1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Rozstanie

01.12.2009 14:22
Sam nie wiem, czy chcę, żeby Tosia poszła do przedszkola. Czy naprawdę musi?
Tato, ja nie chcę iść do przedszkola.

- Tosiu, przecież jesteś już duża, masz trzy latka, trzy i pół, sięgasz głową ponad stół...

- ...ale ja nie chcę! - Usteczka drżą, z oczu płyną łzy. Jak grochy.

- Przecież się umawiałyśmy. - Aga włącza się do rozmowy.

- Nie chcę, nie chcę iść do przedszkola! - Tosia ucieka na skraj łóżka. Chowa się za poduszki, za kołdrę, a ja nie wiem, co mam zrobić. To znaczy wiem, rozmawialiśmy o tym z milion razy, ale to było tylko tak teoretycznie, a teraz to się dzieje i jest strasznie. Aż płakać mi się chce.

Nie chcę, żeby czuła się odrzucona!

A może boję się tego, że ona mnie odrzuci?

Zresztą sam nie jestem pewien, czy chcę, żeby ona do przedszkola poszła. Taki maluszek. Kto jej tam pomoże usiąść na kibelku, kto wytrze nos, poda kanapkę, obroni przed dziećmi? Kto ją przytuli, gdy będzie smutna, zagubiona, zmęczona?

Czy ona naprawdę musi dziś, akurat dziś, iść do przedszkola?

- Musi. - Aga jest stanowcza. - Przecież wiesz.

- Wiem, wiem, wiem...

Że musimy to zrobić, bo urodził się Franek, niania odprawiona, a ja muszę do pracy.

Bo przedszkole rozwija, uczy zaradności, samodzielności, bycia w grupie. Ale żeby Tosia zaczęła się uczyć, musi zostać sama. Samiusieńka! A przecież nigdy nie była sama, bo poza nianią z nikim jej nie zostawialiśmy. Nawet z babcią, dziadkiem. Dlaczego tak robiliśmy?! Dlaczego?! Teraz masz za swoje! Głupku!

Trzeba wreszcie przeciąć tę pępowinę. Albo raczej się wyluzować. To znaczy zaufać Tosi, zaufać innym, pozwolić, by zadziałała miłość.

- Wiem to wszystko, wiem - powtarzam przez zaciśnięte zęby. I co? I nic, bo słyszę płacz i prośby.

A Tosia po mistrzowsku rozgrywa wątpliwości. Zwłaszcza moje, bo Aga jest mocniejsza.

Zaczynamy się kłócić. To znaczy ja i Aga.

Mam do niej pretensje, że ciągle powtarza, że się umówiły. Jak tak można do malutkiego dziecka? No to Aga, zdradzona, podnosi na mnie głos. Zaczynam krzyczeć, żeby na mnie nie krzyczała. Beznadziejnie robię, ale nie mogę się zatrzymać. Strach i bezradność znalazły wreszcie ujście. Tosia jakby cichnie, a mnie do głowy przychodzi, że to z poczucia winy. Kurwa mać! Nie dość, że ją wyrzucają z domu, to jeszcze ma na głowie kłócących się rodziców.

- Lepiej już idź do pracy. - Agnieszka przejmuje inicjatywę. Z niechęcią, ale się zgadzam. Jednej osobie z pewnością będzie łatwiej.

Można też powiedzieć, że dezerteruję.

A potem Aga dzwoni i zapłakanym głosem opowiada, że było strasznie. Że Tosia płakała, nie chciała jej puścić, więc pani musiała ją wziąć na ręce i przytrzymać siłą.

- Widziałam ją potem, schowałam się w kuchni, jak chodzi za tą panią. Taki mały, biedny, wystraszony, opuszczony kurczak.

- Kupię jej hulajnogę. Tak bardzo chciała. Do przedszkola będzie na niej jeździć. Osłodzę jej to! Osłodzę! - pędzę na poszukiwania. Tej konkretnej, różowej, z trzema kółkami i nadrukiem. Sęk w tym, że nigdzie nie ma. No, to dzwonię, jeżdżę, szaleję. A przy okazji zagłuszam to poczucie winy, ten żal i rozpacz.

A Aga dzwoni co pół godziny i raportuje, czego dowiedziała się od przedszkolanek. To znaczy, że nie płacze, ale jest zacięta. Albo że nie płacze, ale siedzi z boku.

Hulajnoga, hulajnogę, muszę, w dupie z pracą, jest, uff, do domu.

Na drugi dzień to ja towarzyszyłem Tosi. Jechała na hulajnodze i nawet się uśmiechała. W przedszkolu koszmar wrócił. I znowu pani musiała ją wziąć na ręce.

- Niech pan już idzie - szepnęła inna pani. Chwila wahania, ostatnie spojrzenie, twarz Tosi, zapłakana, rozmazana przez moje łzy.

Jakie to straszne! Straszne!

- Dlaczego tak musi być? - szeptałem, zmagając się z drzwiami.

- Ile to jeszcze będzie trwało? - Wpadłem na jakąś panią.

- A skąd ja mogę wiedzieć? - Też była zapłakana. - Pierwszy raz zostawiłam dziecko.

Pobiegłem do Agi. Gadaliśmy, chlipaliśmy i się tuliliśmy. I wtedy do mojej głowy przyszła myśl, że to dobrze, że tak boli. Bo to znaczy, że się kochamy. I tego się uczepiłem. I to mi dało siłę.

To paradoksalne: niby dziecko wreszcie wyszło z domu, a jeszcze nigdy tak mocno nie czułem się rodziną.

Skomentuj:
Rozstanie
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX