1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Piękno

Kilka dni temu Agnieszka pokazała mi zdjęcia Tosi zrobione zaraz po porodzie. Popatrzyłem i oniemiałem.
To było na długo, długo przed tym, nim w ogóle zacząłem myśleć o tym, że mogę chcieć być tatą. Powiedzmy, że miałem wtedy jakieś dwadzieścia lat, a wszelkiego rodzaju instynkty tacierzyńskie, jeżeli coś takiego czułem, zaspokajałem za pomocą kota.

Pamiętam, jak z ówczesną moja dziewczyną bawiliśmy się w wycinanie z weekendowej "Gazety Stołecznej" zdjęć najbrzydszych naszym zdaniem noworodków. Plan docelowy był taki, że zrobimy sobie z tego talię kart. Takie super brzydkie zostaną jokerami, potem będą asy, króle, damy i tak dalej. Jednym słowem, w tamtych czasach, uważałem, że noworodki dzielą się na brzydkie, bardzo brzydkie i nijakie, czyli takie same jak wszystkie.

Świetnie pamiętam, jak siostra urodziła synka. Z dumą trzymała go przy piersi, coś tam do niego gadała, coś tam do niego mrugała i cała była zachwycona, jaki on piękny, jaki śliczny. Patrzyłem z góry, patrzyłem z dołu, z prawej, z lewej, ale mimo największych starań widziałem tylko małe, sine, pomarszczone, lekko owłosione na głowie żyjątko. I wszystko mógłbym o nim powiedzieć, tylko nie to, że jest piękne.

Potem to samo przeżywałem, gdy urodziło się dziecko znajomych. Oni, że piękne, że śliczne, jakie rączki, jakie nóżki, a ja nic, widziałem pomarszczonego, drżącego, oślinionego stworka.

Sytuacja zmieniła się radykalnie, gdy sam zostałem tatą. Powiem więcej. Już na pierwszym USG poczułem silne wzruszenie natury estetycznej.

- Jaka piękna - jęknąłem, wpatrując się w złożony z esów floresów obraz na ekranie (i nic to, że jak się później okazało, to co w zachwycie brałem za główkę, było pupką).

A potem Tosia się urodziła i jak ją zobaczyłem, to oniemiałem. Jaka duża, jakie długie nóżki, jakie długie rączki. I jaka piękna buzia. Owszem, z wyrazu trochę podobna do Chińczyka, ale jakiego ślicznego!

Patrzyłem, patrzyłem i nie mogłem się nadziwić, że moje dziecko jest jakieś takie ładniejsze od wszystkich pozostałych. I w ogóle nie jest sine. Ba, nawet jakby opalone. Jakby marchewkowe.

- Co za karnacja - powiedziałem w zachwycie.

- To po mnie - pochwaliła się Agnieszka.

- To żółtaczka - oznajmiła pani doktor i zabrała Tosię na naświetlanie.

A potem minęło kilkanaście dni i marchewkowa karnacja przeszła w olśniewającą biel. A w zasadzie w apetyczny róż. I był to najpiękniejszy kolor świata.

A potem minęło kilkanaście tygodni i Tosia zaczęła przybierać na wadze. Łapki, nóżki, brzuszek, karczek i policzki zrobiły się tłuściutkie i była to najcudowniejsza tłustość świata.

A potem oczy nabrały koloru, pojawiły się ząbki, pojawiły się włosy. Buzię rozpromienił uśmiech, pojawiły się miny, grymasy, wygibasy. I wszystko to było najpiękniejsze, najwspanialsze na świecie...

Mógłbym tak jeszcze długo, ale się powstrzymam, bo nie o to chodzi. Chodzi o to, że kilka dni temu Agnieszka pokazała mi zdjęcia Tosi zrobione zaraz po porodzie. Popatrzyłem i oniemiałem, bo zobaczyłem małego, opuchniętego, owszem bardzo sympatycznego, bardzo kochanego, ale jednak stworka.

- A myśmy myśleli, że jest podobna do małego, ślicznego Chińczyka - powiedziała Aga, wskazując na podpuchnięte oczka.

- Prawdę mówiąc, to bardziej przypomina Andrzeja Gołotę po jakiejś ostrej bijatyce - skonstatowałem w myśli, a potem spojrzałem na Tosię, która stała tuż obok i pukając paluszkiem w zdjęcie krzyczała: "dzidzia".

Ona krzyczała, a ja się zapatrzyłem. No, bo nie wiem, jak to powiedzieć, ale moja córka, jest taka piękna, taka śliczna, taka słodka, że o rety!

Więcej o: