1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Gdy mąż jest za granicą

26.03.2008 11:00
Istotą rodziny jest nie to, że mieszka razem, tylko że chce dzielić z sobą życie.
Dziś wielu młodych ludzi szuka pracy za granicą. Statystyki mówią, że przez emigrację zarobkową rozpada się co trzecia rodzina. Dlaczego tak jest?

Więź rodzinna kształtuje się w codziennym współżyciu, a w wypadku młodych rodzin często nie było jeszcze na to dość czasu. I jeśli, dajmy na to, on wyjedzie za chlebem, to grozi, że te dwie codzienności rozłączonych też się rozjadą - bo tu ona sama sobie radzi z żarówką, z cieknącym kranem, z wnoszeniem wózka na trzecie piętro bez windy, a tam on też jakoś sobie organizuje życiowe sprawy i robi się coraz bardziej niezależny. Więc podstawowe pytanie brzmi: czy przed wyjazdem udało się na tyle wytworzyć wspólnotę, że ta więź może przejść próbę czasu. Nie bez znaczenia jest też perspektywa - czy wiadomo, jak długo ta praca za granicą ma trwać, czy też mówi się ogólnikowo: rok, dwa, no może trzy, aż się uskłada na mieszkanie... Jeżeli ten okres nie jest precyzyjnie określony, to dużo trudniej znosić rozłąkę.

Więc może lepiej, jak cała rodzina wyjedzie razem?

To też nie usuwa wszystkich problemów. Bo dla dziecka ważne jest nie tylko, jak rodzice się nim zajmują, ale także, a może nawet przede wszystkim - żeby miało okazję obserwować, jak rodzice odnoszą się do siebie nawzajem. A także - jak żyją z sąsiadami, jak traktują przyjaciół, czy angażują się w działania na rzecz szerszej społeczności... Jak rodzice wyjadą z dzieckiem za granicę, to nagle ta cała społeczna otoczka znika. Są wtedy zdani na siebie. Czują się mniej swojsko, mniej bezpiecznie. Pozbawieni wsparcia muszą sami decydować o sprawach, które dotąd często toczyły się własnym trybem, jak choćby spędzanie czasu po pracy czy w weekend, organizowanie świąt.

No to wróćmy do sytuacji rozłąki i spójrzmy na nią oczyma dziecka. Trzeba by chyba zacząć od ogólniejszego pytania - po co dziecku tata?

Dla kilkumiesięcznego niemowlęcia ważne jest, że pojawia się ktoś oprócz mamy, że świat nie składa się tylko z nich dwojga. A z czasem przekonuje się, że i tata, i mama są życzliwi, dobrzy, dają jeść i można się z nimi bawić, ale przecież nie są tacy sami. Każde z rodziców ma inne poczucie humoru, inne wymagania i inny sposób okazywania czułości. W ten sposób dziecko się uczy, że ludzie są różni i że z każdym człowiekiem stosunki układają się inaczej.

Trzy- czterolatek zaczyna już spostrzegać relację pomiędzy rodzicami, widzi, że coś ich łączy. Bywa oczywiście zazdrosny, kiedy okazują sobie czułość, ale zasadniczą kwestią jest to, że mocna więź łącząca rodziców daje mu poczucie bezpieczeństwa.

To znaczy, że zniknięcie ojca siłą rzeczy podkopuje poczucie bezpieczeństwa dziecka...

A poza tym dziecko nie ma okazji zobaczyć, jak rodzice żyją ze sobą na co dzień - sprzątają, szykują obiad, jak się ze sobą sprzeczają, jak spędzają czas wolny, z nim i bez niego. I potem, jak dorośnie, nie bardzo będzie wiedziało, jak dzielić z kimś życie. Wie, jak sobie radzić samemu, bo patrzy na mamę, która sobie radzi sama. I słyszy o tatusiu, który radzi sobie sam gdzieś w dalekim świecie. Więc uczy się samodzielności, ale nie uczy się bliskości z drugim człowiekiem.

Jak to? Przecież cały czas jest z matką?

