1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Wielka zmiana

Dobra, tylko spokojnie - próbuję się uspokoić. - Przecież Aga jedynie idzie do pracy
- Cieszysz się, że idę do pracy? - pyta Aga.

- Oooo. I to jak.

- Naprawdę?

- No, bardzo. Bardzo się cieszę.

- A myślisz, że powinnam. Że to dobrze dla Tosi.

- Myślę, że to dobrze dla ciebie.

- Trochę się boję, jak to będzie. Cały dzień bez Tosi. I te obowiązki.

- Na początku będzie ciężko, ale sobie poradzisz. Wszyscy sobie poradzimy.

- Na pewno?

- Na pewno - mówię choć wcale nie jestem pewny. To znaczy tego, czy ja sobie poradzę. No, bo kurde wszystko od miesięcy poukładane, podocierane, a tu teraz taka zmiana. I to już jutrooooooooo!

- Tak się denerwuję - mówi Aga przed snem.

- Wszystko się ułoży. Nie przejmuj się - udaję twardziela. I próbuję zasnąć. Ale ta poduszka, ta kołdra, ten autoalarm sąsiada...

Budzę się z wrażeniem, że dopiero zasnąłem. Skóra piecze, w gardle sucho, koniec snu snuje się pod powieką.

- Zaspaliśmy - oświadcza Aga i wskazuje zegar. Jasna cholera! Nie dość, że wielka zmiana, to jeszcze wielki pośpiech. W brzuchu pojawia się gula.

A młyny już mielą.

Aga robi śniadanie dla Tośki, ja muszę ją przebrać, przewinąć.

- Nakarmisz ją dziś kochanie, bo ja się śpieszę. Rozumiesz, pierwszy dzień - krzyczy Aga z kuchni.

No to karmię.

- To ja się wykąpię - krzyczy Aga z łazienki.

- Ale potem zajmiesz się Tosią, żebym ja to mógł zrobić?

- Jeśli zdążę.

Tosia nie chce jeść. Akurat teraz.

- No, proszę cię... Proszę... Tu masz gazetkę... Tu masz pudełeczko... No, proszę... - czuję, że tracę resztki zimnej krwi. Na szczęście Aga wybiega z łazienki. Przejmuje karmienie, a ja startuję w stronę wanny. Odkręcam kurek.

- Jasna cholera! Zakręcili wodę!

Czuję się pokonany, zniszczony, zdeptany. Już nic nie będzie takie, jak kiedyś. Koniec i kropka. Śmierć i desperacja. A do tego umrę brudny. Z tłustymi włosami. W mordę, ja Cię, tego owego!

- Może potem włączą - mówi Aga i dodaje, że Tosia też może potem zje, bo teraz nie chce. - Niania będzie koło dziesiątej. To znaczy ma być o dziesiątej, ale wiesz, że się spóźnia. W każdym razie ja już muszę lecieć. No to pa. Całuję. Tosiu! Pa!

No to Tosia do Agi. I buzia w podkówkę.

No to ja Tosię od Agi. I do pokoju. I zabawiam, żeby jak najmniej boleśnie przyjęła wyjście matki.

Tosia wrzuca piłkę pod łóżko, mówi "bam", a ja tę piłkę wyciągam. Raz, dwa, trzy... a w głowie panika. No, bo ja też muszę do pracy. A tu nie ma wody i muszę nakarmić córkę. A potem ją położyć, bo drzemkę ma ciut po dziesiątej, a przecież nie chciałbym, żeby pierwszy raz gdy tata i mama wychodzą, zasypiała sama. A jak zaśnie, to nie będę mógł się wykąpać, bo wtedy ją obudzę. Ratunku! Obłęd za drzwiami.

- Muszę coś zjeść - myślę, bo czuję, że mi słabo.

Ale póki co z kranu bluzga woda. A w zasadzie złota ciecz. Odkręcam na maksa. Niech zleci. A w czasie gdy leci, karmię Tosię. Idzie jej znacznie lepiej. Na deser obieram mandarynkę. Zajada, a ja z nią. Po chwili robi mi się niedobrze. Biegnę do toalety. Zwracam mandarynkę. Tosia patrzy zaciekawiona. A ja ledwo żywy.

- Przynajmniej wiem, że póki co nic nie zjem - myślę. I wtedy wchodzi niania. Na paluszkach, bo myślała, że Tosia już śpi.

- Zaraz będzie - mówię i biorę córeczkę do pokoju. Kładę się z nią na łóżku, ale mała fika. Próbuję być spokojny, ale w głowie tylko, że się spóźnię, że nic nie jadłem, że muszę się wykąpać. Panika, panika, panika.

- Poddaję się - mówię, wychodząc z pokoju.

Niania przejmuje Tosię, a ja do wanny. Potem bułka i do samochodu. Ledwo żywy wpadam do pracy.

- Jak było - pyta Aga.

- Dałem radę.

Pani w szkole rodzenia mówiła, że moment gdy żona i mama wracają do pracy bywa ciężki, ale przecież przechodzi przez to miliony rodzin, nie ma się czego bać. Słyszysz?! Nie ma! Przytul żonę, ucałuj córkę i idź spać.

Więcej o: