Wczesną wiosną spakowaliśmy się i pojechaliśmy z córką na kilka dni do Świnoujścia. Nie dlatego, że tam jest najszersza plaża (miejscami ponad sto metrów). Naszym celem były urokliwe miasteczka po niemieckiej stronie wyspy Uznam i ukryte w nich atrakcje. Świnoujście posłużyło nam za doskonałą bazę wypadową.
Uznam leży między Bałtykiem a Zalewem Szczecińskim oraz dwoma cieśninami - Świną po stronie polskiej i Peenestrom po stronie niemieckiej. Większość wyspy należy do Niemiec (tylko niewielki fragment ze Świnoujściem jest polski) - nie ma tu uciążliwego przemysłu, są za to piękne, pofałdowane krajobrazy, niewielkie jeziorka i malownicze wioski objęte ochroną Naturpak Insel Usedom. Uznam słynie z położonych tuż za granicą trzech Cesarskich Kurortów (Ahlbeck, Heringsdorf i Bansin), gdzie kiedyś wypoczywał m.in. cesarz Wilhelm II. Do zaoferowania ma jednak znacznie znacznie więcej.
Odkrywanie wyspy zaczęliśmy od mocnego uderzenia - podwodnej gondoli w Zinnowitz. Gondola to rodzaj kapsuły zainstalowanej na końcu molo na - nazwijmy to - słupie, po którym przesuwa się w dół i w górę. Mniej więcej co godzinę zabiera na "pokład" pasażerów i zanurza się cztery metry pod powierzchnię wody. Przez okna można obserwować życie przybrzeżnych stworzeń Bałtyku. Tyle dowiedzieliśmy się przed przyjazdem. W Polsce czegoś takiego nie ma (podobną przy molo w Międzyzdrojach chce wybudować Adler Shiffe, pierwsze przymiarki robi też Kołobrzeg), więc wiele sobie po tej wycieczce obiecywaliśmy.
W poszukiwaniu ryb Ze Świnoujścia do Zinnowitz łatwo dojechać. Przekraczamy granicę Świnoujście-Ahlbeck i jedziemy główną drogą nr 111 wzdłuż wybrzeża. Mijamy Cesarskie Kurorty, następnie Uckeritz, Koserow i Zempin. Po 30 km zgodnie z drogowskazem zjeżdżamy z głównej drogi do Zinnowitz. Samochód zostawiamy na jednym z parkingów (pół euro za pół godziny) i idziemy w stronę morza. Wystarczy wyjść na brzeg lub na molo, by przy jego końcu zobaczyć charakterystyczną kopułę, trochę jak ze świata kapitana Nemo.
Gondola właśnie się wynurzała (trwa to dobre kilka minut). W sezonie trzeba się przygotować na kolejki. Chętnych bywa sporo. W końcu marca na nasz rejs w głębiny czekała grupka kilkunastu ludzi.
Bilety kupujemy przy wejściu do gondoli. Każdy pasażer otrzymuje specjalne okulary (przydadzą się po zanurzeniu). Wnętrze kapsuły wypełniają krzesełka dla pasażerów, niewielki ekran i dwie poglądowe gabloty. Czekaliśmy w napięciu.
Po kilku minutach ruszyliśmy w dół. Woda powoli przesuwała się po szybach wyżej i wyżej zalewając w końcu całe okna. Wszyscy wytężaliśmy wzrok szukając choćby pojedynczych, żywych przedstawicieli bałtyckiej fauny. Przyklejeni do okien trwaliśmy tak dłuższą chwilę, ale nic, poza mętną wodą, nie byliśmy w stanie dojrzeć. W końcu stało się jasne, że z podglądania podwodnego świata raczej nici. Bałtyk to nie Morze Czerwone. Widoczność jest marna (podobno najlepsza jest latem) - w końcu marca wynosiła najwyżej 30, może 50 cm - a zanurzająca się gondola dodatkowo mąci wodę. Dojrzeć cokolwiek w takich warunkach graniczy z cudem. Choć nasza córka jeszcze jakiś czas po wynurzeniu gondoli przekonywała, że widziała "koniuszek ogonka rybki i meduzę". Bardzo chciała w to wierzyć.
Mimo to wyprawa w głębiny dla pięcioletniej dziewczynki, która przeżywa właśnie okres wzmożonej fascynacji organizmami morskimi, owadami, pająkami i wszelkiego rodzaju insektami i tak była dużym przeżyciem. Pod wodą obejrzeliśmy jeszcze trójwymiarowy film (po to te okulary) z kolorowymi rybami mórz ciepłych. Wysłuchaliśmy także krótkiej prelekcji po niemiecku. Po około 30-40 minutach kapsuła mozolnie zaczęła się piąć w górę.
Bilet rodzinny kosztuje 18 euro (z jednym dzieckiem) lub 20 i 22 euro (dwójka, trójka dzieci). Pojedynczy normalny - 8 euro. Czy zatem warto? Jeden raz tak. Dla własnej ciekawości i radości dziecka. Ale nie oczekujcie fajerwerków.
W sumie z dojściem z i do samochodu na gondolę trzeba zarezerwować półtorej godziny (więcej, gdy są kolejki), ale nie warto się spieszyć. Malownicze Zinnowitz pod względem urody w niczym nie ustępuje Cesarskim Kurortom. Architektura z przełomu XIX i XX w., stylowe odnowione hotele i pensjonaty, zadbana promenada pełna zieleni, sklepiki z pamiątkami tworzą przyjemny klimat uzdrowiska sprzed stu lat. Seria fikuśnych drewnianych rzeźb na wypielęgnowanych trawnikach przy promenadzie (człowiek w wannie, pan na głowie, wielkie palce dłoni wystające z ziemi a nawet drewniane dzwony rurowe, na których można młotkiem wygrywać melodie) ucieszy nie tylko dzieciaki. Wczesną wiosną życie w kilkutysięcznym miasteczku toczyło się jeszcze bardzo leniwie, bez tłoku. Latem zjeżdża tu co najmniej drugie tyle wczasowiczów z całych Niemiec plus rzesza jednodniowych turystów.
Gondola zanurza się przez cały rok mniej więcej co godzinę - od listopada do kwietnia (oprócz poniedziałków i wtorków) w godz. 11-16, potem codziennie od 10 do 18 a w lipcu i sierpniu od godz. 10 do 21. Nie działa tylko podczas sztormów i oblodzenia. Do środka zabiera od 6 (wymagane minimum) do 24 osób (więcej informacji na
www.tauchgondel.de - po niemiecku, angielsku, rosyjsku, zakładka polska nieaktywna).
Z motylami na spacerze Z głębin przenieśliśmy się w tropiki. Kilka kilometrów za Zinnowitz, w następnej miejscowości - Trassenheide - odkryliśmy motylarnię (powstała w 2005 r.), jak twierdzą jej właściciele - największą w Europie. Z zewnątrz wygląda nieatrakcyjnie - jak hala magazynowa. Za to w środku - inny świat. Na 5 tys. m kw. (dla porównania otwarta niedawno motylarnia w łódzkim ZOO ma zaledwie 100 m kw.) wyrósł prawdziwy tropikalny ogród.
W pierwszej chwili przeżyliśmy szok termiczny. Gdy na dworze było 8 stopni, w środku - ponad 30 i duża wilgotność (koniecznie więc zabierzcie dla dziecka wodę do picia i lekkie letnie ubrania). Kilkanaście minut trwało zanim aparat fotograficzny przestał się "pocić" i zaczął robić zdjęcia (można, bez dodatkowych opłat, ale bez flesza).
Po chwili aklimatyzacji zobaczyliśmy, gdzie tak naprawdę trafiliśmy. Przed nami wyrastały na kilka metrów w górę bambusy, palmy, bananowce z kiśćmi małych owoców, drzewa ananasowe, jaśminy, wanilia, orchidee. Wśród gęstwiny zieleni, między oczkami wodnymi i spacerującymi po alejkach ludźmi fruwały fantastycznie kolorowe motyle. Czerwone, zielone, żółte, niebieskie czy z przezroczystymi jak szkło skrzydłami. Setki, może więcej motyli (na ulotce reklamowej można wyczytać, że znajduje się tu nawet 2,5 tys. sztuk 60 gatunków, choć tyle chyba nie było). Niektóre wielkości dłoni. Wśród nich jedne z najpiękniejszych, zachwycające niebieską barwą morfo z Ameryki Południowej i pochodzący z Azji atlas - największy motyl (ćma) na świecie, którego rozpiętość skrzydeł dochodzi do 30 cm.
Niektóre motyle kryły się wśród liści krzaków, inne doskonale były widoczne podczas spijania soku z przejrzałych kawałków owoców (banany, pomarańcze) wyłożonych na jaskrawych motylich karmnikach. Nasza córka nie mogła oderwać od nich wzroku. A gdy raz i drugi któryś motyl usiadł jej na ręce i bluzeczce (załóżcie kolorowe ubrania - motyle to lubią) była w siódmym niebie.
Ponieważ niektóre gatunki motyli żyją zaledwie kilka dni a nawet tylko jeden dzień, na miejscu w specjalnej wylęgarni (inkubatorze) na okrągło odbywa się "produkcja" kolejnych sztuk dorosłych osobników. Proces przepotwarzania się poczwarki w motyla można obserwować "na żywo" przez szybę.
Oprócz nas w motylarni spacerowało tylko kilka osób. Warunki do obserwacji mieliśmy więc idealne. Spędziliśmy tam dwie godziny.