1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

4 miesiąc: Zamach lewą nogą

Ostatnio na spacerze zrobiłam coś, co Mamę wprawiło w osłupienie. Nosiłam się z tym cały tydzień i ćwiczyłam, jak nikt nie widział, tak że wykonałam to perfekcyjnie. To było coś w rodzaju mostka.
Odchyliłam główkę do tyłu i oparłam się na niej (to naprawdę nie jest takie proste), stopami zaparłam się o ściankę wózka i podniosłam pupę do góry. Wszystko wyglądało bardzo śmiesznie do góry nogami, a najśmieszniej wyglądała Mama ze zdumioną miną. Kiedy już się napatrzyłam, przekręciłam się na boczek, zrobiłam kilka zamachów lewą nogą i - przekręciałam się na brzuszek! Potrafię już robić nie lada akrobacje - tak twierdzą moi rodzice. Pewnie i sztywno trzymam głowę, a kiedy leżę na brzuszku, mogę nawet kilkanaście minut opierać się na przedramionach z głową uniesioną do góry. Wczoraj nawet na chwilkę oparłam się na dłoniach i podniosłam głowę. Zrobiłam to na cześć Dziadka, który nas akurat odwiedził.

Dziadek jest bardzo nieśmiały. Boi się na przykład wziąć mnie na ręce i wstydzi się mówić do mnie tak jak Babcia - "ti, ti, ti", więc nic nie mówi, tylko na mnie miło patrzy. A czasem, kiedy zostajemy sami w pokoju, siada koło mnie i delikatnie głaszcze mnie po główce. I opowiada różne rzeczy - jak będzie-my razem zbierać kasztany i robić ludziki, jak zrobi dla mnie mały ogródek w swoim ogrodzie, jak nauczy mnie jeździć na rowerze i będzie mi opowiadał bajki. Niewiele z tego rozumiem, ale czuję, że Dziadek naprawdę mnie lubi. Bardzo chciałam też coś do niego powiedzieć i tak się wysilałam, że zaczęłam robić bańki ze śliny i strasznie opluta powiedziałam

gły, głyyy, głu.

Wtedy Dziadek pierwszy raz odważył się wziąć mnie na ręce i bardzo ostrożnie zaniósł mnie do Mamy i powiedział: "Julcia coś mówi". "Ełł, ghy" - potwierdziłam, i tak się zaczęło. Od tej pory wygłaszam długie przemowy pełne "głyyy", "eł" i  "głuu", a Tata nie nadąża ze zmienianiem kaset w dyktafonie. Wymyśliłam też inną zabawę. Zawsze kiedy Tata mnie przewija (próbowałam też z Mamą, ale nie była zachwycona), robię różne wygibasy i uciekam przed pieluszką. Kiedy zasapany Tata wreszcie ułoży mnie na niej, ja opieram się na głowie i pupie, skręcam w bok i już mnie nie ma. Tata bardzo się wtedy śmieje, ale kiedy baraszkujemy tak zbyt długo, zaczyna coś mamrotać pod nosem. Wtedy daję się wreszcie przewinąć i szykuję się do następnego wyczynu.

Tata podtrzymuje mnie pod paszkami, a ja staję na nóżkach. Oczywiście nie tak naprawdę, to tylko taka zabawa, ale bardzo lubię opierać się na stopach w takiej pozycji. Często przewijanie trwa bardzo długo nie dlatego, że ja się wygłupiam, tylko Mama albo Tata zostawiają mnie

na golasa

i świetnie się bawimy. Czasami Mama smaruje mnie oliwką i robi mi masaż. Albo Tata kładzie mnie na swoim gołym brzuchu i delikatnie podrzuca do góry albo turla mnie po materacu i łaskocze. Lubię bawić się na golasa, bo to bardzo przyjemne, a poza tym szalenie interesuje mnie moje ciało - rączki, nóżki, brzuszek, włosy. Ostatnio na przykład sprawdzałam rączkami, jak wygląda moja głowa, i po drodze natknęłam się na jakąś dziwną narośl - pociągnęłam z całej siły i rozpłakałam się wniebogłosy. Okazało się, że to było moje ucho.

Lubię też leżeć sobie na podłodze i obserwować, jak wygląda nasz dom z tej perspektywy - widzę wtedy mnóstwo rzeczy, których do tej pory w ogóle nie zauważałam. Mama puszcza mnie na podłogę dopiero od kilku dni. Najpierw bardzo dokładnie wypucowała podłogi w całym domu i wykąpała Lucka, naszego psa. Potem, kiedy już Lucek był czysty i podłoga też, Mama położyła na ziemi

specjalny koc,

który uszyła dla mnie Babcia. Na zwykły koc naszyła różne niespodzianki - duże kolorowe guziki, metalowe nietłukące lusterko, kawałki aksamitu, futerka, kieszonki, szeleszczące kłębki folii, grzechotki, kawałki gumowej maty z wystającymi wypustkami, dzwoneczek, takie coś, co piszczy przy naciskaniu i inne atrakcje. Oczywiście wszystko jest bardzo mocno przyszyte. Od spodu Tata przylepił paski takiej taśmy, która przylepia koc do podłogi, żeby się nie przesuwał i nie zwijał.

Ten kocyk to naprawdę wielka przygoda. Lucek na szczęście omija go z daleka, zwłaszcza od kiedy wsadził pysk w jedną kieszonkę i nie mógł go wyjąć.

Na kocyku odniosłam następny wielki sukces - kiedy leżałam sobie na plecach i mama wzięła mnie za rączki, postanowiłam usiąść i podciągnęłam się do góry. Oczywiście to nie było takie prawdziwe siedzenie, ale w zupełności wystarczyło, żeby zaraz przyleciał Tata ze swoim aparatem fotograficznym. Kiedy tak przez moment siedziałam, bardzo mi się spodobała ta pozycja i postanowiłam, że będę teraz dużo ćwiczyć, żeby nauczyć się siadać. Z takim człowiekiem, który siedzi, to jest zupełnie inna rozmowa. A poza tym, ileż nowych rzeczy można zobaczyć.

Teraz, kiedy układają mnie w foteliku w pozycji półleżącej, staram się podnosić główkę i plecy, żeby chociaż na chwilkę usiąść. Wciąż jednak czuję, że jeszcze bujam się na wszystkie strony i nie bardzo mi to wychodzi. Nie opowiedziałam wam jeszcze o szczepieniu, ale to tak okropny temat, że chętnie bym w ogóle o nim zapomniała. Znowu byłyśmy w przychodni. I znowu dostałam zastrzyk, a potem to świństwo do wypicia.

Teraz już naprawdę się rozzłościłam, chociaż pan Doktor (ten potwór) tłumaczył mi, że szczepienia są po to, żeby nie chorować i dobrze się czuć. To ciekawe, dlaczego po tym całym szczepieniu wcale nie czułam się dobrze, tylko zupełnie okropnie i bardzo bolała mnie rączka. Potworom nie można wierzyć.

Więcej o: