Sparzyć się nie można przez pośrednika - siniaki, zadrapania i pościerane kolana czemuś służą

06.10.2017 17:00
Siniaki, zadrapania i pościerane kolana czemuś służą

Siniaki, zadrapania i pościerane kolana czemuś służą (Fot. iStock/GOLFX)

Porównajcie swoje dzieciństwo i dzieciństwo swoich dzieci. Bez problemu znajdziecie dziesięć różnić, z których część z pewnością wypada na niekorzyść dla młodego pokolenia. Czy możecie to zmienić? Tak, bo to wy najczęściej używacie słów: "Uważaj, bo...".

Po półkach do celu

- Pamiętam, jak dzisiaj, gdy miałam 13 lat i pierwszy raz wróciłam z wakacji bez posiniaczonej i pościeranej skóry na nogach. Pomyślałam wtedy, że chyba właśnie przestałam być dzieckiem - wspomina, dzisiaj 40-letnia, Katarzyna. W jej przypadku to się akurat nie sprawdziło, bo z roztrzepania wciąż wchodzi we framugi, stojące stoły, nadziewa się na kanty od szafek. Ale idea dzieciństwa kojarzonego z "podwórkowymi ranami" jest chyba uniwersalna dla pokolenia dzisiejszych rodziców.

Żeby zrozumieć różnicę w tym, na ile pozwalano nam w dzieciństwie, a jak my ograniczamy - zasłaniając się troską o ich bezpieczeństwo - nasze dzieci, musimy cofnąć się do naszego dzieciństwa, minimum 25 lat. - Po przyjściu ze szkoły rzucałem plecak w kąt, jadłem obiad i leciałem na podwórko - tak swoją codzienność sprzed lat wspomina Andrzej. - Mieszkałem w centrum Warszawy, wśród kamienic-studni, połączonych przejściami, piwnicami, strychami. Naszym placem zabaw była cała ulica. Na długie godziny przepadaliśmy całą bandą - bawiliśmy się w podchody, szwendaliśmy się bez celu, graliśmy w piłkę. Każdy z moich kolegów ma do dzisiaj na bliznę na brodzie lub na łuku brwiowym po upadku z trzepaka, czy wjechaniu na deskorolce w mur. Podejrzewam, że gdyby rodzicie wiedzieli, co wyprawiam między 15:00 a 19:00, nigdy by mnie z domu nie wypuścili. Nie musiałem zresztą wychodzić z domu, żeby ładować się w sytuacje, od których jako rodzic chyba bym dostał zawału. Uwielbiałem wspinaczki po regałach i parapetach w gabinecie dziadka - lekarza. Na najwyższej półce schował przede mną piękny kredowy papier. Żeby go zdobyć musiałem opracować najlepszą trasę wspinaczki, Po kilku nieudanych i dość bolesnych próbach udało mi się zdobyć szczyt i czekającą na nim nagrodę.

Joanna na dwukołowym rowerze nauczyła się jeździć praktycznie sama z pomocą kolegów na wakacjach na wsi u dziadków. - I to nie ma rowerku dla dzieci, ale na dużym składaku, na którym jeździłam na stojąco, bo nie dosięgałam do siodełka. Siniaki miałam na całym ciele od ciągłego spadania na ramę, obcierałam sobie łokcie i kolana, ale na rowerze jeździć się nauczyłam. Przepadaliśmy w lesie i na łąkach na długie godziny. Wracaliśmy, gdy chciało nam się jeść i pić, chociaż brzuchy dawało się napełnić jagodami. Dzieci wiedziały, gdzie w rzece jest silniejszy prąd, gdzie są pokrzywy, z którego drzewa łatwo zlecieć i dzieliły się wiedzą. Nikt nas za bardzo nie kontrolował, mieliśmy wolność w ramach dość swobodnych granic: "trzymajcie się z dala od szosy, nie wchodźcie bez dorosłych do jeziora, nie dotykajcie kosy, siekiery, sierpa".

Dla Rafała - z perspektywy czasu - to prawdziwy cud, że przeżył dzieciństwo. - Jako siedmiolatek sam wracałem ze szkoły, bo rodzice byli w pracy i nie miał mnie kto odbierać. Sam sobie podgrzewałem obiad. Tak, musiałem własnoręcznie odpalić kuchenkę gazową. Byłem dzieckiem biegającym po ulicach z kluczem na szyi. Mama i tata przeszkolili mnie z podstaw dorosłego życia, ale doświadczenia zbierałem już sam.

