1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Pozwól dziecku być sobą

Jedni twierdzą, że niemal wszystko w wychowaniu dziecka zależy od rodziców, drudzy, że wcale nie tak wiele. Kto ma rację?
Kilkuletni syn mojej znajomej nie lubi słodyczy. Znajoma długo żyła w przekonaniu, że to jej zasługa. Zmieniła zdanie, gdy jej półtoraroczna córka zaczęła rzucać się na czekoladki i chować pod stołem, żeby zjeść jak najwięcej, zanim złapią ją rodzice. Wtedy znajoma stwierdziła, że chyba mamy mniejszy wpływ na nasze dzieci, niż nam się wydaje. Jak to właściwie jest?

W psychologii zdania na ten temat są podzielone. Mnie najbardziej podoba się teza z lat 60., według której wpływ na nas mają w 100 proc. geny i w 100 proc. środowisko. To znaczy, że pewne wrodzone cechy czy predyspozycje, żeby się ujawnić, muszą trafić na sprzyjające okoliczności. Dopiero mariaż genów i środowiska czyni nas takimi, jakimi jesteśmy. Twierdzenie, że jakieś zachowanie dziecka jest rezultatem wyłącznie tego, jak było wychowane, lub wyłącznie tego, co odziedziczyło po przodkach, jest bardzo ryzykowne.

Jak to się ma do przykładu ze słodyczami?

Nie wiadomo, co sprawiło, że dziewczynka tak bardzo je lubi. Mama sądzi, że wychowywała córkę tak samo jak syna. Być może rzeczywiście kierowała się tymi samymi zasadami wychowawczymi, ale przecież jej życie wyglądało zupełnie inaczej, kiedy miała jedno dziecko i kiedy miała dwoje. Była w innym momencie życia, może miała więcej, a może mniej czasu, więcej lub mniej problemów, dzieci różniły się chociażby płcią... A mogło być też i tak, że córka urodziła się z pewnymi cechami temperamentu, które sprawiły, że dziś objada się czekoladkami.

Czyżby odziedziczyła miłość do słodyczy?

Nie bezpośrednio. Być może jednak odziedziczyła po przodkach perseweratywność, która mogła tej miłości sprzyjać. To cecha temperamentu polegająca na skłonności do trwania w danym stanie albo powtarzania określonego działania nawet wtedy, kiedy nie ma już bodźca, który je wywołał. Osoba, która ma tę cechę, pod wpływem negatywnego wydarzenia dłużej trwa w stanie smutku. Trudniej jej się wyciszyć i odpędzić złe myśli. Jeśli dziewczynka odziedziczyła tę cechę, może próbować się wyciszyć, właśnie sięgając po słodycze. Oprócz perseweratywności jest jeszcze pięć innych cech temperamentu, które według psychologa prof. Jana Strelaua dziedziczymy mniej więcej w 50 proc. To żwawość, aktywność, wrażliwość sensoryczna, wytrzymałość i reaktywność emocjonalna.

Jak będzie zachowywać się dziecko, które ma te cechy?

Żwawe dziecko będzie szybko wykonywać różne czynności i szybko dostosowywać się do zmieniających się warunków. Aktywne będzie wybierać to, co dostarczy mu dużej stymulacji zewnętrznej, np. będzie skakać albo tańczyć. To wrażliwe sensorycznie może poczuć się przytłoczone na gwarnej, ruchliwej ulicy, gdzie będzie atakowane przez dużą ilość bodźców. Dziecko wytrzymałe będzie w stanie powtarzać jakieś zadanie kilkakrotnie, nie zniechęci się szybko. Z kolei to o dużej reaktywności emocjonalnej jest dzieckiem, o którym mówimy "wrażliwe" - reaguje bardzo emocjonalnie na otaczający je świat i ma małą odporność.

Ale przecież my, rodzice, często słyszymy, że wszystko, co dziecko sobą reprezentuje, jest albo naszą winą, albo zasługą. Że jeśli się postaramy, to ulepimy dziecko w dowolny sposób.

Rodzice mają oczywiście ogromny wpływ na dziecko i mogą mu na przykład pomóc się wyciszyć, ograniczyć nadmiar bodźców, by było w stanie skoncentrować się na zabawie. Ale to szaleństwo wierzyć, że mamy pełny wpływ na jego temperament; że aktywnego kilkulatka możemy przerobić na cichutkie dziecko.

Część rodziców wydaje się w to wierzyć.

W dzisiejszych czasach mamy do czynienia z ogromną presją kulturową. Matki słyszą, że mają dążyć do jakiegoś wzoru, być idealne, a miarą tego, że dobrze wywiązują się ze swojej roli, mają być ich idealne dzieci - dopasowane do szablonu, "wygodne" dla otoczenia. Mamy ulegają tej presji także dlatego, że w dzisiejszych czasach często są trochę osamotnione, bez wsparcia rodziny wielopokoleniowej, czasem zagubione w macierzyństwie. Rozpaczliwie próbują więc przejąć nad wszystkim kontrolę. Chcą wierzyć, że są w stanie nad wszystkim zapanować, zapobiec temu, co złe. Jest w nich lęk, a to właśnie z lęku bierze się poczucie wszechmocy, które jest mechanizmem obronnym - pomaga poczuć się bezpiecznie.

Trudno się nie lękać, jeśli wciąż jest się straszonym. Ostatnio słyszałam, że jeśli rodzic nie proponuje kilkulatkowi zabaw matematycznych, to ryzykuje, że dziecko będzie miało w przyszłości problemy z matematyką.

Tak, tak... Warto też wkładać dziecku ołówek raz do lewej, a raz do prawej ręki, żeby ćwiczyło obie półkule, i czytać przed snem poezje Herberta... Coraz częściej proponujemy dzieciom różne aktywności "na wszelki wypadek". Tymczasem naprawdę nie jesteśmy w stanie ani wszystkiego przewidzieć, ani przed wszystkim dziecka zabezpieczyć.

Czy to znaczy, że nie trzeba przejmować się słowami pani w przedszkolu: "Proszę rysować z dzieckiem szlaczki, bo w przeciwnym razie będzie mieć problem z pisaniem"?

Przede wszystkim taką prognozę uważam za bardzo odważną. Zwykle nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak w przyszłości będzie pisać dziecko, które dziś krzywo rysuje szlaczki. Może gdybyśmy zrobili wiele specjalistycznych badań, moglibyśmy coś więcej powiedzieć... Dzieci rozwijają się skokowo, a przy tym każde w swoim tempie. Często np. po wakacjach zaskakują nas postępami, jakie zrobiły, czy nowymi umiejętnościami. Bywa też odwrotnie - że dzieci zapominają to, czego się wcześniej nauczyły.

To rysować te szlaczki czy nie?

Nie umiem Pani na to pytanie odpowiedzieć. Decyzja zależy od skali problemu. Jeśli dziecko zaczyna czuć się gorsze od rówieśników, bo wciąż słyszy od pani: "No tak, ty znów brzydko pokolorowałeś", to trzeba reagować albo pomagając dziecku lepiej opanować jakąś czynność, albo zmieniając środowisko. Są przedszkola i szkoły, w których poziom jest tak wysoki, a rywalizacja tak duża, że warto rozważyć wycofanie się z tego wyścigu. Jeśli problem jest mały albo wręcz go nie ma, to nie ma sensu podejmować działań "na wszelki wypadek".

Kiedy o tym rozmawiamy, przypominają mi się moi studenci. Od kilku lat młodzi ludzie nie studiują na jednym fakultecie, ale na dwóch, a nawet trzech. Kończą różne kierunki nie dlatego, że mają takie zainteresowania, tylko "na wszelki wypadek" - bo nie chcą się pozbawiać szans na rynku pracy. Rezultat jest taki, że są przemęczeni, niewyspani, nie ma z nimi kontaktu. Podobny stan umysłu mogą mieć rodzice, którzy nie są w stanie pogodzić się z tym, że ich dziecko mogłoby być w przyszłości słabsze w jakiejś dziedzinie. W szkołach i przedszkolach jest pewien wzorzec dziecka, które nie może w niczym odstawać, także jeśli chodzi o zachowanie. To, które nie jest w stanie się do niego dopasować, nie jest uważane za inne, tylko za gorsze.

Nie byłoby tam miejsca np. dla takiego Emila ze Smalandii, bohatera książek Astrid Lindgren, który zawsze coś wymyślał - np. włożył wazę na głowę i potem nie mógł jej zdjąć. Taki Emil miałby u nas ciężkie życie. Zresztą jego rodzice, jako ci, którzy nie potrafią wychowywać dzieci - też.

Dla mnie można mówić o złym wychowaniu w takich sytuacjach, kiedy np. dziecko nie mówi "dzień dobry", "przepraszam", kiedy kopie kolegów. Przykład Emila i wazy pokazuje jeden ze sposobów, w jaki dziecko eksploruje świat. Chłopiec wkłada sobie wazę na głowę nie "przeciwko komuś", tylko dlatego, że chce sprawdzić, czy waza jest odpowiednia na głowę. Natomiast jego rodzice, którzy mają na to zachowanie tylko ograniczony wpływ, pewnie nieraz spotkają się z krytyką. Między innymi ze strony tych, których dzieci nigdy nie wpadną na pomysł, by włożyć sobie wazę na głowę. Krytykować będą głównie ci przekonani o swojej rodzicielskiej omnipotencji, bo z poczuciem wszechmocy często wiąże się dewaluacja innych.

A jaki mamy wpływ na to, czym będzie się interesować nasze dziecko? Mówi się często np. o "zaszczepianiu określonego stylu życia".

Kiedy słyszę o "zaszczepianiu stylu życia", to mnie ciarki przechodzą. Jest w tym coś sztucznego. Tak, jakby cała rodzina miała uprawiać sport po to, by dziecko wyrosło na aktywną ruchowo osobę.

A jeśli na przykład cała rodzina uprawia sport, bo to lubi?

To na pewno ten aktywny styl życia jakoś na dziecko wpłynie. Ale to jeszcze nie znaczy, że zrobi z niego sportowca. Rezultat może być taki, że w przyszłości pojedzie zimą na narty, a w weekend na wycieczkę rowerową, ale od aktywności fizycznej i tak będzie wolało książki. I odwrotnie. Dziecko wychowane w domu humanistów może nie znajdować przyjemności w czytaniu książek. Albo tę przyjemność odkryje dopiero na studiach, albo ten wpływ rodzinnego domu objawi się głównie tym, że dziecko będzie umiało się pięknie wypowiadać. My jednak często próbujemy stworzyć naszą kopię. Pamiętam muzyków, którzy domagali się, bym namówiła ich syna na grę na skrzypcach. Zaproponowałam, żebyśmy najpierw zapytali o zdanie chłopca. Usłyszałam: "Tu nie ma o co pytać. Ma talent - ma grać". Dojrzałość rodzicielska polega na tym, że w domu muzyków pozwalamy dziecku wyrosnąć na sportowca. Wiemy, że nasz wpływ jest ogromny, ale jednak nie wszystko od nas zależy.

Więcej o:
Komentarze (1)
Pozwól dziecku być sobą
Zaloguj się
  • Ewelina Białys

    0

    Ważne, żeby dziecko miało alternatywę od codziennej szkolnej rutyny, gdzie potrzeba jednostki spychana jest na dalszy plan. Zajęcia w Akademii dla Młodych Dam, gdzie od roku uczęszcza Tosia, dostosowane są do odpowiednich grup wiekowych i prowadzone są zgodnie z kalendarzem religijnym. Twórcze zabawy, gry, wykłady, spotkania dyskusyjne interakcyjne, spowodowały, że zamiast zmęczonej i znudzonej trzynastolatki jest wesoła i serdeczna dorastająca pannica. Polecam!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX