1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

15 miesiąc: Przeziębienie

Taplanie się w zimnej kałuży jest bardzo miłe, ale drapanie w gardle i zapchany nos to nic przyjemnego. A zaczęło się tak niewinnie...


Mama czytała mi ostatnio książeczkę o wiośnie, więc następnego dnia pojechałyśmy do lasu zobaczyć, czy ta wiosna już jest. Ale chyba jeszcze nie przyszła, bo gdzieniegdzie był jeszcze śnieg i fantastyczne błotniste kałuże, do których sobie wchodziłam w moich czerwonych kaloszach. Omijałyśmy te kałuże, które wyglądały na głębokie. Niestety, jedna taka płytka kałuża miała z brzegu głęboki dołek i tam, w ten dołek, weszłam. Poczułam, jak woda wlewa mi się do buta i nagle

wpadłam w błoto.

Było zimne i brudne, a ja cała mokra i wściekła. Mama od razu zdjęła mi kombinezon, zawinęła mnie w swoją kurtkę i szybko pojechałyśmy do domu.

W domu Mama zrobiła mi ciepłą kąpiel i posmarowała mi stopy specjalną maścią, od której robi się ciepło. Okropnie mnie to łaskotało i uciekałam Mamie na czworakach po całym pokoju. Potem włożyła mi na nóżki włochate skarpetki (szczerze mówiąc, wkładała kilka razy, bo ciągle je sobie zdejmowałam).

Po obiedzie (wywaliłam całą miseczkę zupy ogórkowej na podłogę, a pieczonym mięsem nakarmiłam Lucka, pomidora nie chciał) poszłyśmy spać. Ostatnio Mama śpi w dzień razem ze mną, bo w nocy nie ma okazji, żeby się wyspać. Tata też. Wszystko przez te ich dziwne pomysły, że niby mam spać w nocy w swoim łóżeczku. Po czytaniu książeczek i po kołysankach zasypiam w łóżku Mamy i Taty, a potem Tata przenosi mnie do mojego łóżeczka i wtedy od razu budzę się i płaczę. Mama albo Tata siedzą przy łóżeczku i głaszczą mnie po główce, żebym zasnęła. A ja nie zasypiam. Więc oni zasypiają albo na materacu obok, albo oparci o barierkę łóżeczka. Ja znowu zaczynam głośno płakać i po kilku takich próbach biorą mnie do siebie do łóżka i zasypiam dopiero przy cycy. A jak zasypiam, znowu przenoszą mnie do łóżeczka i cała zabawa zaczyna się od początku. Rano Mama i Tata są nieprzytomni, za to ja budzę się w świetnym humorze. No więc mama jest bardzo zmęczona i jak ja zasypiam w dzień, to ona też.

Kiedy się obudziłyśmy, wrócił już Tata. Powiedział Mamie, że rozmawiał ze swoim kolegą Marcinem, który ma czworo dzieci i od dziesięciu lat jest niewyspany. Ten Marcin poradził tacie, żeby

usypiać mnie w łóżeczku,

a nie w łóżku rodziców. Właściwie to nie takie głupie - bardzo lubię moje łóżeczko - mieszkają w nim trzy misie, mała foczka i słonik. Nie podoba mi się to, że zasypiam w łóżku rodziców, a w nocy budzę się gdzie indziej.

Tego wieczoru, po kolacji i po kąpieli, tata wziął mnie na ręce i obeszliśmy cały dom, mówiąc wszystkim "dobranoc": Luckowi, zabawkom, kuchni, łazience i mojej ulubionej kanapie do skakania. Potem chwilę possałam Mamę (teraz ssę tylko rano, jak się obudzę i wieczorem na zasypianie, no i czasem w nocy) i Tata zaniósł mnie do łóżeczka. Poczytaliśmy o Słoniu Trąbalskim i o sójce, co się wybierała za morze, ale nie wiem, czy ta sójka się w końcu wybrała, bo zasnęłam.

Rano rodzice byli zadowoleni, bo wreszcie się wyspali, za to ja obudziłam się z płaczem. Piekło mnie gardło, miałam zapchany nos i było mi jakoś gorąco. Mama zmartwiła się i powiedziała, że musimy zmierzyć temperaturę. Wzięła mnie na kolana do cycego i włożyła mi pod pachę taką szklaną pałeczkę. Byłam zajęta ssaniem, więc niespecjalnie mi to szklane przeszkadzało, tylko trochę się złościłam, że mama przytrzymuje mi rączkę.

Mama powiedziała, że mam

prawie trzydzieści dziewięć

i Tata od razu zadzwonił do pana doktora. Byli trochę zaniepokojeni, bo to moja pierwsza gorączka. Jednak Tata powiedział, że małe dzieci mają dużą gorączkę z błahych powodów i że pan doktor przyjedzie za godzinę. Mama przebrała mnie w lżejszą piżamkę i dała mi łyżeczkę truskawkowego syropu, chyba na tę gorączkę. Był wstrętny, ale nie miałam siły na awantury. Potem wydmuchałyśmy nosek (na szczęście już potrafię to robić, ćwiczyłyśmy z mamą, dmuchając na piórko) i zaraz potem zasnęłam.

Kiedy się obudziłam, czułam się już o wiele lepiej, nie było mi tak gorąco, za to byłam cała spocona. Mama znowu przebrała mnie w suche ubranko i powiedziała, że pan doktor już na mnie czeka. Ucieszyłam się, bo bardzo go lubię, chociaż nie podoba mi się grzebanie łyżeczką w gardle.

Pan doktor zbadał mnie i uspokoił Mamę, że to tylko zwykłe przeziębienie. I jeszcze powiedział, że niedługo wyrosną mi tylne zęby do gryzienia, więc może być z tym trochę zamieszania. Potem Tata poszedł do apteki, a pan doktor rozmawiał ze mną o różnych sprawach - o Lucku, o misiach, o książeczkach i o swoich kotach. Tata przyniósł z apteki taką zielona maść, którą mama rozsmarowała mi pod nosem. Chciała mi też dać na łyżeczce jakieś

kwaśne kropelki,

ale co to, to nie! Czułam się już znacznie lepiej i postanowiłam się bronić. Zacisnęłam usta, a to, co trafiło mi do buzi, szybko wyplułam. Niestety, mama była bardzo uparta, więc machnęłam rączką i wszystko poleciało na podłogę. Tata wlał trochę tych kropelek do smoczka (takiego od butelki) i dał mi do wyssania. Za chwilę wlał do tego smoczka jeszcze coś innego (mama powiedziała, że to wapno), ale tego wcale nie chciałam już ssać. Więc tata nabrał wapna do małej strzykawki, zupełnie podobnej do tej, którą mam w mojej lekarskiej torbie do zabawy w doktora, i powiedział takim śmiesznym głosem: a teraz czary-mary, hokus-pokus, chlup! I psiknął mi tym do buzi. Byłam tak zaskoczona, że połknęłam wszystko bez protestów, i tak mi się to spodobało, że od tej pory już nie mogłam się doczekać, kiedy będzie następne czary-mary. A Mama powiedziała Tacie, że jest genialny.

Tej nocy znowu spałam w swoim łóżeczku, a Mama na materacu leżącym obok, i bardzo dobrze, bo ciągle się budziłam i płakałam. Płakałam, bo miałam

zatkany nos,

płakałam, bo ciągle chciało mi się kasłać, a na dodatek coś mnie bolało z jednej strony w buzi. To chyba ten nowy ząb do gryzienia. Szczęście, że pan doktor go wypatrzył. Tata kupił specjalny żel do smarowania w buzi, po którym mniej boli. Ale i tak bolało.

Budziłam się i płakałam, ssałam Mamę, ale znów płakałam, bo nie mogłam ssać z zatkanym nosem. Okropność. Jeszcze na dodatek strasznie szumiało takie coś, co Tata włączył, żeby powietrze było wilgotne, a nie suche, i żeby mi się lepiej oddychało.

W końcu zasnęłam na trochę wtulona w Mamę na materacu, a potem się jakoś dziwnie poczułam i znowu zmierzyłyśmy temperaturę i Mama musiała mi dać to truskawkowe na gorączkę.

Rano było już lepiej. To znaczy mnie było lepiej, bo Mama zasnęła przy śniadaniu i Tata zadzwonił do pracy, że musi mieć wolne. Zaniósł Mamę do łóżka, nakarmił mnie kaszką i przygotował dużo picia, tak jak kazał pan doktor. Potem zrobiliśmy czary-mary ze strzykawką, posmarowaliśmy zęby i budowaliśmy zamki z klocków, czytaliśmy o królewnie, a potem zasnęłam. I tak przez pięć dni - dużo spałam, dużo piłam, niewiele jadłam, bo jakoś nie miałam ochoty, ale za to czułam się coraz lepiej.

Szóstego dnia w buzi po lewej stronie miałam już nowy ząb, przeszedł mi katar i byłam już całkiem zdrowa.



Więcej o: