym bardziej jest dla mnie zaskoczeniem, że najwyraźniej nikt dotąd nie przyjrzał się doświadczeniom sanatoryjnym czy szpitalnym z punktu widzenia samego dziecka.

Zresztą cała historia Miasta Dzieci, również we wcześniejszym okresie, pokazuje, jak bardzo wrażliwą i wymagającą istotą jest dziecko i jak często dorośli o tym zapominali, nawet próbując w dobrej wierze urządzić mu dziecięcy raj.

Gimnazjum Żeńskie Sanatoryjne im. św. Tereski. Leżakowanie na werandzie. 1918-1939Gimnazjum Żeńskie Sanatoryjne im. św. Tereski. Leżakowanie na werandzie. 1918-1939 Fot. NAC

A jeśli w ogóle pojawiała się w naszej historii narracja na temat dzieci, to zazwyczaj była prowadzona oczami dorosłych.

Nieliczni oddawali naprawdę głos dzieciom, przecież do dziś słychać powiedzenie: "dzieci i ryby głosu nie mają". Nawet dzisiaj, starając się rekonstruować świat z perspektywy dziecięcej, musimy to robić w dużej mierze oczami dorosłych - na podstawie ich wspomnień z dzieciństwa czy zachowanych dokumentów archiwalnych, z rzadka będących dziełem samych dzieci. Taki obraz dzieciństwa bywa odległy od propagandowej idylli.

Dotykając wątku sanatoriów dla dzieci w czasie PRL-u, obudziłaś bardzo trudne wspomnienia wielu z nas. Ktoś napisał o pobycie w Rabce: "Źródło jednej z największych traum mojego dzieciństwa, przeszłam przez piekło". Ktoś inny: "Każdy dotąd w samotności myślał, że jego doświadczenie było jednostkowe. A okazuje się, że wcale nie". Mam wrażenie, że pokolenie dzisiejszych czterdziestu i pięćdziesięciolatków, zaczyna rozumieć, że ich dzieciństwo było naznaczone powojenną traumą.

A jednocześnie pojawiają się głosy, że to przesada, dziecięce przewrażliwienie, a takie wypowiedzi szkodzą wizerunkowi miasta. Widać, że Rabka budzi silne, nierzadko skrajne emocje.

Rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona i to też pokazuję w książce. W organizowanych po wojnie sanatoriach, szpitalach dziecięcych pracowali ludzie, którzy przeżyli okupację. Często ich własne dzieciństwo było straszne, więc nie umieli dać dzieciom tego, czego sami nie dostali.

Zajmowali się dziećmi, mimo że nie wszyscy mieli ku temu kompetencje - zwłaszcza z początku w rabczańskim uzdrowisku trudno było o wykwalifikowanych pracowników. Byli oczywiście też liczni empatyczni opiekunowie, wychowawcy, zaangażowani lekarze i lekarki, pielęgniarki, ludzie, którzy autentycznie chcieli dzieciom pomóc.

Nie zmienia to jednak faktu, że jakaś część personelu sanatoriów zafundowała dzieciom traumy, które do dziś wpływają na życie niektórych byłych pacjentów. To tylko jeden z wątków opowieści o Mieście Dzieci Świata, które skupia jak w soczewce różne wymiary naszej powikłanej historii.

Beata Chomątowska: pisarka, dziennikarka. Autorka książki 'Miasto Dzieci Świata'Beata Chomątowska: pisarka, dziennikarka. Autorka książki 'Miasto Dzieci Świata' fot. Andrzej Banaś

W książce: "Miasto dzieci świata" Beata Chomątowska: antropolożka religii, autorka m.in. książek z pogranicza reportażu i eseistyki, opisuje historię Rabki-Zdroju, począwszy od odkrycia dobroczynnych solanek. Złoty okres uzdrowiska przypada na międzywojnie, gdy pod zarządem rodziny Kadenów rozwija się rodzima "czarodziejska góra" – z eleganckimi pensjonatami, dancingami i elitarnymi szkołami dla młodzieży z dobrych domów. Potem nadchodzą mroczne dni: w Rabce powstaje inna szkoła, w której przyszli członkowie oddziałów SS ćwiczą się w wykonywaniu egzekucji, bezpowrotnie znikają też żydowscy mieszkańcy miasta. Polska Ludowa tworzy tu wielki sanatoryjny kombinat dla najmłodszych, gdzie pełni oddania lekarze walczą o zdrowie przyszłych pokoleń. We wspomnieniach wielu małych kuracjuszy sanatorium przypomina jednak kolonię karną. Rabka nie jest zatem miejscem z bajki, nie jest też miasteczkiem z horroru. Jak mówi jeden z dawnych mieszkańców, to miasto pełne podwójności, skrywające niejednoznaczną przeszłość.

Książkę Beaty Chomątowskiej "Miasto dzieci świata" możecie kupić na oficjalnej stronie wydawnictwa Czarne.

'Miasto dzieci świata' już w księgarniach'Miasto dzieci świata' już w księgarniach fot: wydawnictwo Czarne, Facebook

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.