Uważaj, bo się przewrócisz!

Piękne opowieści, prawda. Z pewnością możecie dorzucić kilka własnych wspomnień. A teraz przyjrzyjmy się sobie i naszym dzieciom. To oczywiste, że ich bezpieczeństwo jest dla nas sprawą priorytetową. Chcemy oszczędzić im bólu i łez. Zaocznie nie da się jednak wyciągnąć wniosków z lekcji, jaką daje śliski kamień i udoskonalić technikę wchodzenia na drabinki. Cztery razy dziecko spadnie, za piątym - udoskonali plan i wejdzie na zjeżdżalnię. Będzie miało satysfakcję, poczucie, że potrafi, jest samodzielne i wiele od niego zależy. Ciągłe karmienie dzieci przestrogami, nadużywanie słowa "uważaj" podkopuje ich pewność siebie, sprawia, że świat zaczyna wyglądać jak jedna wielka pułapka i zagrożenie dla ich życia i zdrowia. Wy szarżowaliście z własnym bezpieczeństwem, ale dzięki temu macie świetne wspomnienia i umiejętności. One też tak mogą. Kolana się wygoją (są nawet specjalne olejki i plastry przyspieszające gojenie ran - to dla was, żebyście nie stracili do końca poczucia braku wpływu na rzeczywistość), strupy odpadną, rozcięcia nie pozostawią śladu.

Little boy climbing tree.
Fot. iStock/Imgorthand

Bez śladu

Nie znaczy to jednak, że jak już dojdzie do skaleczenia, nie musicie rany opatrzyć. Musicie stwierdzić, na ile jest poważna (kto nie miał szytej brody - ręka w górę), czy nie trzeba jej zszyć w szpitalu. Później ranę należy oczyścić. W pierwszej kolejności uszkodzoną skórę przepłukujemy obficie bieżącą wodą, następnie, z pomocą gazy przemywamy ją wodą z mydłem, w kierunku od środka rany na zewnątrz. Jeśli w ranie znajduje się jakiś przedmiot lub odłamek należy go bardzo ostrożnie wyjąć (najlepiej pęsetą). Ranę dezynfekujemy wodą utlenioną (dzięki małym pęcherzykom powietrza, które powstają przy kontakcie z raną jest ona nie tylko oczyszczona, ale i chroniona przed laseczkami tężca). Woda utleniona powstrzymuje także krwawienie. Przemywać rozcięcie alkoholem? Nie. Dodatkowo podrażnicie uszkodzoną skórę.

Zwieńczeniem opatrywania jest naklejenie plastra. W sklepach są specjalne kolorowe i obrazkowe plasterki dla dzieci, plastry wodoodporne. Poważne rany można goić plastrami hydrokoloidowymi, są także specjalne plastry na blizny. Jeśli ryzyko zanieczyszczenia rany jest niewielkie, ranę można zostawić niezabezpieczoną - promienie słoneczne mają korzystny wpływ na proces gojenia. Kiedy rana się już całkowicie wygoi można zacząć wcierać w nią olejek, który maksymalnie zminimalizuje widoczność zmiany. Smarować zmianę preparatem należy jednak systematycznie codziennie, przez kilka miesięcy. przez kilka tygodni.

Dzieci, żeby się podnieść, muszą się najpierw przewrócić. Podskakiwanie (tak, tak: "uważaj, bo spadniesz z łóżka"), huśtanie, turlanie, jeżdżenie z amokiem w oczach na rowerze służy dziecięcemu rozwojowi, na wszystkich możliwych płaszczyznach. Wchodzenie pod prąd na zjeżdżalnię także! Bo pracują wszystkie mięśnie, trzeba balansować ciałem i jeszcze negocjować z tymi, co na górze, żeby poczekali ze zjeżdżaniem. I jeszcze jedno. Czemu ma właściwie służyć krzyknięcie "uważaj", kiedy dziecko biegnie z pełną prędkością przez plac zabaw? Temu, żebyście poczuli się usatysfakcjonowani faktem, że uprzedziliście dziecko, czy temu, żeby je zdekoncentrować?