Miały to być nasze pierwsze rodzinne wakacje za granicą. Dlatego długo zastanawialiśmy się, dokąd wyruszyć, aby uszczęśliwić zarówno nas, jak i dzieci: dwulatka, dziewięciolatka i trzynastoletnią pannę. Wybór padł na Danię: jest blisko, nie za gorąco, można po niej jeździć na rowerach, no i jest tu Legoland!
Postanowiliśmy jechać na dwa tygodnie samochodem z rowerami i namiotem. Wytypowaliśmy trzy miejsca w różnych częściach kraju. Miały być kilkudniową bazą, skąd robilibyśmy wycieczki. Na stronie internetowej zrzeszenia duńskich kempingów (www.campingraadet.dk lub www.dk-camp.dk) zarezerwowaliśmy miejsca. Wybieraliśmy kempingi o średnim standardzie oznaczone trzema lub dwoma gwiazdkami.
Aby wprowadzić dzieci w odpowiedni nastrój, młodszym przed wyjazdem czytaliśmy historie wikingów, a starszej córce - "Hamleta". Sami zajęliśmy się kompletowaniem sprzętu - biwakowego i rowerowego, oraz przygotowaniem prowiantu. Postanowiliśmy wziąć maksymalnie dużo jedzenia z Polski - Dania jest bowiem bardzo droga.
W drogę
Wyruszyliśmy zapakowani po brzegi, z rowerami na dachu. Ponad tysiąc kilometrów pokonaliśmy z nocowaniem tuż przed niemiecką granicą - do Danii dotarliśmy późnym popołudniem. Na kemping pod Ribe (najstarsze miasto Danii na zachodnim wybrzeżu) dojechaliśmy pod wieczór.
I wówczas sprawdziło się powiedzenie "Przezorny zawsze ubezpieczony" - na kempingu nie było już wolnych miejsc. Na nas, dzięki wcześniejszej rezerwacji, czekało oznaczone poletko. Wkrótce potwierdziły się wszystkie zachwyty, jakie słyszeliśmy o duńskich kempingach. Są zadbane i świetnie zorganizowane. Kuchnie i sanitariaty mieszczą się w kilku miejscach i jest ich tak dużo, że nie zdarzyło nam się czekać w kolejce pod prysznic lub do zmywania. Pod bokiem są też świetnie wyposażone place zabaw dla dzieci, mini-zoo i jeżdżąca po kempingowych alejkach ciuchcia. Największe wrażenie zrobił na nas oddzielny pokój kąpielowy dla najmłodszych dzieci - kolorowy, z wygodną wanienką, miejscem do przewijania i zestawem zabawek do kąpieli. Okazało się również, że nasz namiot był jednym z nielicznych, większość turystów mieszka w campingcarach lub przyczepach.
Pomiędzy kroplami
Aura nie była łaskawa, w końcu to północ Europy. Duńczycy przewidzieli jednak kaprysy pogody. W przerwie pomiędzy deszczami udało nam się zwiedzić Centrum Wikingów. Przebrani w stroje z epoki wikingów wolontariusze pokazali nam, na czym polegało wytapianie żelaza w dymarce, oranie ziemi wołami, jak budowano domy, tkano kolczugi dla wojowników i wytapiano szklane paciorki. Niesłychaną atrakcją okazało się polowanie z sokołami.
Na widok kolejnej granatowej chmury przemknęliśmy do Muzeum Wikingów pod dachem. Niestety, kolejna ulewa uniemożliwiła nam zaliczenie następnej atrakcji - nocnego zwiedzania miasta z przewodnikiem przebranym w mundur nocnego stróża z epoki. Oprowadza on turystów po najstarszej części miasta, niosąc halabardę i lampę naftową. Śpiewa przy tym tradycyjną pieśń nawołującą ówczesnych mieszkańców do wygaszenia świateł.
Kolejne dni upłynęły na rowerowych eskapadach po okolicy oraz kąpieli w, o dziwo, ciepłym Morzu Północnym. Wybraliśmy się między innymi na wysepkę Mando, do której dociera się groblą tylko w czasie odpływu. Hmm... dziwnie jedzie się po dnie morza - w szprychy wplątują się wodorosty, a w nozdrza wdziera się specyficzny rybi zapach. Wysepka jest naprawdę malutka. Mieszka na niej kilkadziesiąt osób, krowy i owce. Życie rozkwita tu zaledwie na kilka godzin, kiedy na wyspę docierają autokary z turystami.
Z górki na pazurki
Następne dni spędziliśmy pod Arhus, na wschodnim wybrzeżu. Pofałdowany krajobraz z kilkoma niewielkimi jeziorami nazywany jest szumnie pojezierzem. Urozmaicił on nasze rowerowe wycieczki. Musieliśmy bowiem włożyć więcej wysiłku nie tylko w pedałowanie, ale także w odpowiednią motywację starszych dzieci. Chętniej pokonywały trudniejsze trasy, wiedząc, że czeka na nie ciekawa atrakcja. Jedną z nich było akwarium fauny słodkowodnej pod Silkeborg. Najlepszą zabawą okazał się tam basen z rybami do.... głaskania. Zanurzając w nim ręce, można było dotykać przepływających ryb. Pozostałą część ekspozycji zorganizowano również w taki sposób, aby dzieci jak najbardziej zainteresować, wciągnąć do zabawy.
Świat z klocków
Dzień wyprawy do Legolandu był pochmurny i chłodny, ale w samochodzie w drodze do Billund kipiało od dobrych humorów i wielkich emocji. Muszę przyznać (choć nie przepadam za parkami rozrywki), że było na co czekać. Legoland zachwycił mnie różnorodnością, wprawił w podziw nad misternością konstrukcji i pieczołowitością, z jaką oddano szczegóły budowli z klocków. Oszałamia rozmachem i pomysłowością atrakcji, które kolejno zapraszają do zabawy nie tylko małych, ale i dużych. Urzekła mnie również troska organizatorów o to, aby każdemu dogodzić: maluchy mogą bawić się w wydzielonym parku z klockami Duplo, w czasie gdy starsze dzieci szaleją, pędząc z zawrotną prędkością kolejką górską lub przepływając łódkami (zbudowanymi oczywiście z klocków Lego) przez tunele grozy. W międzyczasie można wpaść do jednego z barków lub kawiarenek albo usiąść z własnym prowiantem przy stoliku. Ci, którzy zmokli w czasie którejś z licznych zabaw z wodą, mogą wejść do specjalnej kabiny-suszarki wysuszyć się i ogrzać. W Legolandzie spędziliśmy cały dzień i wyszliśmy z poczuciem niedosytu oraz lekkim zawrotem głowy. I silnym postanowieniem, że jeszcze kiedyś tu wrócimy.
Szlakiem rozrywek
Kolejne dni upłynęły nam pod hasłem rozrywki. Bo w Danii inaczej się nie da. Co krok jest jakieś ciekawe muzeum, oceanarium, park safari lub skansen. Odwiedziliśmy Lowe Park - park dzikich zwierząt; zoo w Randers, gdzie pod trzema kopułami odtworzono tropikalne lasy Afryki, Azji i Ameryki Południowej, no i zwiedziliśmy piękne miasto Arhus, a w nim Den Gamle By - niezwykły skansen. Odtworzono w nim atmosferę duńskiego miasta z XVII i XVIII wieku. Zawiedzione miny dzieci, ("skansen" nie brzmi ciekawie) z minuty na minutę ustępowały miejsca okrzykom zachwytu. A to nad domkiem ówczesnego malarza z pracownią malarską i stołem do ucierania pigmentów, a to nad maleńkim wesołym miasteczkiem, gdzie można było pokręcić się na karuzeli z epoki i spróbować chodzić na zabytkowych szczudłach, a to wreszcie nad księgarnią i sklepem ze starymi zabawkami, gdzie można było ku-pić repliki starych zabawek.
W zabytkowej cukierence uraczyliśmy się ciastkami pieczonymi według tradycyjnej receptury.
W drodze powrotnej, w podmiejskim lesie czekała nas jeszcze jedna niespodzianka - ogrodzony fragment lasu z oswojonymi sarnami, danielami i dzikami. Pierwszy raz w życiu mieliśmy okazję spojrzeć z bliska w migdałowe oczy saren.
Światła wielkiego miasta
Nim się obejrzeliśmy, minęło 10 dni naszych duńskich wakacji. Ostatnie dni mieliśmy spędzić pod Kopenhagą na wyspie Zelandia. Drogę na wyspę urozmaicił nam przejazd przez jeden z najdłuższych mostów Europy, łączący Półwysep Jutlandzki z wyspą. Jest to jednak spory wydatek - (30 euro). Tańsza jest przeprawa promowa.
Źródło: Dziecko