1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Ten drugi

29.12.2008 00:00
A przecież mogłem nie mieć dzieci. W ogóle mogłem być sam. Wstawać kiedy chcę, spacerować gdzie chcę, czytać to, co chcę...
- W co ja się wpakowałem? Po co? Dlaczego? Nie chcę! Nie wstanę! - przykrywam głowę poduszką.

A przecież mogłem nie mieć dzieci. W ogóle mogłem być sam. Wstawać kiedy chcę, spacerować gdzie chcę, czytać to, co chcę. A nie ciągle dziecko i dziecko. Pobudka o ósmej, plac zabaw, książeczki o Mysi i spółce, Uszatki jakieś, klocki, lale.

- Nie wstanę!

- Tata, płatek - głos córeczki tuż przy uchu. Rączka wwierca się pod poduszkę i czuję, że do ust wpycha mi się coś twardego. Coś jakby płatek śniadaniowy typu corn.

- Trzeba było nie mieć dzieci - żuję tego płatka.

A może to mi się tylko śni? Może się obudzę i nie będzie tej poduszki, tego płatka, tego lecącego w kółko "puszka okruszka". To chyba jednak nie jest sen. Niestety. Ale mimo to nie wstanę. Jeszcze nie. Przeklęta pogoda.

- Tata wstaje - Tosia znów przy uchu. Podnosi poduszkę, a jej rączki łapią mnie za brodę. I ciągną: - Tata wstaje!

Czuję ciepło tych rączek, ich delikatność. I mam wrażenie, że jej dotyk budzi we mnie coś nowego.

- Ale przecież jest fajnie.

- Było! Było mój drogi. Bo właśnie nie jest. Jesteś wykończony, niewyspany. I w ogóle tylko ci się wydaje, że jest fajnie. Nakładli ci do głowy, że ojciec, że rodzina, że super. Bzdura! Bzdura, mój drogi. Jesteś jak muł, jak wół... Taka prawda, mój drogi.

Otwieram oczy i widzę jak to-to stoi, takie blond, takie pyzate, takie uśmiechnięte i rumiane.

- Kochana!

- To przez nią nie możesz się porządnie wyspać. To przez nią w nocy tyle razy musiałeś wstawać. A przecież idziesz do pracy. Musisz być wypoczęty, bo nie dasz rady. A przecież bierzesz kredyt. Jak go spłacisz, jak nie będziesz mógł pracować... A może ty jesteś chory. Pomyśl! Źle się czujesz, prawda? Boli cię głowa? A gardło? Brzuch? Jesteś chory i nikt się nad tobą nie lituje, mój skarbie! A jeszcze sobie zrobiłeś drugie! Baranie jeden!

- Tata wstaje - mówi Tosia.

- Niech ci da spokój. Niech wszyscy ci dadzą spokój. Przykryj się poduszką i powiedz, że cię nie ma. Albo wyjedź. Choćby na kilka dni. Sam, sam, sam,...

- Tata wstaje - w głosie Tosi zaczyna pobrzmiewać płacz.

- Terrorystka. Nie daj się! Bądź mężczyzną!

Wstaję.

- I znów do kieratu. Tresowane bydle. Zaraz nasypią ci prosa do koryta i w ogóle już będziesz szczęśliwy. Zgroza mój skarbie, wstyd.

Idę do łazienki. A to-to za mną. I gada, że ono też chce do łazienki. Też chce umyć zęby. I samo chce wziąć szczoteczkę. I jęczy, i marudzi.

- Widzisz, mój skarbie. Jednak kicha, prawda? - przemywam wodą twarz. A to-to, się uśmiecha.

- Tata przytuli - mówi.

Biorę ją na ręce i nagle robi się ciepło, cieplutko.

- Kocham cię, kocham cię córeczko - słyszę swój własny głos.

A tamtego już nie ma. Zniknął, przepadł.

- Do jutra - dobiega skądś. - Do jutra...

Skomentuj:
Ten drugi
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX