Z małym dzieckiem do restauracji? Mamy zdradzają tajniki udanego wyjścia [WASZE HISTORIE]

29.09.2017 14:42
Warto jak najczęściej wychodzić z domu, i to nawet z bardzo małym maluchem

Warto jak najczęściej wychodzić z domu, i to nawet z bardzo małym maluchem (Fot. Shutterstock)

Krzyczą, płaczą, nie chcą siedzieć przy stole. Wcale tak nie musi być. Z małymi dziećmi w restauracji można spokojnie zjeść i odpocząć. Jak to zrobić? Doświadczone mamy podpowiadają jak zorganizować rodzinne wyjście do restauracji. Co jest ważne?

Poprosiliśmy sześć mam, aby podzieliły się z nami swoimi sposobami na udane wyjście do restauracji z małymi dziećmi. Okazuje się, że restauracyjny kącik zabaw nie zawsze jest potrzebny, aby dzieci miały zajęcie. Czasami wystarczy, kiedy rodzice zabiorą kilka ulubionych zabawek dziecka. Co jeszcze się sprawdza?

Agnieszka, mama czteroletniego Kacpra:

- Przepis na wspólne wyjście do restauracji to nie tylko bogaty program gier i zabaw, czy walizka zabawek, którymi można odwrócić uwagę malucha. Najważniejsze by dziecko czuło się w tym lokalu po prostu dobrze.

Czy mam jakiś sprawdzony sposób na udane wyjście z dzieckiem do restauracji? Może przemyślany wybór miejsca, bo na pewno nie wszędzie czułabym się komfortowo. Są restauracje, które kiedyś często odwiedzałam, bo uwielbiałam ich klimat i smakowała mi ich kuchnia, ale teraz z czterolatkiem musiałabym wciąż uważać, żeby nie poparzył się świeczką, albo nie pociągnął za obrus.

Podstawa to wygodne siedzenia. Stabilne, miękkie krzesła, albo kanapy i luźniejsza, leniwa atmosfera. Dzieci siedzą wtedy spokojniej, inni goście okazują zazwyczaj więcej tolerancji dla ewentualnych niestandardowych zachowań cudzych dzieci.

Oczywiście są restauracje, gdzie urządzone są kąciki malucha, albo w weekendy lokale organizują godziny zabaw pod okiem animatorów, ale wiele jest też fajnych miejsc interesujących dla dziecka samych sobie: z ciekawym wystrojem, własnym ogródkiem, albo położonych tak, że za oknem zawsze coś się dzieje. My lubimy włoską knajpkę, w której kucharze przygotowują pizzę na naszych oczach. Kacper chętnie przygląda się też, jak się robi sushi. To coś zupełnie innego niż gotowanie w domu - przekonuje mama chłopca.

Ania: mama dwóch córek, sześciolatki i trzylatki:

- Kiedy planujemy rodzinne wyjście, zawsze zabieram parę rzeczy, które pozwalają spokojnie spędzić pół godziny oczekiwania na zamówieni. Nasz zestaw obowiązkowy to kredki, papier i książeczki z łamigłówkami, albo kolorowankami, najlepiej takie, których moje córki jeszcze nie widziały,  z jakiejś ich ulubionej serii, wtedy naprawdę są zajęte przez dłuższy czas i nie próbują bawić się w chowanego pod stołami.

Oczywiście kredki i wydrukowane obrazki często są proponowane przez kelnerki, ale nie zawsze, a zabranie paru drobiazgów to nie jest wielki kłopot. W razie czego zostaje robienie origami z serwetek np. próbujemy robić z nich takie ptaki jak na eleganckich przyjęciach, wachlarze albo "piekło-niebo" - doradza mama dwóch córeczek.

Joanna, mama sześciolatki i trzylatka:

 - Zawsze wybieramy z mężem tzw. restauracje przyjazne dzieciom. Sprawdzamy w sieci lub dzwonimy do restauracji i pytamy, czy jest kącik dla dzieci, malowanki, czy w menu znajdą się potrawy, które polubią nasze dzieci. Jeśli restauracja spełnia nasze wymogi, rezerwujemy stolik. Staramy się, aby dzieci siedziały z nami przy stole, pilnujemy, aby nie biegały bez sensu po restauracji, bo zdajemy sobie sprawę z tego, że może to przeszkadzać innym gościom lokalu. Wykorzystujemy ten czas na rozmowę, wspólne zabawy, jeśli są kredki, razem malujemy. Po posiłku, kiedy chcemy pogadać z mężem jak dorośli, dzieci idą bawić się do kącika zabaw, a my mamy czas dla siebie - opowiada mama parki.

Hania, mama dwóch dziewczynek, czterolatki i dwulatki:

- Przed wyjściem do restauracji pomagam dzieciom spakować zabawki. Mają to być ich ulubione, ale oczywiście selekcjonuję je i zabieramy tylko te małe: figurki, laleczki, którymi można sobie chodzić między talerzami, jakieś zestawy do składania z części lub pojazdy. Gdy mają coś konkretnego do zabawy nie nudzą się i nie marudzą, za to trochę hałasują, bo cały czas opowiadają co właśnie robią, albo prowadzą dialogi ze swoimi postaciami. Gdy mamy się spotkać ze znajomymi, którzy też mają dzieci, nauczeni doświadczeniem nie zabieramy zabawek, bo zazwyczaj tamci nie mają swoich i zaczynają się niepotrzebne spięcia jak się podzielić. Wtedy ratunkiem jest specjalne miejsce do zabaw, gdzie dzieciaki mogą razem coś wymyślić, o ile takie jest w restauracji - mówi Hania.

Patrycja, mama trzylatki:

W restauracji świetnie sprawdzają się zabawy znane nam z dzieciństwa oraz wszystkie nowe, zasłyszane gdzieś, do których nie są potrzebne rekwizyty. Na pewno wolny czas, dobre chęci i dużo uwagi rodzica to niezawodny sposób.

U nas sprawdza się zabawa w "oko szpiega", którą znamy z dziecięcej kreskówki. Jedna osoba mówi "moje oko szpiega widzi coś koloru czerwonego" i reszta musi zgadnąć co to jest , ale musi to być coś z otoczenia. Oczywiście najtrudniej jest, gdy nie patrzy się w kierunku tej rzeczy. Gdy Zosia była mniejsza lubiła zabawy rączkami (np. "sroczka kaszkę ważyła") i wymyślane na bieżąco opowieści, do których ona też mogła coś dodać i wychodziły nam zupełnie niesamowite historie.

Teraz bawimy się w uproszczoną wersję "państwa, miasta" - trzeba wymyślać imię, owoc, osobę na daną literę i zagadki "co to za zwierzę" - najlepsze są takie rymowane, ale szybko wyczerpały się znane nam wierszyki, więc pozostaje własna inwencja - śmieje się mama dziewczynki.

Magda, mama ośmioletniego Leona:

- Mam to szczęście, że mój syn nigdy nie stwarzał większych problemów w miejscach publicznych. Od najmłodszych lat chodził z nami w różne "dorosłe" miejsca i chyba naśladował zachowanie ludzi dookoła, bo zazwyczaj siedział skupiony. Może nie jadł samodzielne, bo łatwiej było mi nakarmić go, ale nie robił dookoła siebie zbyt wiele zamieszania. Dzięki temu my mogliśmy odpocząć, a on miał zdecydowanie więcej ciekawych wrażeń, niż podczas  zwyczajnych obiadów i kolacji. Zresztą, to dobra okazja by pokazywać dziecku, jak powinno się zachować przy stole, bo prawda jest taka, że w restauracji większość ludzi je ładniej, niż we własnym domu.

Teraz, gdy syn ma 8 lat jest dla nas bardzo miłym towarzyszem, chyba lubi nasze wspólne wyjścia do restauracji . Opowiadamy sobie wtedy jak nam minął dzień, czasem dyskutujemy na jakieś tematy. Przecież po to chodzi się do restauracji, żeby nie zaprzątać sobie głowy przygotowaniem i serwowaniem posiłku, tylko spokojnie porozmawiać i wspólnie spotkać się przy stole - przekonuje mama ośmiolatka.