Tyle, że ta bliskość jest często obciążona poczuciem odpowiedzialności. Bo choć na poziomie racjonalnym dziecko może rozumieć powody rozłąki i nawet powtarzać to, co słyszy od mamy ("tatuś zarobi pieniążki, zbudujemy domek"), to trudno mu to przetrawić emocjonalnie. A ponieważ ma mniejsze poczucie bezpieczeństwa, czuję się niepewnie, skłonne jest szukać winy w sobie. Np. jak widzi mamę z torbami zakupów, to stara się dźwignąć tę torbę, ale jak raz zapomni, to myśli sobie: "to przeze mnie mama jest taka zmęczona i smutna". I zaczyna wchodzić w rolę starszego, niż jest w istocie. Dla pięciolatka pomaganie mamie w zmywaniu czy sprzątaniu to może być frajda, ale nie na zasadzie regularnego obowiązku, z którego potem będzie się sam rozliczać.

Dla dziecka inaczej biegnie czas... Przedłużająca się nieobecność ojca musi chyba też coś zmieniać w ich wzajemnych stosunkach?

Oczywiście, bo nawet jak tata czasem przyjeżdża, to przecież częściej pojawia się na ekranie, w telefonie, w opowieściach mamy. I dziecko zaczyna się oswajać z myślą: mój tata jest gdzieś tam I wyobrażać sobie różne rzeczy o ojcu, fantazjować na jego temat.

Przy braku codziennego kontaktu zaciera się granica między ojcem wyobrażonym a ojcem rzeczywistym i kiedy on wreszcie wróci, dziecko może być rozczarowane. Bo ulokowało w nim wszystkie swoje niespełnione potrzeby, pragnienia, frustracje... Nawet najlepszy ojciec nie jest w stanie zaspokoić zupełnie nierealistycznych oczekiwań.

Z tego wynika, że ojciec powinien odwiedzać dziecko jak najczęściej. Tylko, czy to nie zaogni jego tęsknoty, kiedy znów odjedzie?

To prawda, że powtarzalność rozstań jest bardzo bolesna i żeby ochronić się przed tym cierpieniem, odcinamy się emocjonalnie od obiektu naszej tęsknoty. Dziecko może więc sobie tatę "wykasować", a ulokowane w nim uczucia przenieść na mamę, która staje się wtedy dwojgiem rodziców w jednym. I dla ojca nie ma już miejsca. Po powrocie będzie je sobie musiał wymościć od nowa.

To co, nie ma dobrego wyjścia z tego dylematu?

Powiedzmy wprost: rodzice są po to, żeby dawać dziecku poczucie bezpieczeństwa, a to wymaga stałości. Te wszystkie wyjazdy, rozstania, powroty podkopują tę stałość.

Jak zatem zmniejszyć ryzyko związane z rozłąką?

Przede wszystkim pielęgnować związek. Z korzyścią dla wszystkich, bo, jak mówią terapeuci, jakie małżeństwo, taka rodzina.

Więź małżeńską często porównuje się do ogrodu: może być pięknie założony, jeszcze piękniej zaplanowany, ale jeśli nie dba się o niego dzień po dniu - dziczeje. Zwykle ludzie szukają pomocy, jak już jest ewidentny kryzys, a wtedy bywa za późno. Sztuka polega na tym, by dostrzec pierwsze oznaki nadszarpnięcia więzi. Kiedy jedno z małżonków jest tu, a drugie tam, powinni jak najwięcej ze sobą rozmawiać, zastanawiać się, jak ta rozłąka wpływa na ich związek. I jeśli po kilku miesiącach dojdą do wniosku, że nienajlepiej, że ich miłość stygnie, to będą mogli zrewidować swoją decyzję. Powiedzieć sobie: Co z tego, że za ileś lat będziemy mieli swoje wymarzone gniazdko, jak już nie będziemy chcieli z sobą być!

Istotą rodziny jest nie to, że mieszka razem, tylko że chce dzielić z sobą życie. Ważniejsze jest z kim się jest, a nie gdzie się jest. Być może trzeba więcej lat zarabiać na mieszkanie, ale cenniejsze będzie, żeby cała rodzina była razem? Bo sam cel, samo zadanie nie utrzyma związku. Wiele par w kryzysie, które skupiały się dotąd na karierach zawodowych i osiągnięciach materialnych mówi: my byliśmy niezwykle sprawną "spółką z o.o." Ja robiłem to, ona to, uzupełnialiśmy się, razem tyle osiągnęliśmy. Ale to nie było życie rodzinne.

Jak takie rozmowy o związku prowadzić? Przez telefon i Internet?

Codzienny kontakt za pośrednictwem mediów na pewno jest bardzo ważny, ale nie wystarcza. Wtedy jest za dużo do powiedzenia rzeczy bieżących, zwykłej wymiany informacji. Poza tym, kiedy rozmawiam z kimś przez telefon czy skype'a i nawet widzę jego twarz na ekranie, to reaguję bezpośrednio na słowa, na mimikę, ale brakuje miejsca na refleksje. Pod tym względem najlepsze są tradycyjne listy. Podobne zadanie spełnią maile, ale już nie czaty, które są raczej szybkim dialogiem niż okazją do swobodnego namysłu. Kiedy piszę list, mam czas wejrzeć w siebie, zastanowić się, jak znoszę rozłąkę, czy moja wytrzymałość nie jest już na wyczerpaniu. Mogę coś przemyśleć, dopisać, poprawić. Druga strona tak samo.

A jak jest lepiej dla dziecka? Jeśli ojciec będzie odwiedzał rodzinę częściej i na krócej, czy rzadziej, ale za to na dłużej?

Moim zdaniem rytm wizyt i rozstań nie ma większego znaczenia. Sedno leży gdzie indziej - jak sobie z całą tą sytuacją radzą rodzice, a wobec tego - co przekazują dziecku.

Przekazują nie tylko słowami?

Nie tylko, także przez swoją postawę. Bo jak przy spotkaniu z tatą mama się uśmiecha, trzyma twarz, ale po wyjeździe krytykuje go albo narzeka, że znów musi się sama borykać z losem, to dziecko nie da się zwieść zapewnieniom, że wszystko jest w porządku. Dzieci świetnie wyczuwają, co dzieje się między rodzicami.

Może jednak są jakieś sposoby, żeby ulżyć dziecku wprost?

Dla dziecka ważne jest, żeby miało jakąś rzecz związaną z tatą. To może być pluszak od taty, to może być zdjęcie taty albo razem z tatą, upamiętniające wspólne przeżycia. I dobrze by było, żeby nie tylko tata odwiedzał dziecko, ale żeby i ono mogło odwiedzić tatę, zobaczyć, gdzie śpi, gdzie robi zakupy, jakim autobusem jeździ do pracy. To wszystko będzie pracowało na rzecz bardziej realistycznego wizerunku taty.

A może warto, żeby dziecko też coś tacie dało? Żeby coś dla niego czasem narysowało?

To jest bardzo dobry pomysł. Chodzi o to, żeby cały czas była żywa wymiana pomiędzy dzieckiem a ojcem. Żeby to nie było wszystko abstrakcyjne i wirtualne. Żeby nie wszystko szło przez mamę, która, dajmy na to, rozmawia z tatą przez skype'a, a na koniec woła dziecko, żeby też powiedziało parę słów. Dziecko musi mieć coś namacalnego, coś co będzie namiastką baraszkowania z tatą na podłodze, budowania z klocków, tego wszystkiego, co stwarza naturalną płaszczyznę kontaktów. Bo tak właśnie tworzy się i podtrzymuje więź.

Dr Rafał Bornus jest psychiatrą i psychoterapeutą. Prowadzi terapię indywidualną, małżeńską, rodzinną i grupową. Pracuje w Laboratorium Psychoedukacji i w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Ma żonę i troje dzieci.

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Zobacz także
  • Wyjechać za granicę czy zostać
  • Co traci rodzina zapracowanego ojca
  • Brytyjscy rolnicy boją się odpływu pracowników z Polski
Komentarze (1)
Gdy mąż jest za granicą
Zaloguj się
  • wyjazdytaty

    0

    Dzień dobry. Jestem poruszona artykułem, współczuję zarówno Wam rodzice, jak i dzieciom. Sama znam sytuację właśnie ze strony dziecka. Mój tata wyjeżdżał do pracy do Anglii. Tematowi skutków wyjazdów emigracyjnych ojców przyglądam się w mojej pracy magisterskiej. Badam dziewczęta będące w takiej sytuacji, lub takie, które kiedykolwiek zetknęły się z problemem. Wiem, że internet jest pełen ogłoszeń, próśb takiego typu, ale w nadziei zostawiam adres mailowy do kontaktu. Badanie jest całkowicie anonimowe, prowadzone online i trwa zaledwie 12 minut. Będę szczęśliwa, jeśli chociaż jedna osoba odpowie na moją prośbę :) Proszę o wiadomość na adres wyjazdyzarobkowetaty@interia.pl. W odpowiedzi wyślę link do badania. Pozdrawiam serdecznie, Dominika.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX