Czwarta fala uderzy w dzieci. Wirusolog: Kiedy ja chodziłem do szkoły, to zasmarkane dziecko zostawało w domu

- W czasach mojego dzieciństwa to było normalne, że przeziębione dziecko w wieku szkolnym zostawało samo w domu. Dzisiaj spora część rodziców zachowuje się zero-jedynkowo: albo stwarzają dzieciom cieplarniane warunki, albo nie przejmują się niczym i przerzucają cała odpowiedzialność na szkołę - o tym, czy czwarta fala uderzy w dzieci, mówi wirusolog, dr hab. Tomasz Dzieciątkowski.

Joanna Biszewska: Dzieci chorują łagodnie. Czasami niezauważalnie. Może nie mamy się czego bać?

Dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego: - Tak, w większości dzieci przechodzą COVID-19 łagodnie. To nie oznacza jednak, że nie ulegają hospitalizacji. W ostatnich dniach w Stanach Zjednoczonych 20-25 proc. wszystkich hospitalizowanych w szpitalach to właśnie dzieci i młodzież. Jeżeli dodamy do tego ryzyko niebezpiecznych powikłań, w tym tych najcięższych, jak PIMS-TS, a także zespoły long COVID i post COVID, to mamy konkretny i bardzo zauważalny problem.

Dzieci będą w sezonie jesienno-zimowym częściej chorować?

Tak i nie ma w tym nic dziwnego.

Dlaczego?

Dlatego, że o ile w poprzednich falach wirus dotykał przede wszystkim osoby bardziej narażone, czyli seniorów, to w momencie, kiedy ten odsetek populacji mamy już wyszczepiony, to patogen będzie znajdował swoistą niszę ekologiczną. W tej chwili taką niszą o najniższym stopniu wyszczepienia są właśnie dzieci i młodzież.

Skoro dzieci do 12 roku życia nie są jeszcze szczepione, to oznacza, że szkoły zaraz będą wylęgarniami wirusa.

Dokładnie tak będzie. I niekoniecznie będzie to dotyczyło wyłącznie dzieci poniżej 12 roku życia, gdzie wyszczepienia nie ma, bo szczepionka nie jest jeszcze zarejestrowana dla tej grupy wiekowej. Chorować będzie również młodzież poniżej 16 czy 18 roku życia, bo w tej grupie wiekowej wyszczepienie nie jest rewelacyjne. Większość osób hospitalizowanych z powodu COVID-19 w Polsce to są osoby niezaszczepione, niezależnie od wieku.

Wszyscy na początku roku szkolnego dostaliśmy od dyrektorów szkół informację o tym, że dzieci z jakimikolwiek objawami przeziębienia powinny zostać w domu. To teoria. A praktyka jest taka, że teraz co drugie dziecko kaszle i ma katar i chodzi do szkoły. Rodzice uważają, że w sezonie jesienno - zimowym dzieci się przeziębiają, że zawsze tak było i nie ma co panikować.

Co to oznacza "zawsze"? Kiedy ja chodziłem do szkoły, to zasmarkane czy kaszlące dziecko zostawało w domu. Dlaczego? Bo w przeciwnym razie szkolna pielęgniarka, lekarz, czy nawet wychowawczyni odsyłali dziecko do domu. W tej chwili to się pozmieniało, niestety na gorsze.

Rodzice boją się zostawiać same dzieci w domach, to o to chodzi?

W czasach mojego dzieciństwa to było normalne, że przeziębione dziecko w wieku szkolnym zostawało samo w domu, bez opieki rodzica. Dzisiaj spora część rodziców zachowuje się zero - jedynkowo. Albo dmuchają na wszystko i stwarzając dzieciom cieplarniane warunki, albo nie przejmują się niczym i przerzucają cała odpowiedzialność na szkołę.

Muszą pracować. Nie mogą z powodu kataru dziecko iść na zwolnienie.

Wyobraźmy sobie, że dziecko zakażone paciorkowcem wywołującym anginę czy szkarlatynę idzie do szkoły. To jest swoista bomba biologiczna, którą się puszcza samopas do szkoły. Nie zważając na to, że w szkole może wybuchnąć ognisko epidemiczne, bo jedno dziecko zakazi inne dzieci czy potencjalnie nauczycieli. To jest czysta nieodpowiedzialność.

A w dobie COVID-19 to jest nieodpowiedzialność do kwadratu. Jeżeli mamy do czynienia z dzieckiem, które ma stan podgorączkowy, kaszel lub katar, to zostaje w domu. Jest to najłatwiejszy sposób na ograniczenie transmisji patogenów.

'Szkoły same mają sobie radzić, nie mają sprzętu i środków do odkażania rąk, brakuje też zazwyczaj systemów do automatycznych pomiarów temperatury, żeby wychwytywać na wejściu uczniów i uczennice, które mają stan podgorączkowy, nie mówiąc o gorączce''Szkoły same mają sobie radzić, nie mają sprzętu i środków do odkażania rąk, brakuje też zazwyczaj systemów do automatycznych pomiarów temperatury, żeby wychwytywać na wejściu uczniów i uczennice, które mają stan podgorączkowy, nie mówiąc o gorączce' Fot. Tomasz Stanczak / Agencja Gazeta

Pomału zaczynamy planować wyjazdy świąteczne, ferie zimowe, obozy dla dzieci. Zakładamy, że czwartej fali nie będzie, bo połowa z nas jednak się zaszczepiła.

Można sobie planować wyjazd na narty w gronie rodzinnym, ale na szczęście są służby epidemiologiczne, które - zwłaszcza w krajach Unii Europejskiej - będą sprawdzać, czy mają do czynienia z osobami zaszczepionymi bądź też mają aktualne negatywne wyniki testów w kierunku COVID-19. Bez tego najprawdopodobniej na planowaniu ferii się skończy.

Pewne osoby nie zostaną zwyczajnie wypuszczone z Polski czy raczej wpuszczone do konkretnych państw. Najprawdopodobniej pod koniec tego roku szczepionka będzie dopuszczona w grupie wiekowej 5-12 lat, a wówczas na ferie pojadą tylko dzieci zaszczepione.

Nie liczyłabym na to, że rodzice małych dzieci rzucą się masowo na szczepionki. Rozmawiam z nimi, boją się szczepić dzieci, tego, że szczepionki wywołają jakieś choroby autoimmunologiczne.

Wnioskuję z tego, że ci rodzice niestety nie mają pojęcia, czym naprawdę są spowodowane choroby autoimmunologiczne i że daleko wyższy poziom autoprzeciwciał stwierdza się w przebiegu samej choroby COVID-19. W związku z tym, to właśnie COVID-19 bardziej sprzyja chorobom autoimmunologicznym niż potencjalne szczepienie.

Szczepionki dla małych dzieci budzą w rodzicach lęk.

Lęk bierze się z niewiedzy i ze strachu. Lepiej słuchać ekspertów, a nie przypadkowych głosów, wśród których przeważają byli agenci ubezpieczeniowi, czy inżynierowie górnictwa, którzy wypowiadają się na temat szczepień, nie mając o tym pojęcia zawodowego.

Rodzice boją się eksperymentować na swoich dzieciach. Uważają, że szczepionki mogą wywołać problemy zdrowotne.

Jeżeli chodzi o ścisłość, jedyne co szczepienia mogą wywołać, to tzw. odpowiedz poszczepienną. I w bardzo nielicznymi przypadkami powikłania poszczepienne, które zdarzyć się mogą zawsze, nawet po podaniu zwykłego paracetamolu czy ibuprofenu, nie wspominając o antybiotykach.

Jeśli nie ruszymy ze szczepieniem dzieci, to jak pan doktor prognozuje, jaką drogą pójdziemy?

Będziemy poruszać się drogą tzw. pełzającej pandemii. Co pewien czas będziemy obserwowali cofnięcia się liczby zakażeń wirusowych, później powroty na zasadzie sinusoidy. I będzie to dotyczyło całego życia społecznego i gospodarczego. W związku z tym nie mamy specjalnie innego wyboru, tylko powszechne szczepienia oraz stosowanie się do zaleceń niefarmakologicznych.

A co należy powiedzieć ludziom, którzy się nie szczepią, bo uważają, że biorą udział w eksperymencie medycznym?

Tak, biorę udział w eksperymencie medycznym, bo jako niezaszczepieni będą służyli jako grupa kontrolna.

To znaczy?

Będziemy obserwowali, czy jest zwiększony odsetek zachorowań COVID-19 w grupie kontrolnej, którą jest grupa niezaszczepionych, czy w grupie badanej, którą są osoby zaszczepione. Ludzie, którzy się nie szczepią, dobrowolnie zapisali się do takiego swoistego eksperymentu medycznego na całej populacji.

Dojdziemy do takiego momentu, kiedy w szkołach zakażenia tak będą rosły, że trzeba będzie zamknąć placówki?

Jako ojciec 14-latka bardzo bym sobie tego nie życzył. Obserwuję przez ostatnie półtora roku, jak wygląda nauczanie zdalne, czy też hybrydowe i jestem bardzo sceptyczny do jakości takiej nauki.

Bardzo mi się też nie podoba, że Ministerstwo Zdrowia przerzuciło odpowiedzialność za zachorowania w szkołach na dyrektorów szkół. Zostawia się ich z problemem samych, bez wsparcia zarówno merytorycznego, jak i systemowego. Wszystkie decyzje epidemiologiczne o tym, czy nauka ma się odbywać w trybie stacjonarnym, czy hybrydowym, czy zdalnym, podejmują często sami dyrektorzy szkół.

Szkoły same mają sobie radzić, nie mają sprzętu i środków do odkażania rąk, brakuje też zazwyczaj systemów do automatycznych pomiarów temperatury, żeby wychwytywać na wejściu uczniów i uczennice, które mają stan podgorączkowy, nie mówiąc o gorączce.

W Anglii poradzono sobie z problemem tak, że rodzice dwa razy w tygodniu przeprowadzają w domu testy u swoich dzieci i wyniki wysyłają do szkoły. To rozwiązanie wydaje się rozsądne.

Jestem bardzo sceptyczny takim rozwiązaniom. Po pierwsze prawidłowe wykonanie testu wymaga też odpowiedniej wiedzy, a po drugie, obawiam się, że w naszym kraju mogłoby to stwarzać pewne ryzyko nadużyć.

W jakim sensie?

W takim, że rodzice mogliby się obawiać, że jak dziecku wyjdzie test pozytywny, to cała rodzina zostanie objęta kwarantanną. A co za tym idzie, poniosą straty finansowe, dlatego będą zgłaszali wyniki ujemne.

Takie regularne testowanie dzieci pomogłoby nam monitorować sytuację w szkołach.

Jeżeli mamy społeczeństwo, które jest od kolebki przyzwyczajone do przestrzegania prawa i nienaciągania tego prawa, bądź też, powiedzmy sobie wyraźnie, nie oszukiwania, to takie rozwiązanie ma sens. Niestety obawiam się, że w naszym społeczeństwie istniałoby duże ryzyko nadużyć.

Dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog, mikrobiolog, adiunkt w Katedrze i Zakładzie Mikrobiologii Lekarskiej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Popularyzuje wiedzę wirusologiczną za pośrednictwem mediów społecznościowych. Autor profilu Tomasz Dzieciątkowski, Trust me I’m a Virologist.

Więcej o: