1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

'Samochód był moim drugim domem'. Wady i zalety podmiejskiego życia [WASZE HISTORIE]

Domy pod miastem kuszą atrakcyjną ceną, dużym ogrodem, lasem za płotem. Rodziny z dziećmi wyprowadzają się z ciasnych mieszkań do podmiejskich domków. Jak im się żyje?
Jak żyją podmiejskie rodziny z dziećmi? Jak żyją podmiejskie rodziny z dziećmi? fot: istockphoto

"Samochód był moim drugim domem". Wady i zalety podmiejskiego życia [WASZE HISTORIE]

Wąski szeregowiec z mikroogródkiem w Warszawie na Sadybie to minimum milion złotych. Kolejne pół trzeba włożyć w remont. Domy pod miastem są nie tylko prawie dwa razy tańsze, lecz także dwa razy większe, z okazałymi ogrodami i pięknymi salonami, po których można jeździć rowerem.

Deweloperzy zachęcają hasłami "Domy tańsze od mieszkań w blokach". Tyle tylko, że domy te są oddalone od miasta o przynajmniej 20 kilometrów. Od kilkunastu lat obserwujemy wśród miejskich rodzin trend wyprowadzania się z miasta na jego obrzeża, często do zamkniętych osiedli jednorodzinnych domków. Warszawa, Poznań, Kraków - to z tych miast najwięcej "mieszczuchów" poszukuje spokoju na wsi.

Dom inny, ale praca i szkoła ta sama

Po przeprowadzce do oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od centrum miejscowości ludzie najczęściej nie zmieniają pracy, szkół. Rodzice nadal pracują w tym samym wymiarze godzin i w tych samych firmach, dzieci nie zawsze chcą wymienić miejską szkołę na gminną. Zżyte ze starą klasą podróżują codziennie kilkadziesiąt kilometrów do szkoły, w której lekcje bezlitośnie zaczynają się o ósmej rano. Po pierwszej mroźnej zimie z dużymi opadami śniegu podmiejskie rodziny mogą ocenić, czy warto było zamienić mieszkanie w bloku na dom pod miastem.

Dr Marta Majorczyk, doradca rodziny z SWPS i wykładowca CDV w Poznaniu, radzi, aby decyzję o przeprowadzce podejmować rozważnie:

Przed kupnem domu na przedmieściach warto zdać sobie sprawę z tego, że do mieszkania w mniejszej miejscowości czy na wsi dochodzą nowe obowiązki (dbanie o ogród i porządek wokół domu, odśnieżanie zimą chodnika czy ulicy, drobne naprawy i remonty w domu w ciągu roku, większe zakupy itp.), ciągłe dojazdy do pracy. Trzeba zadać sobie pytania: czy jesteśmy gotowi na taką dużą zmianę, my, jako rodzice, i nasze dzieci? Czy dziadkowie będą mieli łatwy i szybki dojazd do nas, kiedy będziemy ich potrzebować w przypadku choroby dziecka? Czy w pobliżu przyszłego miejsca zamieszkania jest odpowiednia infrastruktura instytucji oświatowych (przedszkole, szkoła), opiekuńczych (żłobek, instytucja niani), placówki zajęć pozalekcyjnych, kulturowych (dom kultury, biblioteka, harcerstwo) i rekreacyjnych (plac zabaw, boisko, basen, ośrodek sportu)? Warto sprawdzić, jak wygląda trasa do szkoły dzieci, czy jest na tyle bezpieczna, aby w przyszłości mogły ją pokonywać bez opieki dorosłego. Czy w pobliżu miejsca zamieszkania jest transport publiczny. Dobrze też sprawdzić jakie są połączenia z większymi miejscowościami. Być może w przyszłości transport publiczny odciąży rodziców w dojazdach dorastających dzieci?

Jak żyje się rodzinom z dziećmi pod miastem? Porozmawialiśmy z rodzicami, którzy na co dzień dojeżdżają z dziećmi do miasta i z dorosłymi kobietami, które przez lata dojeżdżały do szkoły w mieście. Jak wspominają ten czas?

Most Siekierkowski Most Siekierkowski Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta

Podmiejski rodzic, prawniczka z Duchnowa, 25 kilometrów do Warszawy

- Mieszkamy w jednorodzinnym domu w Duchnowie, moja ośmioletnia córka chodzi do szkoły w warszawskim Wilanowie, a zatem dzieli nas dystans około 25 kilometrów, w tym Most Siekierkowski. Gdy rozpoczyna się rok szkolny, nasz standardowy dzień wygląda w ten sposób, że córka budzi się o godzinie 6:25. Do szkoły wozi ją tata, który pracuje w okolicy. Wyjeżdżają o godzinie 7:00. W szkole jest - w zależności od sytuacji na drodze - około godziny 7:45. Nie liczę dni, gdy zdarzy się wypadek na moście. W zeszłym roku szkolnym, przez utrudnienia na drodze, córka spóźniła się do szkoły cztery razy. Nie będę ukrywać, że ta poranna jazda jest dla dziecka problemem. Co prawda to czas na rozmowę, słuchanie audiobooków, jednak - zwłaszcza zimą - widać po dziecku zmęczenie, czasem dosypia w aucie. Potem przyjeżdża rozespana do szkoły. Żal czasem ją o tej 6:30 zrywać. Z drugiej strony słyszę od rodziców mieszkających obok szkoły, że oni też dzieci budzą o 6:30, tylko nie wiem w sumie, dlaczego.

Lekcje zaczynają się o 8:00 i trwają, wraz z tzw. odrabiankami, do 15:00. Później jest opieka popołudniowa, w ramach której są też dodatkowe zajęcia, np. gra na fortepianie i teoria (szkoła muzyczna), nie codziennie oczywiście.

Mąż odbiera córkę ze szkoły około godziny 17:00, wtedy wracają do domu. W domu są zazwyczaj około 18:00.

Po powrocie do domu córka ma czas wolny. Lekcje odrabia w szkole i nie przynosi ich do domu. Nie wozimy jej już też na żadne dodatkowe zajęcia, bo wszystko załatwiamy w szkole (języki, muzyka, sport itp.). Po lekcjach córka spędza zatem czas z kolegami z klasy, natomiast po przyjeździe do domu bawi się z kolegami z ulicy w sposób typowo wiejski, czyli biegając po podwórku z innymi dzieciakami. Około 20:30 idzie spać.

Dzieci z klasy wzajemnie się odwiedzają w formie tzw. nocowanek. Raz na jakiś czas zabieramy po lekcjach dziecko i odwozimy je rano do szkoły. Córka też czasem tak nocuje u innych. Poza tym spotykają się na urodzinach.

Podsumowując: plusy wynikają głównie z organizacji szkoły i wyboru, którego dokonaliśmy, tzn. tego, że po powrocie do domu nie odrabiamy już niczego, nie zajmujemy się szkołą itp. Córka ma zatem czas na odpoczynek, zabawę. Minusem są dojazdy. Pewnym problemem jest zima i czas, kiedy wstaje się i wraca, gdy jest ciemno. Szkoła, do której chodzi córka, jest przewidziana na 12 lat. Jednak nie wyobrażam sobie, że córka będzie 12 lat dowożona przez rodziców do szkoły. Trzeba się będzie jakoś inaczej zorganizować. I tu trochę liczę na Most Południowy, który ma kiedyś powstać; połączyłby naszą wieś praktycznie ze szkołą i pewnie jakaś komunikacja miejska się też by się pojawiła.

Korek w Al. Jerozolimskich Korek w Al. Jerozolimskich Fot. Dariusz Borowicz / AG

Podmiejski rodzic, informatyk z Józefowa, 20 kilometrów od Warszawy

- Jestem ojcem trójki dzieci, dwoje dojeżdża do warszawskich szkół: syn do liceum, córka do gimnazjum. Trzecie ma dopiero dwa lata. Wiele lat temu zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę z warszawskiego bloku na Ochocie do Józefowa. Wybraliśmy tę miejscowość ze względu na renomowaną, katolicką szkołę, do której miały chodzić nasze dzieci. Życie napisało jednak inny scenariusz, dzieci finalnie uczą się w Warszawie. Nasz rodzinny dramat zaczął się, kiedy dwójka starszych dzieci zaczęła jeździć do warszawskich szkół. Zarówno córka i syn uważają, że przeprowadzka pod miasto to jedna z największych krzywd, jaką można wyrządzić dorastającemu dziecku.

Dzieci, kiedy jest rok szkolny, nie mają nawet godziny na to, żeby się ponudzić, odpocząć, obejrzeć film, umówić ze znajomymi. Na 8:00 muszą być już w szkole, po lekcjach świetlica, dodatkowe zajęcia, na które już dojeżdżają same autobusami. Zazwyczaj "zbieram" dzieci z miasta po 18-19 i wszyscy wracamy do domu. Najgorsze są dojazdy. Latem, kiedy pół Warszawy jest na wakacjach, to jakoś się jedzie, jednak już we wrześniu zaczyna się koszmar. Codziennie w samochodzie spędzam 2-3 godziny. Dzieci, kiedy już zjedziemy do domu, są zmęczone, a tu jeszcze trzeba siąść i odrobić lekcje. Pobudka o 6:30. W zeszłym roku, po pierwszym semestrze, zdecydowaliśmy się na wynajęcie trzypokojowego mieszkania w Warszawie. Próbujemy sprzedać dom w Józefowie, ale cena, którą oferują nam potencjalni kupujący, nie satysfakcjonuje nas, a na finansowe straty nie możemy sobie pozwolić, bo dom jest kupiony na kredyt. Od września ja z dziećmi będę w tygodniu mieszkać w Warszawie, żona z młodszą córką w większości będzie z nami, ale pewnie będą dni, kiedy zostaną w podmiejskim domu. Kiedy jestem z dziećmi w Warszawie, samodzielnie chodzą do szkoły, to dla nich bardzo ważne, nie lubiły być jedynymi w klasie, po które cały czas przyjeżdża rodzic. Po lekcjach wracają do domu, odpoczywają, jedzą, potem idą na dodatkowe zajęcia. W piątek wszyscy wracamy na weekend do naszego domu. Jak tylko uda nam się sensownie sprzedać dom, wszyscy wrócimy do Warszawy, przynajmniej na czas edukacji dzieci.

Nie odradzam nikomu podmiejskiego życia, ale przy dziecku (i to więcej niż jednym), trzeba liczyć się z tym, że oprócz pracy zawodowej ma się drugi etat kierowcy. Życie polega na wczesnym wstawaniu, późnych powrotach do domu i braku siły na korzystanie z uroków domu i ogrodu.

Zycie pod miastem Zycie pod miastem fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta

Podmiejskie dziecko, 25-letnia Agnieszka z Sękocina, 25 kilometrów od Warszawy

- Mieszkam na zamkniętym osiedlu oddzielonym od wsi lasem. Przeprowadziliśmy się tam, kiedy jeszcze nie chodziłam do szkoły. Ja i starszy brat do podstawówki chodziliśmy w Sękocinie. Do szkoły podwoziła nas mama po drodze do pracy do Warszawy. Zdarzało się, że po lekcjach musiałam siedzieć na świetlicy praktycznie do zamknięcia, aż ktoś mógł mnie odebrać. Najczęściej byłam ostatnim dzieckiem. Sama zaczęłam jeździć do gimnazjum, które było w sąsiedniej gminie. Problemem były natomiast wszelkie zajęcia pozalekcyjne. O ile angielski miałam w domu albo we wsi obok (w weekendy), to w tygodniu rodzice wozili mnie do Warszawy na karate. To był koszmar, bo zajęcia były wieczorami i w zasadzie nigdy już nie miałam na nie siły. Po dwóch latach jeżdżenia zbuntowałam się i przestałam chodzić na karate.

Dostałam się do liceum w Warszawie. Do szkoły jeździłam przynajmniej godzinę w jedną stronę. Żeby dojechać na 8:00 do szkoły i nie spóźnić się na lekcje, musiałam wstać przed szóstą rano, w autobusie byłam już o 6:30. W liceum zaczęłam się umawiać z koleżankami ze szkoły po lekcjach. Zawsze byłam pierwszą dziewczyną, która musi iść do domu. Posiedziałam z nimi godzinkę, maks dwie i musiałam wracać, bo później nie było już autobusów w stronę mojej wsi.

Miałam rok, kiedy wyprowadziliśmy się z Warszawy, ale mój brat rozpoczął podstawówkę jeszcze w szkole na Stegnach. Wraz z przeprowadzką musiał zmienić też klasę. To było dla niego bardzo trudne, musiał nagle wymienić wszystkich kolegów. W nowym miejscu nigdy nie miał takiej prawdziwej paczki przyjaciół. Brakowało mu miasta i samochodów, całego tego zgiełku. O ile ja lubiłam biegać po krzakach w lesie, o tyle on siedział przed komputerem.  Wyprowadził się z Sękocina przy pierwszej możliwej okazji i wrócił na Stegny. Ja nadal mieszkam z rodzicami.

Dużym plusem było dla mnie mieszkanie w lesie. Miałam plac zabaw, ale także w miarę bezpieczny, zamknięty za siatką kawałek własnego lasu, więc można było biegać, łazić po drzewach. Poza tym spokój, świeże powietrze.

Minusem na pewno były dojazdy. Nie wyobrażam sobie, że mielibyśmy chodzić do szkół w Warszawie od początku. Na szczęście mieliśmy możliwość pójścia do szkoły w Sękocinie. Codzienne podróże do Warszawy zaczęły się dopiero, jak już byliśmy więksi, ale i tak był to dramat. Nigdy nie zapomnę dnia, w który jechałam do liceum zimą i akurat spadł śnieg. Trzy godziny w autobusie w jedną stronę ciężko wymazać z pamięci.

Dzieci z podmiejskich domów Dzieci z podmiejskich domów fot: Jarosław Kubalski, Agencja Gazeta

Podmiejskie dziecko, 27-letnia Julia z Cedzyny pod Kielcami, 10 kilometrów od Kielc

Zanim wyprowadziliśmy się pod miasto, mieszkaliśmy w domu prawie w samym centrum Kielc. Podstawówkę miałam po drugiej stronie ulicy, okna naszego starego domu wychodziły na boisko szkolne. Na przerwach chodziłam do domu na kanapki, po lekcjach bardzo często odwiedzali mnie koledzy z klasy, w końcu mieszkałam najbliżej szkoły. Wszystkie domowe próby do teatrów czy akademii odbywały się u mnie w domu. Dobrze te czasy wspominam.

Mam dwoje starszego rodzeństwa, rodzice zdecydowali o kupnie większego domu. Siostra i brat byli już na studiach, ja szłam do gimnazjum. Dnia wyprowadzki nie kojarzę, to trwało jakiś czas. Pamiętam, że długo było tak, że ja z mamą zostawałam w starym domu, a tata z bratem już poszli do nowego i coś tam kończyli, szykowali, urządzali. Z wielkim oporem, ale na koniec i ja z mamą poszłyśmy do domku pod miasto. Miałam tam swój duży pokój z balkonem, nawet mi się podobał. Wcześniej dzieliłam pokój z siostrą na poddaszu, ale nie przeszkadzało mi to, jej i tak nigdy nie było, studiowała w Krakowie.

Dostałam się do gimnazjum w centrum Kielc. Nie było opcji, żebym od samego początku jeździła do szkoły sama autobusem. Zawsze się śmiałam i mówiłam, że tata został moim osobistym kierowcą. W tych latach prowadził swoją firmę, mógł sobie pozwolić na wyjścia z pracy w celu przywiezienia/zawiezienia mnie do szkoły, ze szkoły, na angielski, do koleżanki, na konie. Kiedy tata nie mógł, to woził mnie starszy brat, a kiedy brat miał zajęcia na uczelni, to podróżowałyśmy z mamą autobusem.

Czasami, kiedy tata odbierał mnie ze szkoły, zabierał też jakąś moja koleżankę do mnie do domu w odwiedziny. Ale to bardzo rzadko. Bo potem trzeba było tę koleżankę odwieźć do miasta, a tata był już zmęczony.

Zakolegowałam się z równolatkami z mojej wsi i całą jesień, wiosnę i lato, kiedy inni chodzili do kina, teatru, kawiarni, my wystawaliśmy na przystanku. Zimą też się wystawało, tylko strasznie zimno było. Paliło się papierosy, narzekało na życie, jedyną atrakcją był przejeżdżający co jakiś czas autobus. Każdy planował studia w mieście. Ja wybrałam Warszawę.

Po roku mieszkania pod miastem miałam tylko jedno marzenie - że zrobię prawo jazdy od razu, gdy tylko będzie to możliwe. Pierwsza w klasie miałam samochód i prawo jazdy, dostałam od taty stare, kilkunastoletnie Deawoo, zajeżdżałam ten samochód do końca liceum. W sumie na dobre mi to wyszło, bo jestem świetnym kierowcą. Odkąd skończyłam 18 lat, wszędzie jeżdżę samochodem. W aucie miałam wszystko: buty, ubrania, cieplejsze kurtki, kosmetyki, książki, derki dla konia, zimą wszystkie akcesoria do odśnieżania. Mogę powiedzieć, że żyłam w samochodzie. Jak widziałam sąsiadkę brodząca w śniegu w drodze na przystanek, to zawsze podwiozłam ją do Kielc. Przez to, że tak dużo i codziennie prowadziłam wóz, rzadko piłam alkohol, to akurat mi wyszło na zdrowie.

Nie cierpiałam z tego powodu, że nie mieszkam w mieście. Mnie uratował samochód, dzięki temu, że prowadziłam, mogłam bywać w mieście, spotykać się z koleżankami. Nie wyobrażam sobie jednak, jak wyglądałaby moja podstawówka, gdybym musiała do szkoły dojeżdżać autobusami. W podstawówce miałam dużo koleżanek, bardzo się razem trzymałyśmy, i w szkole, i po szkole, ale też wszystkie mieszkałyśmy w promieniu kilometra. Do dzisiaj dziewczyny, które poznałam w podstawówce, są moimi serdecznymi koleżankami.

Powinno cię również zainteresować: 1900 zł rocznie - tyle średnio kosztuje rodzica "darmowa" podstawówka dziecka. Na co idą te pieniądze?

Komentarze (313)
'Samochód był moim drugim domem'. Wady i zalety podmiejskiego życia [WASZE HISTORIE]
Zaloguj się
  • kaczan11

    Oceniono 170 razy 158

    Ja jako dziecko mieszkałem na wsi. Obecnie mieszkam w Poznaniu. Mam więc wyrobione zdanie na obie kwestie:

    I Wieś:
    plusy - większy metraż
    -swoboda dziecka - ja praktycznie nie bywałem w domu. Zabawy na podwórku, gry w piłkę, sanki, jezioro. Super sprawa tak do 10 roku życia.

    - minusy - do podstawówki miałem 5 km. Niezależnie o której zaczynały się lekcje musiałem być o 7.15 w szkole. Powrót o 15. Często wracałem piechotą. Gdy była pogoda "akuratna" to ok. Gorzej gdy padał deszcz, była wichura, śnieżyca lub upał.
    Do ogólniaka miałem 20 km. Z przesiadką. Najpierw 5 km i na styk kolejny autobus. Jeśli się nie wstrzeliłem, to pójście na stopa, bo następny autobus za 3 godziny. Powrót praktycznie niemożliwy - 15 km jednym autobusem można było jakoś załatwić. Na przesiadkę trzeba zaś było czekać 3 godziny. Tragedia. Najbliższy kolega z ogólniaka 5 km. W razie choroby załatwienie lekcji było ciężkie.
    - zima - pobudka o 5.30. Przed wyjściem do szkoły trzeba było brać łopatę i odśnieżyć chociaż wyjście z domu do drogi. Niedużo bo tylko 30 m.
    - pozostałe pory roku przeklęty i znienawidzony przeze mnie i siostrę ogród. Wiosną siew, przekopywanie. Następnie pielenie a potem zbiory. Dodatkowo jedzenie tego co jest. Jak sezon na sałatę, to cały czas sałata, bo nie może się zepsuć. Potem ogórki przez 2-3 tyg pod różnymi postaciami. Następnie pomidory...
    - w końcu lat 80 wymogliśmy na rodzicach postęp - kawałek trawnika na grilla. Niestety dochodziło podlewanie, koszenie i nawożenie. Zawsze zazdrościłem kolegom z miasta. Miasto do którego jeździlem do ogólniaka miało ok. 10 tys. mieszkańców.

    Miasto:
    - plusy - jeśli wybierzemy dobre miejsce zamieszkania, to mamy w pobliżu park, szkołę, przedszkole dla dziecka. Do szkoły wychodzę z synem o 7.55. Na 8 zdążamy bez problemu. O 15.15 żona wraca z pracy. Ma 10 min. tramwajem. Ja dojeżdżam na 9 rowerem, lub idę pieszo. Mam 1,5 km.
    - w zasięgu wzroku sklepy typu Lidl, Biedronka, Netto, Aldi.
    - na dole w bloku warzywniak

    Minusy:
    - trzeba bardziej uważać na młodsze dzieci
    - możliwość wpadnięcia dziecka w złe towarzystwo
    - mieszkanie w bloku - trzeba się bardziej liczyć z sąsiadami. Wysłuchiwać czasem imprez, oraz uważać aby nie być za głośnym

    Podsumowując - ja jako dziecko nienawidziłem życia wiejskiego. Dlatego mieszkam w mieście. Dodatkowo zakup mieszkania był przemyślany, aby na osiedlu była cała infrastruktura oświatowa, wypoczynkowa (2 orliki, 2 boiska do kosza, 3 place zabaw oraz park)
    Do tego dojazd tramwajem 10 minut do centrum. Jako dziecko miałem żal do taty, że nie miał czasu pograć ze mną w piłkę, pójść na trening, bo zawsze było coś po jego pracy do zrobienia w domu / ogrodzie. Teraz cenię sobie możliwość przejażdżek rowerowych, gry w piłkę na orliku, gry w planszówki zimą.

    Dla mnie lepszym wyborem jest miasto. Romumiem i szanuję jednak ludzi którzy uważają inaczej

  • gordogringo

    Oceniono 118 razy 92

    Pamiętam jak wyprowadziliśmy się z żoną pod Kraków(10km do znaku miasta). Miało być pięknie, większy metraż, garaż, poranna kawa na tarasie z widokiem na ogród i dalej na las.
    Jak było naprawdę:
    - auto tyraliśmy jak wóz z węglem. Do pracy jeździłem jak najwcześniej, żeby nie stać w korkach na wjeździe do Krakowa.
    - dzieci płakały bo okazało się, że ciężko czasowo wyrobić się z wszystkim. W Krakowie nie było problemu z zajęciami jak: judo, piłka, tenis, teatr, basen, malowanie figurek, angielski i dodatkowo różne koła w szkole. Dodając jeszcze lekcje był czas na tv, konsole czy inne leniuchowanie. Niestety po wyprowadzce z wielu rzeczy musiały zrezygnować(do tej pory mam wyrzuty sumienia)
    - jak nie mieliśmy czasu wozić dzieci, musiały jeździć zapchanymi busami, lub mpk który jeździł bardzo długo i zatrzymywał się na każdym przystanku.
    - w domu ciągle było trzeba sprzątać, większy metraż więcej sprzątania, a wymieniony metraż posłużył nam tylko do zbierania bibelotów.
    - o ogród ciągle trzeba dbać, trawa rośnie, to jakieś mszyce, to z ogrodzeniem co nie tak, to kostka brukowa zarasta itd
    - w zimie musiałem 30min wcześniej wstawać żeby wszystko odśnieżyć. Pierwsze opady śniegu lub przymrozki powodowały, że modliłem się żebym dojechał do domu lub do Krakowa(mieszkałem 10km od Krakowa i 200m wyżej niż miasto)
    - z wymarzonej kawy o poranku na tarasie lipa bo nie było na to czasu.
    Było jeszcze wiele powodów, ale nie chcę do tego wracać. Przeprowadziliśmy się do Krakowa, do 65m mieszkania i każdy jest szczęśliwy. Mam 8min tramwajem do pracy, żona 17m. Czytam książki w tramwaju, mam czas na poranną kawę z żoną na naszym 9m balkonie i wróciliśmy do życia razem na które nie mieliśmy czasu(teatr, kurs tańca, spacery), dzieciaki dalej mogą rozwijać się tak jak chcą i między dodatkowymi zajęciami mogą wrócić do domu na kanapkę.
    Dom pod miastem ma plusy, ale byliśmy nieszczęśliwi bo nasze życie nie było pod Krakowem tylko w Krakowie.

  • lazy_bones

    Oceniono 102 razy 74

    Nigdy nie rozumiałem idiotycznego myślenia ludzi marzących o wielkomiejskim życiu, budujących domy 30km pod Warszawą;)

  • Val Kosiecki

    Oceniono 69 razy 43

    Inna perspektywa: Ja mieszkam 40km od Nowego Jorku i przez wiele lat dojeźdzaliśmy z żoną i dwójką małych dzieci ( dzieci do żłobka pod samym Nowym Jorkiem a żona do pracy też pod Nowym Jorkiem, ja na Manhattan. Wożiliśmy jedzenie pieluchy a później plastikową toaletę, Wszystko to w "mini Van" było wesoło a szczególnie w zimie gdy czasami zabierało nam 3 godziny w jedną stronę. Normalnie to było to ok 45 minut w jedną stronę. Ale my nie lubimy miasta, u nas jest cisza spokój i totalna "wiocha" dobre szkoły, przyjazna atmosfera. Nigdy nawet nie musimy zamykać drzwi domu i samochodu bez ogrodzeń beż płotów i bram. 20 lat minęło, dzieci skończyły szkoły poszły do uniwersytetów i wspominają te czasy z łezką w oku.

  • timeline1

    Oceniono 44 razy 36

    Ja mieszkam ok 25 km pod Warszawą. Mam dom, ogród i las nieopodal. Mam też mieszkanie w Warszawie, w której mieszkałam ponad 30 lat. Na dzień dzisiejszy bardzo dobrze mieszka mi się pod miastem. Wolniejszy rytm życia, przyroda, piękny ogród, duży dom, bardzo fajni ludzie dookoła. Jednak nie muszę dojeżdżać codziennie. Mam taką pracę, że w Warszawie bywam raz w tygodniu. Gdybym miała dojeżdżać codziennie pewnie nie zdecydowałabym się na przeprowadzkę. Są plusy i minusy życia pod miastem. Minusem jest na pewno to, że rzadziej chodzę do kina czy na koncerty, wystawy, plusem, że nie muszę już tak pędzić - Warszawa jednak generuje stres i pośpiech. Poza korkami jestem w centrum w 25 min. Jak są korki jadę ok. 1,15 - 1,30.

  • weterynaria_w_wa

    Oceniono 41 razy 35

    3 lata temu podjęliśmy decyzję o zakupie domu. Na warszawskich Bielanach, wymarzony dom był poza naszym zasięgiem finansowym. Kupiliśmy dom 18 km od Warszawy. Za Łomiankami w Puszczy Kampinoskiej. Niby tylko 18 km...ale do granicy Warszawy. Więc jeszcze plus drugie tyle do centrum. Po roku zamknęłam swój salon bo byłam na granicy bankructwa. Zwyczajnie brakowało mi sił na 3, czasem 4 godziny -w obie strony-codziennych dojazdów do centrum Warszawy. Mąż urządził sobie pokój z łazienką w budynku swojej firmy. Mieszka tam. Do domu wraca w piątek. Mamy więc wielki dom z wielkim ogrodem,w którym mieszkam 5 dni w tygodniu sama. Średnio 2 - 3 razy do roku mam zrywy,żeby wrócić do biznesu. Ale wiem,że nie dam rady. Dom pochłania mnóstwo mojego czasu i,niestety : radości z tego nie ma. Mogliśmy kupić mały segment na Bielanach i nasze życie było by inne. A do Puszczy Kampinoskiej jeździć w weekendy na spacer.

  • pcat

    Oceniono 51 razy 35

    W Warszawie nie trzeba mieszkać poza miastem, żeby przeżywać takie dramaty - np. kredyt we franku na dom na Tarchominie, robota np. w Ursusie, a szkoła nie po drodze, bo np. musi być muzyczna. A połowa stojących w korkach ma diesle, co nikomu zdrowia nie poprawia.

  • Jan Staszic

    Oceniono 50 razy 34

    W historiach z artykułu pominięto koszt utrzymania floty domowych 2-3 aut ,ich ubezpieczenia,napraw i paliwa do nich.
    Auta podmiejskie częściej się psują ze względu na klimat i dziurawe drogi.
    Zajęcia dodatkowe to jest masakra aczkolwiek kierowca dowozacy ma godzinie dla siebie która może przeznaczyć na posiłek czy drzemke w aucie.
    W szkołach przecież nie ma kortów tenisowych???
    A jak daleko jest sklep spożywczy czy stacja paliw od tego waszego domu podmiejskiego?
    Dom jest dobry jak stać was na służbę typu ogrodnik,sprzątaczka kucharko kierowca itd.
    Jeśli jednak nie macie kasy to spedzicie życie w aucie od 7 do 21h

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX